Jak radzić sobie ze złością ;)

Z cyklu „Bestia radzi”

 

Złość, gniew i wściekłość, to uczucia, której pojawiają się w życiu człowieka z różną częstotliwością i w różnym natężeniu. Kiedyś, w przypływie jednej z wymienionych emocji, popełniłam tu tekst, w którym wymieniłam kilka rodzajów wściekłości, dzieląc ich na poszczególne kategorie. Dziś skupię się jednak nie na opisywaniu tego uczucia, a na sposobach radzenia sobie z emocjami uznawanymi za negatywne.

Złość  sprawia, że poziom naszej tolerancji na otaczającą nas rzeczywistość zaczyna przekraczać wszelkie stany alarmowe i grożąc totalną zagładą, sprawia, że zamieniamy się w małe, wypełnione negatywną energią śmiercionośne kule. Takie, które będą siać postrach i zniszczenia.  I takie, które dla ludzkości będą oznaczać jedno – spieprzaj jej/jemu z  drogi, jeśli życie ci miłe. W przypływie złości można bowiem:

- zamienić żywot współtowarzyszy naszej egzystencji w prawdziwe piekło, przy którym to prawdziwe zaczyna wydawać się całkiem przyjaznym miejscem, a diabeł okazywać miłym, bezbronnym chłopcem latającym po świecie z widełkami i wesoło merdającym ogonkiem,

- wypowiadać partykuły wzmacniające, a uznane powszechnie za wulgaryzmy, z prędkością rosnącej irytacji Polaków na obecny rząd,

- swoim zachowaniem ( i wyglądem) przypominać Emily Rose podczas ostatniego egzorcyzmu,

- rzucić robotę, rzucić męża, rzucić z okna telewizor, rzucić kamieniem w samochód szefa, a następnie polać go benzyną i z szyderczym uśmiechem odtańczyć wokół niego rytualny taniec apokalipsy,

- zabić kogoś.

To wszystko jest możliwie, jeśli nie nauczymy się radzić ze złością. Dlatego warto nauczyć się z nią radzić, by nie skończyć w zakładzie karnym lub zakładzie dla psychicznie chorych, bo, o ile z tego pierwszego jeszcze da się wyjść, to z drugim możemy być związani na lata.

Dwie tanie, proste i skuteczne metody radzenia sobie ze złością

Metoda „Wściekły kot”

Wyobraź sobie kota. Widzisz go? Ok. Teraz wyobraź sobie, że zaczynasz owego kota drażnić. Szturchasz go, ciągniesz za ogon, głaskasz natarczywie po futerku jednocześnie zdając sobie sprawę tego, że on tego nie chce. Co robi kot? Jeśli to kot mało wytrzymały psychicznie, to już masz go na twarzy umocowanego za  pomocą pazurów. Ale nie o takiego mi kota chodzi. Chodzi mi o kota, który w przypływie złości  zaczyna się jeżyć, przybiera postawę obronną i prycha jak szalony. Co robi? Jest ostro wkurwiony, to fakt. Przede wszystkim jednak pozbywa się złych emocji. I Ty możesz zrobić tak samo. Wkurzył Cię szef? Mąż doprowadził Cię do furii? Żona wnerwiła Cię tak ostro, że planujesz zostać pustelnikiem? Baba w urzędzie skarbowym wpieniła Cię tak mocno, że pragniesz wyciągnąć ją zza biurka i powiesić przed budynkiem ku przestrodze innym? Zachowaj się jak kot. Nie musisz publicznie (chyba, że nie przeszkadza Ci zatroskany wzrok innych). Idź do łazienki, zamknij się w pokoju, lub wejdź do innego pomieszczenia, gdzie będziesz sam. Nastrosz się i prychaj. Dziesięć razy pod rząd. I rób tak za każdym razem, gdy ktoś lub coś się zdenerwuje. Złość przejdzie.

 

Metoda „Pies w kąpieli”

Masz psa. Jeśli nie masz, to go sobie wyobraź. Jesteś z psem nad morzem. Biega  po plaży, merda wesoło ogonkiem, grzebie radośnie w piasku i wyżera stęchłe resztki jedzenia pozostawionego przez turystów (pies – nie Ty).  Nagle wskakuje do wody. Pływa, bawi się przeskakując przez fale. Wychodzi z wody. Wygląda jak wyleniała, zużyta maskota ociekającą wodą. Co robi pies? Otrząsa się. Otrząsa się z wody gwałtownie i energicznie i po chwili znów przypomina puszystą kulkę. Teraz wyobraź sobie, że Ty to pies, a woda to wszystko to, co Cię denerwuje. Taki bezkresny ocean wkurwienia. Wpadasz do niego. A potem wychodzisz i się otrząsasz, by pozbyć się tego cholerstwa do ostatniej kropli. W normalnym życiu możesz zrobić to samo. Gdy poczujesz, że wpadłeś do oceanu złości – idź do łazienki, zamknij się i dziesięć razy otrząśnij, jak pies wychodzący z wody. Zadziała.

