Wyznania intymne… ;)

      Zaczyna się zwyczajnie. Idę. Siadam. Wiem, że czas nie będzie moim sprzymierzeńcem. Zdaję sobie sprawę, że chcę, czy nie chcę, muszę poświęcić wydarte ostatnimi resztkami siły wolne chwile. Chciałabym je wykorzystać w inny sposób. Bardziej pożyteczny, ale wiem, że życie nie zawsze dostosowuje się do naszych chęci i często weryfikuje potrzeby. Jestem więc. Siedzę. Spokojna…
     Dopiero po upływie kilkunastu minut zaczynam odczuwać ten dziwny stan. Rozglądam się. Oceniam miejsce, w którym się znajduję. Kolor teoretycznie brzoskwiniowy dominuje. Teoretycznie, bo choć pewnie taki był zamiar malarza, jego brzoskwiniowy raczej przypomina pół świeżego kurczaka z Carrefoura. I ten cholerny śliwkowy. Wali po oczach niemiłosiernie. Kto wymyślił połączenie barw nieświeżego kurczaka i mocno stuningowanej śliwki. No kto? Daltonista?…
      Siedzę dalej, a czas płynie nieubłaganie. Rozglądam się nerwowo z jeszcze większym procentem irytacji. Czytam. Ulotka o alkoholizmie… Nie jestem alkoholiczką, ale czuję, że im dłużej posiedzę w tym miejscu, tym bardziej będę ku niemu się skłaniać… Instrukcja przeciwpożarowa… Nigdy nie myślałam, że w tym momencie wyda mi się równie fascynująca, co powieść Cobena… Pochłaniam każde słowo… „gaśnica”, „wąż”, „hydrant” jeszcze nigdy nie brzmiały tak pięknie…
      Mijają kolejne długie minuty… Wyciągam telefon. Piszę do każdego, kto może teraz być na tyle wolny, że odpisze. Dziękuję Bogu, że dał ludziom rozum, a oni go wykorzystali do wymyślenia Short Message Service… SMS, dwie literki, a w tej chwili znaczą dla mnie więcej niż cały pozostały alfabet…
      Dlaczego Boże? – pytam Stwórcę. Dlaczego pozwoliłeś ludziom wymyślić telefony i SMSy, a nie dałeś im na tyle rozumu, by stworzyli nie rozładowujące się baterie. Why, oh why… Cierpię…
     Już nie pamiętam, ile tu jestem. Pojęcie czasu zatarło się, jak miłość Wiśniewskiego do Mandaryny. Rozglądam się znowu. Dookoła tylu ludzi, a ja sama. Nawiążę kontakt. Będę komunikatywna. Ludzie przecież lubią komunikatywnych. Uśmiecham się do kobiety obok. Odpowiada tym samym. Zaczynamy rozmawiać… O kupie jej wnuczka. Sam chodzi do kibelka i sam robi kupę. Większość moich znajomych sama robi swoje kupy, więc trudno mi podzielić jej entuzjazm. Staram się mimo wszystko słuchać. Zamiast jednak niezwykle interesującej rozmowy o problemach współczesnego świata, dowiaduję się, że cierpi na hemoroidy, córka ma męża Rosjanina, a jej mąż czyta gazety w kiblu… Znów przeklęty kibel…
      Czuję jak od środka ogarnia mnie wielki, nieodgadniony, przerażający i narastający do szczytowej formy mega wkurw. Zatargam ją za kudły do miejsca, w którym jej wnuczek sam robi kupę, a chłop czyta gazetę, wsadzę głowę do kibla i z dzikim uczuciem szczęścia spuszczę wodę. Potem kupię wielgachną flachę spirytusu, o której wspomniano w ulotce o problemach alkoholowych, rozleję ją po tej drobiowej ścianie i oczojebnej śliwkowej tandecie, oleję zasady przeciwpożarowe, które zawierała fascynująca instrukcja i w pizdu spalę tą budę wraz ze wszystkimi złymi emocjami zrodzonymi w ciągu ostatnich 70 minut…
    Uff… Otwierają się drzwi i słusznego wzrostu brunet prosi mnie do środka. Wchodzę. Gniew odchodzi, a myśli znów nabierają przyjaznych ludzkości kształtów.
    Taaa… Jak ja kocham siedzieć na korytarzu przychodni…

