Szuru buru i po bólu ;)

Wczoraj gruchnęła na mnie, jak kokos na łeb drzemiącego pod palmą rozbitka, wiadomość, iż mój etat w pracy z przyczyn ekonomicznych musiał zostać rozwiązany i tym samym postanowiono wypieprzyć na bruk me nadobne ciało. W pierwszej chwili zapragnęłam dokonać czystek ludnościowych na „władzy”, która podjęła decyzję o likwidacji mej placówki, w postaci efektownego podpalenia ich samochodów pod urzędem, następnie wtargnięcia do gmachu z maczetą w ręku i wykoszenia ich nędznych żywotów, jak pszenicy sierpem podczas żniw. Przeszło mi, gdy uzmysłowiłam sobie, że na więzienie wciąż jestem zbyt młoda, a poza tym człowiek po resocjalizacji dość niezręcznie mógłby wyglądać na tle hultajów i złoczyńców.

Anyway. Sprawa wygląda tak, iż za 3 miesiące będę bez pracy, chyba, że wcześniej ktoś doceni mą niebywałą osobowość i talent wciąż nieodkryty. Ale w zasadzie nie o tym miałam przemawiać.

Bo…

Z utratą pracy w Polsce wiąże się natychmiastowa lawina pytań rzucanych przez otaczające nas ludzkie środowisko typu – „O Jezu, i co Ty teraz zrobisz?”. Pojawia się też ten zatroskany wzrok i wyobrażenia twojej osoby skulonej pod mostem w przestronnym kartonowym M5 oraz wyżerającej zachłannie żarcie gołębiom. Nosz kurwa, przecież się nie powieszę na słupie przed urzędem, by moi winowajcy patrząc na me dyndające w porywach wiatru ciało szepnęli „O ja pierdolę, cośmy narobili!” :) W zasadzie nic nie zrobię – oprócz poszukiwania nowego zajęcia, rzecz jasna,  bo bez pracy czuję się jak Chip bez Dale’a. Albo Radek Majdan bez przeszczepionych włosów.

Nigdy nie byłam osobą, która z prędkością światła popada w depresję i załamanie nerwowe. Utrata pracy, owszem, może być nie najlepszą wiadomością przed przybyciem Świętego Mikołaja i swymi yndnadastymi urodzinami , ale toż to nie tragedia na miarę Titanica. Ja wciąż płynę! :)

W życiu swym niezwykłym doszłam do jednego wniosku – swe porażki przekładaj na sukcesy. Bo skoro nie masz już nic do stracenia, to masz wszystko do zyskania. :)