Dwie, wyżej wymienione przeze mnie metody radzenia ze złością, nie są wytworem moje wyobraźni, a realnymi metodami stosowanymi w terapii. Swego czasu zamknięto mnie w celach eksperymentalnych (i podobno edukacyjnych)  na odludziu, poddano wielu metodom terapeutycznym, by sprawić, abym stała się mądrą istotą. Owszem, zajęcia były ciekawe, choć osobiście bardziej skupiona byłam na posiłkach serwowanych przez tamtejszą kuchnię i wieczornych spotkaniach integracyjnych przy piwie orkiszowym. Niemniej jednak, COŚ mi w głowie pozostało i się postanowiłam dzielić – w swoim specyficzny stylu, rzecz jasna. ;)

 

Jak zrozumieć kobietę? ;)

Jak zrozumieć kobietę, czyli „Houston, mamy problem!”.

Czym jest problem? Problem, to pojawiająca się w życiu każdego człowieka upierdliwa przeszkoda, która zaburza spokój, harmonię i ogólnie pojety święty spokój. Psuje humor, złości, smuci i zmusza do zakupu wspomagaczy w postaci 495858 tabliczek czekolady, 680393 butelek wina i zakupów na kwotę znacznie przewyższającą zasoby konta (w przypadku kobiet, rzecz jasna). Problem więc, to uprzykrzacz życia, który rujnuje zdrowie psychiczne, ale jednocześnie wspomaga gospodarkę kraju.

Tematem problemów, kłopotów i życiowych rozterek zajmę się zatem w dniu dzisiejszym.

Istnieje spora różnica w temacie radzenia sobie z problemami w przypadku kobiet i mężczyzn, która to powoduje rodzenie się kolejnych problemów, bo jedna i druga płeć podejście do kłopotów miewa odmienne.

Mężczyzna mający jakikolwiek kłopot – działa od razu. Najpierw zamyka się w swoim pokoju (pisałam o ucieczkach do jaskini TU), opracowuje strategię działania i przechodzi do ataku. Szuka najskuteczniejszego rozwiązania i działa. Jak Arnold Schwarzenegger w „Predatorze”.

A kobieta? Kobieta musi problem najpierw roztrząsnąć. Opowiedzieć o nim. Poskarżyć się. Zdołować. Wybuchnąć nagłym atakiem, będącym jednocześnie piekielną mieszanką złości, agresji i wkurwienia, a następnie rozryczeć się i oznajmić, że życie jest do dupy. I oczekiwać wsparcia. Dobrego słowa. Pocieszenia. Ale uwaga – nie konkretnej rady i dokładnego planu strategii działania, którą trzeba rozpocząć JUŻ. Nie. Ona musi najpierw problem oswoić, a potem zacznie działać.

Jakie zatem mężczyzna popełnia błędy podczas przebywania z kobietą, u której pojawił się problem?

RADZI. Sypie konkretnymi poradami już od  3 sekundy, kiedy o fakcie się dowiedział. Układa błyskawicznie plan działania i forsuje go intensywnie.

BAGATELIZUJE – używa zwrotów, za które może dostać w ryj: „Czym się martwisz, przecież to nic wielkiego”, „Nie przesadzaj”, „Żebyś miała takie problemy jak ja…”, „Weź się w garść i działaj, a nie ryczysz”.

UCIEKA – spieprza z domu pod byle pretekstem, zamyka się w pokoju i ogląda telewizję lub nagle idzie sprzątać garaż, który do tej pory był tak zasyfiony, że większe pająki nie miały miejsca na rozwinięcie własnego gospodarstwa.

Co powinien robić?

WYSŁUCHAĆ – nawet jeśli słuchanie to trwać może w nieskończoność, a ona co chwila wybucha rykiem głodnego lwa, lub jej zasmarkane oblicze przestaje przypominać ludzkie.

POCIESZYĆ – przytulić, zrobić herbatę, podać czekoladę, nalać wody do wanny i inne „uprzyjemniacze” w zależności od upodobań kobiety.

