Sylwestrowy szał nadobnych ciał, czyli jak spędzić ten dzień i nie zwariować ;)

„Gdzie idziesz na Sylwestra?”, „Co robisz w Sylwestra?”, „Jakie masz plany na Sylwestra?” – od połowy grudnia padają w moja stronę te i inne pytania niczym pociski z kałasznikowa pijanego rosyjskiego żołnierza, a ja niczym człowiek-guma uchylam się przed nimi. A gdy pada z mej  strony krótkie „NIC NIE ROBIĘ”, to zapada chwila ciszy, zmieszania i pojawia się ten wzrok osoby pytającej, z którego wyczytać można jedno – „Boże, jaką ona musi być nieszczęśliwą sierotą”… No ale, CZY JA COŚ MUSZĘ ROBIĆ W SYLWESTRA? Nie muszę! :)

Ludzie powariowali. Naprawdę. Rozumiem, że ktoś ma potrzebę uczczenia końca roku w eleganckiej sukni, z wymyślnym kokiem na głowie i scenerii niczym żywcem zerżniętej z balu niejakiego Kopciuszka. Eleganckie damy, dostojni panowie, wykwintne jedzenie i znakomita orkiestra grających muzyków. Skoczne piosenki radośnie sączące się z instrumentów i głosów wokalistów, pląsy na parkiecie i morze alkoholu wlewanego do gardeł. Do tego świadomość, że żegnany rok w niebanalny sposób. Taaaaak. A potem następuje ranek. Kac rozmiarów Wielkiego Kanionu i człowiek Zombie toczący się do lodówki w poszukiwaniu soku z kiszonych ogórków, maślanki albo hektolitrów wody mineralnej. Kok na głowie zaczyna przypominać ptasie gniazdo i tylko patrzeć jak radosna sroka zapragnie na nim zbudować swe imperium. Makijaż, którego pozazdrościłaby filmowa Emily Rose podczas ostatniego egzorcyzmu i świadomość, że weszło się w Nowy Rok o kilka stówek biedniejszym, zmarnowanym, bez siły i chęci do życia. Raz to przeżyłam i dziękuję.

Żeby była jasność – nie potępiam sylwestrowych balowiczów. Nawet im odrobinę zazdroszczę tego zapału i odwagi zmierzenia się z syndormem „dnia następnego”. Natomiast ja nie traktuję Sylwestra jako dnia ostatecznego, w którym ograniczające mnie hamulce cywilizacji i dobrego wychowania muszą zostać porzucone na rzecz niepohamowanej zabawy, przebijającej swymi efektami żulerię z „Warsaw Shore”. Nie.

Cały dramatyzm sytuacji polega na tym, że niektórym ludziom trudno zaakceptować mą, nieco odmienną, postawę wobec świętowania końca roku. Niektórym wydaje się, że nie posiadam ŻADNYCH sylwestrowych planów, bo:

-  mam wysoce zaawansowaną depresję, chorobę psychiczną, bądź jestem wyalienowanym wyrzutkiem społecznym,

- jestem centusiem, skąpiradłem i dusigroszem, któremu ręce się trzęsą i czoło poci na myśl wydania większej kwoty pieniędzy na zabawę,

- jestem sztywniarą, kostniejącą staruchą i piernikiem, który woli usadowić dupsko w domowym zaciszu, niż rzucać swe ciało w szalonych konwulsjach po parkiecie,

- nikt mnie nie lubi, nie akceptuje, mam status „życiowej niedojdy”, która musi siedzieć w domu, by swym jestestwem nie psuła zabawy reszcie populacji. :)

A dla mnie, Kochani moi, Sylwester to dzień jak każdy inny. Lampka szampana, sałatka i widok strzelających fajerwerków w zupełności wystarczy, by przywitać się z Nowym Rokiem. Przecież wraz z wybiciem godziny 0:00 świat się nie kończy, a ja nie pożegnam się z ziemskim padołem przygnieciona przez zwalisty meteoryt zwiastujący kres ludzkiego istnienia. Nie te czasy. Dinozaury już były.

Więc… Oznajmiam, że nic nie robię w Sylwestra. Nie będę na balu, nie będę na placu, nie będę na szalonej prywatce. Jednocześnie zaprzeczam, jakobym była staruchą, siermięgą, dusigroszem i życiową kaleką.

Jednak, wszystkim pląsającym na balach, prywatkach i dancingach, bawiących się na imprezach masowych, siedzących w domach lub w pracach życzę:

Wspaniałej końcówki roku, która zamieni się w pełen ekscytujących momentów Nowy Rok, podczas którego będziecie się kąpać w szampanie, jeść kawior na śniadanie i czarować swym nieskazitelnym wyglądem otoczenie zewnętrzne. Niech zdrowie Was nie opuszcza, energia wypełnia, a same radosne chwile wypełnią dni w kalendarzu! :)

Do zobaczenia w 2014! :)