CZEKAĆ – czekać aż jej stan depresyjny minie i sama zacznie być gotowa do podjęcia wyzwania zmierzenia się z problemem. Po czym poznać, że jest gotowa? Nie ryczy, nawet się uśmiechnie, odstawia wino i czekoladę i jasno mówi „Powinnam dać sobie z tym radę”.

SŁUŻYĆ POMOCĄ – ale tylko wtedy, gdy jasno określi, że potrzebuje pomocy i rady. Gdy nie poprosi – siedzieć cicho i sprzątać w garażu.

I tyle. Cała tajemnica. Jeśli zatem, Drogi Mężczyzno, posiadasz kobietę, którą trawi problem – uważaj! Twój jeden błąd i nie jesz obiadu, nie masz seksu i zostajesz oficjalnie posadzony o totalny brak zrozumienia i wsparcia. Nawet jeśli intencje miałeś dobre. ;)

8 faktów na temat tego, że dziecko i mężczyzna to to samo ;)

„Kobieta lepiej rozumie dziecko niż mężczyzna, ale psychicznie mężczyzna jest bardziej podobny do dziecka.”

(Friedrich Wilhelm Nietzche)

Yep. Jeśli, Szanowny Czytelniku, jesteś mężczyzną z bardzo wrażliwą duszą, masz dziś zły dzień, lub swoją „samczość” traktujesz śmiertelnie poważnie, to zrób sobie herbatę, zasiądź w fotelu i przeszukaj kanały – może gdzieś leci mecz. Za moment bowiem, możesz przeczytać treści, które ugodzą w Twoją męską duszę i uznasz mnie za walniętą feministkę z owłosionymi nogami i stadem kotów w domu (nic z tego oczywiście nie jest prawdą, z wyjątkiem 3 kotów – ale czy to zaraz stado?). ;)

Znacie pewnie krążące od wieków powiedzenie, że mężczyzna dojrzewa do 4 roku życia, a potem już tylko rośnie. Znacie, prawda? W jednej z ostatnich publikacji, mój osobisty guru – Zbigniew Lew Starowicz – wysnuł nawet śmiałą teorię, że współcześni mężczyźni dojrzewają dopiero około 40 roku życia. Cudnie. Biorąc pod uwagę fakt, że ta granica wciąż się przesuwa, można zaryzykować stwierdzenie, że za 20 lat mężczyzna dojrzeje po 60-tce, a za 40 lat w ogóle nie dojrzeje, bo zejdzie z tego padołu. Dobrze, że załapałyśmy się na obecne czasy, co nie? Przynajmniej jest nadzieja.

O tym, że mężczyznę i dziecko łączy wiele, większości kobiet posiadających egzemplarz męski w domu, nie trzeba przypominać. Co ich łączy? To:

1. Przekaz słowny informujący o konieczności wykonania jakiegokolwiek zadania powinien być wyrażony jak najprostszym językiem, a ilość słów w zdaniu nie może przekroczyć 5 wyrazów. Dlaczego? Bo po piątym przestają słuchać.

2. Polecenie lub prośbę należy powtórzyć przynajmniej dwukrotnie – w innym wypadku ryzykujemy, że puszczą je mimo uszu.

3. I dziecko i mężczyzna lubią gromadzić. O ile dziecko zadowoli kolekcja glizd w słoiku, zestaw resoraków, czy kapsli od Tymbarka, to mężczyzna dorosły jest nieco bardziej specyficzny. Jego trofea mogą stanowić miliardy śrubek, gwoździków lub młotków. Mogą to być wędki, spławiki i haczyki. Zbiory mogą stanowić stosy gazet i pism branżowych, kartony po zakupionych urządzeniach lub tryliony części składowych sprzętów AGD, które był uprzejmy rozpieprzyć w przeszłości.

4. Popisują się. Dziecko popisuje się przed kolegami nowym telefonem, plecakiem, czy koszulką z nadrukiem logo drużyny piłkarskiej. Mężczyźnie czasem zdarza popisać się tym samym, ale jako osoba posiadająca większe zasoby finansowe – lubi błysnąć przed kolegami nowym samochodem, laptopem, ciekawym awansem, czy też opowieścią o dokonaniach na konsoli PlayStation.

5. Szturchają. Na pewno widziałyście wielokrotnie chłopców bawiących się na boisku lub podwórku, którzy co chwila podchodzą do siebie i albo się szturchają, popychają, albo co rusz przerywają konwersację zdrowym walnięciem w górne części ciała (w dolną nie walną – wiadomo). Obserwowałyście grupę mężczyzn w pubie, dyskotece lub na boisku piłkarskim. Były jakiekolwiek różnice? ;)

6. Mama jest numerem 1. Gdy któryś z rówieśników zdrowo pieprznie pacholęce, to natychmiast leci do domu i wycierając gila w spódnice swej matki, opowie jej o prześladowcy i będzie oczekiwać pomsty okrutnej. Dorosły (proszę zauważyć, że nie używam słowa „dojrzały” :P) mężczyzna, nie pobiegnie rzecz jasna zaryczany do matki (wierzę w to głęboko), ale matka jest dla niego instytucją ważną w równym stopniu co sąd. Wysłuchuje, analizuje i wydaje wyroki. Poza tym, każda mężatka (bądź partnerka żyjąca w nieformalnym związku- bądźmy postępowi) przynajmniej raz usłyszała, że pierogi jego matki są najlepsze na świecie.

7. Jest życiowym nieogarem (słowo zapożyczone od mej młodszej siostry, a oznaczające osobę niezbyt rozgarniętą w kwestii życia codziennego) – zarówno dziecko, jak i mężczyzna, żyją w głębokim przekonaniu, że brudne skarpety, majty i koszulki pieprznięte w łazience, w nocy ożywają i same się pchają do pralki, wsypują proszek i piorą. Następnie, również przy pomocy magii, wieszają się na sznurkach, schną (to akurat jest możliwe bez udziału człowieka) i składają w równe kosteczki.

8. Jedno i drugie trzeba karmić. Dziecko co prawda wymaga karmienia, bo same, z przyczyn rozwojowych, nie jest w stanie trafić łychą w jamę ustną. Mężczyzna trafia sam (wow!), ale przygotowanie sobie jadła ogranicza do kanapki i herbaty, a jeśli ma rozwinięte nieco bardziej potrzeby smakowe – zrobi jajecznicę. No, potrafi jeszcze ugotować makaron i posypać go serem, ale musi ciążyć wówczas nad nim realna groźba śmierci głodowej.

Kochane Babeczki! Jesli jesteście w chwili obecnej posiadaczkami mężczyzny, który jest przed 40-tką – wytrzymajcie! Zbigniew Lew Starowicz twierdzi, że dojrzeją. Jeśli natomiast Wasz mężczyzna przekroczył granicę, w której dojrzeć powinien, a nie dojrzał – zróbcie sobie zapas wina. ;)

Lustereczko prawdę ci powie, czyli rzecz o damskich i męskich kompleksach ;)

Gdy człowiek był jeszcze małpą, zeżarł banana, zlazł z drzewa, a następnie udał się nad rzekę, by się napić i obmyć włochatą mordę z resztek jedzenia i brudu, którego nałapał dyndając się na gałęziach. Woda służyła mu też do innego celu – mógł się w niej przeglądać, szczerząc zęby i podziwiać swój niebywały wygląd. Jakiś czas później, bardziej ucywilizowani Rzymianie, przestali przeglądać się w tafli wody i stworzyli sobie lustra z wypolerowanego metalu. Niestety, też nie były doskonałe, a może po prostu woleli owy metal przeznaczać na noże i bagnety, którymi lubili szlachtować swoich członków rodziny o każdej porze dnia i nocy.  Prawdopodobnie pierwsze lustra ze szkła stworzyli szklarze z Wenecji , ale głowy za to nie dam, gdyż mowa o wieku XVI, a w tym czasie byłam uroczym aniołkiem biegającym po niebiańskiej łące, którego pod koniec  XX wieku postanowiono strącić na Ziemię. Tak, czy owak – lustra mamy już powszechnie. Mam ja, masz i Ty. ;)

I tu się zaczynają schody, bo od kiedy lustra zagościły w naszych życiach, stały się powodem niesłabnącej frustracji kobiet i głównym czynnikiem powstawania wszelkiej maści kompleksów. Bo w nich wszystko widać. Widać cellulit, zwisające ramiona, wylewające się boczki, duży nos, krzywe zęby, odstające uszy, piegi, grube nogi, małe cycki, wąskie usta, wielkie stopy i zwisającą dupę. WSZYSTKO podane jak na tacy. Wystarczy stać, patrzeć i od razu walnąć szklankę wódki, by obraz się rozmył, a rzeczywistość przestała mieć znaczenie.  Ale, co mnie dziwi niesamowicie i zmusza do refleksji, lustra prawdę mówią tylko kobietom i to dla nich są wrogiem publicznym numer jeden. Dla mężczyzn lustra są przyjaciółmi. Przeglądają się w nich z rozkoszą i widzą, co widzieć chcą.

Kobieta przeglądająca się w lustrze najpewniej pomyśli:

  • Jestem parówą. Wyglądam jak parówa. Mogłabym być parówą. Równie dobrze mogłabym się położyć na talerzu, ustawić na stole i polewać ketchupem w najnowszej reklamie Heinza.
  • W tej sukience wyglądam jak własna ciotka, w dodatku cierpiąca na przewlekłe zaparcia.
  • Rany, jak ja dziś wyglądam. Mogłabym sfotografować swoją twarz, ustawić jako tło pulpitu w komputerze i być najlepszych firewallem na świecie.
  • Mam wielką, grubą dupę, która zaczyna żyć na własną rękę i ma przyrost 3x większy niż Chiny i Indie razem wzięte.
  • Kocham zwierzęta, więc chyba czas najwyższy pozwolić ptactwu uwić na mej głowie gniazda i oczekiwać potomstwa, bo z takim sianem zamiast włosów wstyd wyjść do ludzi.
  • Gdzie są do licha moje cycki?
  • Równie dobrze mogę się wcisnąć do puszki i zacząć sprzedawać jako pasztet wyborowy.

Mężczyzna przed lustrem pomyśli:

  • Jestem macho, niech kobiety mi wybaczą!
  • Mam ciało greckiego boga, twarz Brada Pitta, a po śmierci powinienem dać się zabalsamować, by przyszłe pokolenia mogły podziwiać me piękno na wieki.
  • Dziwne, że jeszcze nikt mnie nie porwał i nie ukrył w prywatnym skarbcu, bo takie ciacho musi być traktowane jako okaz niezwykły.
  • Muszę się zgłosić do UNESCO, by wpisali mnie na listę dziedzictwa narodowego.
I tu rodzi się me pytanie – czy mężczyźni nie mają kompleksów? Bo oczy mają, to fakt niezaprzeczalny. Mózg również posiadają i bodźce wzrokowe potrafią zamienić na proces myślowy i wyciągnąć wnioski. Co zatem sprawia, że w lustrze widzą zazwyczaj jurnego ogiera, a kobieta upasioną świnię? Może najzwyczajniej w świecie nie przejmują się swoim wyglądem tak bardzo, jak kobiety. Przecież nikt ich od najmłodszych lat nie czesze w warkoczyki, nie upina tysiąca spineczek, nie zakłada kolorowych sukieneczek i błękitnych bucików i nie powtarza „Nie brudź się, bo będziesz brzydka”. A może to kobiety są zbyt przewrażliwione na swoim punkcie i w lustrze nie widzą tego, co faktycznie istnieje, a to, co podpowiada im świat wyczarowany przy pomocy Photoshopa.

 

Jak cudnie byłoby być znów małpą. Zjeść banana, wytrzepać pchły, napić się wody z rzeki i zobaczyć w odbiciu radosną, nażartą i szczęśliwą istotę. :P

Żeby nie było… :P Wykorzystane zdjęcie pochodzi ze strony: gnioty.pl

Gdy dziewczyna kombinować zaczyna, czyli kto ponosi odpowiedzialność za utrzymanie związku ;)

Lubię się babrać ludziom w głowach. Nie, nie w taki sposób jak uroczy Hannibal Lecter. O psychologii myślę. Ludzie będący w mym otoczeniu, zwykle nie mają problemów w przypadku, kiedy mają chęć obdarowywania mnie upominkiem. Zazwyczaj pada tylko – „Jaka to ma być książka?”. I wtedy podaje tytuł, autora i prezent jest. W tym roku na Gwiazdkę było tak samo. Postanowiłam odpuścić nieco Szanownemu Panu Starowiczowi, bo – niestety – czytam szybciej, niż on pisze i w jego miejsce pojawiła się literatura w wydaniu Katarzyny Miller. „Jak pies z kotem, czyli kobieta i mężczyzna na co dzień”- nosi tytuł książka, a ja przed wyborem przewertowałam recenzje dzieła w internecie i tu zrodził się fascynujący temat na me dzisiejsze refleksje…

Bo…

„Jak pies z kotem” Miller Katarzyny, to rzecz o związkach damsko-męskich. W dużej części poradnikowa i skupiająca się na rozwiązywaniu problemów typowo związkowych. Rozumiecie? Jeśli partner(ka) wkurza Was do granic ludzkiej możliwości i macie ochotę mu zdrowo przydzwonić żelazkiem w głowę, to najpierw szukacie bardziej pokojowego rozwiązania w książce. A ta książka pozwala uchronić męskie (kobiecie?) życie przed śmiercią trudną i niezwykle bolesną z rąk swego życiowego partnera. Do sedna jednak. Czytając recenzję wspomnianego dzieła literackiego w internecie, zadziwiła mnie jedna kwestia – WSZYSTKIE napisały kobiety. Chłopa nie znalazłam. Oczywiście, nie sugeruję,  że mężczyzna czytać potrafi jedynie program tv i etykietę na piwie. Nie. Śmiem jednak domniemywać, że mężczyzn tematyka relacji damsko-męskich i wszelkiego poradnictwa z tym związanego, interesuje w równym stopniu, co Donalda Tuska stan mojego konta. Agonalny, nawiasem mówiąc. ;) Przypuszczam, że mężczyźni do związków podchodzą w sposób podobny jak alpinista do gór. Przygotowują wyprawę, zdobywają powoli, a gdy już wlezą na szczyt, to rozsiadają się wygodnie i żyją ze świadomością, że to co chcieli – mają. Baba zdobyta. Amen. A kobieta? Kobieta grzebać lubi. A  to sprawdzi, czy owy szczyt się nie kruszy. Czy szczeliny w skale się nie porobiły. Czy głazy się nie obsypują. Owszem, góra wciąż stoi, ale co chwila lata i sprawdza, naprawia, szuka, pyta i działa. Bo, że coś teraz jest, nie oznacza, że będzie zawsze.

 

Co robi kobieta, gdy czuje, że w jej krystalicznym związku pojawiają się niewielkie rysy:

1. Leci do przyjaciółki. Często rozbeczana. Wyje i opowiada. Żre czekoladę, pije wino i oczekuje PORADY. A nóż widelec przyjaciółka coś podobnego przeżyła i DORADZI.

2. W kiosku z prasą rozbieganym wzrokiem szuka na okładce magazynu napisów: „Jak przetrwać kryzys w związku”, „Co zrobić, by mężczyzna nas rozumiał”, „Jak go na nowo odzyskać”. Gdy nie znajdzie – uderza na księgarnie i w koszyku ląduje „biblia” – „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy”.

3. Zakłada se konto na forum, opisuje problem, a potem żywo uczestniczy w rozmowie.

4. „Musimy o czymś porozmawiać” – rzuca w kierunku swego chłopa, a ten na dźwięk tego zdania ma w oczach śmierć i panikę.

5. Siedzi i myśli. Zastanawia się. Analizuje. Żre czekoladę. Znów myśli. Pije wino. Rozkłada problem na czynniki pierwsze. Szuka rozwiązania. Przygotowuje plan działania. Realizuje go. W razie potrzeby modyfikuje. Działa.

Co robi mężczyzna, gdy czuje, że w jego krystalicznym związku pojawiają się niewielkie rysy:

„Jakie rysy? Przecież jest ok. Wyolbrzymiasz. Zrobisz herbatę?”

No. Zastanawiam się zatem, ile związków by przetrwało, gdyby kobiety przestały analizować, radzić się, szukać rozwiązań i działać?

Czy zatem odpowiedzialność za trwanie związku ponoszą kobiety? Czy to one są osobnikami, które szukają milionów rozwiązań zanim ostatecznie postanowią rozwiązać problem związku przy pomocy żeliwnej patelni i łopaty żarliwie przysypującej partnera w ogródku? Czy to one napełniają kieszenie tysiącom psychologów i terapeutów, by walczyć o związek do granic swoich psychicznych możliwości?

No bo… Czy facet kiedykolwiek wyszedł pierwszy z inicjatywą i zapytaniem – „Kochanie, musimy porozmawiać nad sposobami ulepszenia naszego związku”.  Nieee. On ulepsza swój samochód. Gdy coś stuka, puka, urywa się i zarysuje – natychmiast leci do mechanika/lakiernika i naprawia. A gdy w związku zaczyna „stukać”, zdaje się tego nie słyszeć i oczy otwiera w momencie, gdy ogląda uroczy zadek swoje BYŁEJ kobiety radośnie opuszczającej dom.

Czy to kobiety utrzymują związki i dzięki nim sielanka trwa? Hmm…

Sylwestrowy szał nadobnych ciał, czyli jak spędzić ten dzień i nie zwariować ;)

„Gdzie idziesz na Sylwestra?”, „Co robisz w Sylwestra?”, „Jakie masz plany na Sylwestra?” – od połowy grudnia padają w moja stronę te i inne pytania niczym pociski z kałasznikowa pijanego rosyjskiego żołnierza, a ja niczym człowiek-guma uchylam się przed nimi. A gdy pada z mej  strony krótkie „NIC NIE ROBIĘ”, to zapada chwila ciszy, zmieszania i pojawia się ten wzrok osoby pytającej, z którego wyczytać można jedno – „Boże, jaką ona musi być nieszczęśliwą sierotą”… No ale, CZY JA COŚ MUSZĘ ROBIĆ W SYLWESTRA? Nie muszę! :)

Ludzie powariowali. Naprawdę. Rozumiem, że ktoś ma potrzebę uczczenia końca roku w eleganckiej sukni, z wymyślnym kokiem na głowie i scenerii niczym żywcem zerżniętej z balu niejakiego Kopciuszka. Eleganckie damy, dostojni panowie, wykwintne jedzenie i znakomita orkiestra grających muzyków. Skoczne piosenki radośnie sączące się z instrumentów i głosów wokalistów, pląsy na parkiecie i morze alkoholu wlewanego do gardeł. Do tego świadomość, że żegnany rok w niebanalny sposób. Taaaaak. A potem następuje ranek. Kac rozmiarów Wielkiego Kanionu i człowiek Zombie toczący się do lodówki w poszukiwaniu soku z kiszonych ogórków, maślanki albo hektolitrów wody mineralnej. Kok na głowie zaczyna przypominać ptasie gniazdo i tylko patrzeć jak radosna sroka zapragnie na nim zbudować swe imperium. Makijaż, którego pozazdrościłaby filmowa Emily Rose podczas ostatniego egzorcyzmu i świadomość, że weszło się w Nowy Rok o kilka stówek biedniejszym, zmarnowanym, bez siły i chęci do życia. Raz to przeżyłam i dziękuję.

Żeby była jasność – nie potępiam sylwestrowych balowiczów. Nawet im odrobinę zazdroszczę tego zapału i odwagi zmierzenia się z syndormem „dnia następnego”. Natomiast ja nie traktuję Sylwestra jako dnia ostatecznego, w którym ograniczające mnie hamulce cywilizacji i dobrego wychowania muszą zostać porzucone na rzecz niepohamowanej zabawy, przebijającej swymi efektami żulerię z „Warsaw Shore”. Nie.

Cały dramatyzm sytuacji polega na tym, że niektórym ludziom trudno zaakceptować mą, nieco odmienną, postawę wobec świętowania końca roku. Niektórym wydaje się, że nie posiadam ŻADNYCH sylwestrowych planów, bo:

-  mam wysoce zaawansowaną depresję, chorobę psychiczną, bądź jestem wyalienowanym wyrzutkiem społecznym,

- jestem centusiem, skąpiradłem i dusigroszem, któremu ręce się trzęsą i czoło poci na myśl wydania większej kwoty pieniędzy na zabawę,

- jestem sztywniarą, kostniejącą staruchą i piernikiem, który woli usadowić dupsko w domowym zaciszu, niż rzucać swe ciało w szalonych konwulsjach po parkiecie,

- nikt mnie nie lubi, nie akceptuje, mam status „życiowej niedojdy”, która musi siedzieć w domu, by swym jestestwem nie psuła zabawy reszcie populacji. :)

A dla mnie, Kochani moi, Sylwester to dzień jak każdy inny. Lampka szampana, sałatka i widok strzelających fajerwerków w zupełności wystarczy, by przywitać się z Nowym Rokiem. Przecież wraz z wybiciem godziny 0:00 świat się nie kończy, a ja nie pożegnam się z ziemskim padołem przygnieciona przez zwalisty meteoryt zwiastujący kres ludzkiego istnienia. Nie te czasy. Dinozaury już były.

Więc… Oznajmiam, że nic nie robię w Sylwestra. Nie będę na balu, nie będę na placu, nie będę na szalonej prywatce. Jednocześnie zaprzeczam, jakobym była staruchą, siermięgą, dusigroszem i życiową kaleką.

Jednak, wszystkim pląsającym na balach, prywatkach i dancingach, bawiących się na imprezach masowych, siedzących w domach lub w pracach życzę:

Wspaniałej końcówki roku, która zamieni się w pełen ekscytujących momentów Nowy Rok, podczas którego będziecie się kąpać w szampanie, jeść kawior na śniadanie i czarować swym nieskazitelnym wyglądem otoczenie zewnętrzne. Niech zdrowie Was nie opuszcza, energia wypełnia, a same radosne chwile wypełnią dni w kalendarzu! :)

Do zobaczenia w 2014! :)

 

 

 

Szuru buru i po bólu ;)

Wczoraj gruchnęła na mnie, jak kokos na łeb drzemiącego pod palmą rozbitka, wiadomość, iż mój etat w pracy z przyczyn ekonomicznych musiał zostać rozwiązany i tym samym postanowiono wypieprzyć na bruk me nadobne ciało. W pierwszej chwili zapragnęłam dokonać czystek ludnościowych na „władzy”, która podjęła decyzję o likwidacji mej placówki, w postaci efektownego podpalenia ich samochodów pod urzędem, następnie wtargnięcia do gmachu z maczetą w ręku i wykoszenia ich nędznych żywotów, jak pszenicy sierpem podczas żniw. Przeszło mi, gdy uzmysłowiłam sobie, że na więzienie wciąż jestem zbyt młoda, a poza tym człowiek po resocjalizacji dość niezręcznie mógłby wyglądać na tle hultajów i złoczyńców.

Anyway. Sprawa wygląda tak, iż za 3 miesiące będę bez pracy, chyba, że wcześniej ktoś doceni mą niebywałą osobowość i talent wciąż nieodkryty. Ale w zasadzie nie o tym miałam przemawiać.

Bo…

Z utratą pracy w Polsce wiąże się natychmiastowa lawina pytań rzucanych przez otaczające nas ludzkie środowisko typu – „O Jezu, i co Ty teraz zrobisz?”. Pojawia się też ten zatroskany wzrok i wyobrażenia twojej osoby skulonej pod mostem w przestronnym kartonowym M5 oraz wyżerającej zachłannie żarcie gołębiom. Nosz kurwa, przecież się nie powieszę na słupie przed urzędem, by moi winowajcy patrząc na me dyndające w porywach wiatru ciało szepnęli „O ja pierdolę, cośmy narobili!” :) W zasadzie nic nie zrobię – oprócz poszukiwania nowego zajęcia, rzecz jasna,  bo bez pracy czuję się jak Chip bez Dale’a. Albo Radek Majdan bez przeszczepionych włosów.

Nigdy nie byłam osobą, która z prędkością światła popada w depresję i załamanie nerwowe. Utrata pracy, owszem, może być nie najlepszą wiadomością przed przybyciem Świętego Mikołaja i swymi yndnadastymi urodzinami , ale toż to nie tragedia na miarę Titanica. Ja wciąż płynę! :)

W życiu swym niezwykłym doszłam do jednego wniosku – swe porażki przekładaj na sukcesy. Bo skoro nie masz już nic do stracenia, to masz wszystko do zyskania. :)

It’s been a long time…

Wbrew pozorom żyję. Zdaję sobie jednak sprawę z faktu, że moja długotrwała  nieobecność na blogu mogła sugerować wiele. W tym –  mą bardziej lub mniej spektakularną śmierć. Ale jestem. O dziwo, w ogóle się nie zestarzałam (:P), nieco zmądrzałam, dojrzałam i nabrałam ogłady. Reszta bez zmian.

Zastanawiam się teraz, czy ktoś tu jeszcze zagląda? Wiem, porzuciłam blog i Was – macie prawo mnie szczerze nienawidzić, bo przyjaciół nie powinno się zostawiać na tak długo. Może jednak, choćby najmniejsze humanitarne odruchy, pozwolą Wam wybaczyć mnie niegodziwej i w komentarzu napiszecie co u Was? Teraz to ja czekam na Was. :) Buziaki!!! :)

 

A takie tam ;)

Wiosna, wiosna i po wiośnie… 
Zamiast skakać po łące radośnie,
siedzę w domu przeziębiona,
wściekła i  bardzo wku*wiona!
      Ot taki wiersz wiosenny stworzyłam na poczekaniu, gdyż od ponad dwóch tygodni walczę z zarazkami wszelkiej maści i mi ta wiosna już bokiem wychodzi. Pociesza mnie jednak fakt, że przy utrzymującej się temperaturze ciała +38 stopni i katarkiem, mogę o sobie powiedzieć, iż jestem gorącą i  pociągającą kobietą. ;)
     Korzystając z okazji pozdrawiam serdecznie Radzyń i redakcję „Bezmyślnika” za artykuł o mnie i tejże stronie. Chciałabym jedynie dodać, iż nie jestem młodą mężatka. Ani starą. Żadną nie jestem. I niech mnie Bóg strzeże. ;) 
     Co tam u Was? ;)