Z pamiętnika turystnika (oj bo chciałam zrymować) ;P

     Zatem tak. Byłam, zobaczyłam, wróciłam. I powiem Wam, że nawet obyło się bez większych skandali i zniszczeń środowiska naturalnego. No bo czy podpalenie kosza na śmieci zaledwie w ciągu 15 minut po przybyciu do Zakopanego można zaliczyć do wyjątkowych zbrodni? Albo wyłamanie deski w podeście na tarasie widokowym Gubałówki? Albo nakłonienie pijanego Górala do zjazdu powozem z górki takiej jednej? No przecież, że nie. Poza tym tradycyjnie zgubiłam się w drodze powrotnej do domu, nawiązałam bliskie znajomości z owcami i zeżarłam połowę produkcji oscypka. Ale przede wszystkim miałam gest i zaplanowałam sobie i Wam przepiękną jesienną pogodę.

      Wiem, oryginalna nie będę. Góry są NIESAMOWITE. Zakochałam się w nich na amen i to miłość w równym stopniu wielka, co ta do rogali 7Day’s. A może i nawet większa. Tych, którzy spodziewali się, że oprócz wspomnień i zdjęć z Zakopanego przytargam również Janosika albo innego juhasa rozczaruję wielce. Straszny tam panuje obecnie deficyt na prawdziwych górali.Takich wiecie z klatą owłosioną, w obcisłych gatkach i ciupagą. No kurde nie ma. No albo miałam inne wyobrażenia. W każdym bądź razie posucha na tym polu panuje okrutna.

     Na Słowacji owszem też byłam, podobnie jak 99% turystów pochodzenia polskiego. I oczywiście to nie uroki słowackich gór tak masowo przyciągają tam rodaków, a ognista woda sprzedawana już kilka metrów po przekroczeniu granicy. Boszz…takich kolejek to ja nie widziałam w czasach PRLu. Nie żebym oczywiście pamiętała te czasy dokładnie, bo jak wiadomo młoda żem istota, ale wiem, bo mi inni mówili. ;P W każdym bądź razie, by nie zhańbić narodu polskiego, zakupiłam se dwie butelki likieru, które już wypiłam. Veni, vidi, vici, jakby nie patrzeć.

     Zdjęć dużo narobiłam, bo pozazdrościłam Rudi jej talentu, ale kurde nie wiem. Najwidoczniej jak Bozia rozdawała talenty, to musiałam głupia drugi raz za wzrostem ustać, bo przy pracach Rudi wymiękam. Ale nic. Może się jeszcze rozwinę. Pomódlmy się w tej intencji.

P.S. Zdjęcia z gór dostępne w galerii. Jak ktoś chce, niech se luknie. ;)                                                                                                                                           
    

bo…

bo…

bo się turystyczna bestia zrobiłam…

bo jadę do Zakopanego i na Słowację…

bo wstyd się przyznać, ale jedynymi górami, jakie widziałam, były góry ubrań, które niespodziewanie wypadają mi z szafki…

bo się kochałam w czasach maleńkości w Janosiku i po latach chcę odnaleźć szlaki, którymi mój męski ideał wszech czasów przechadzał…

bo mi koleżanki mówiły, że Górale mają fajne ciupagi…

bo dla odmiany chcę spotkać niedźwiedzia, a nie same dziki…

bo chcę przywieźć oscypka, a to cholerstwo ma w sobie tyle soli, że w mroźne zimy mogę topić sobie nim lód…

bo muszę zdobyć jakiś szczyt, choćby nawet miałby się nim okazać pagórek obok mojego pensjonatu… albo skarpa jakaś…

bo chcę poczuć się złym człowiekiem i przeszmuglować coś przez słowacką granicę…

bo chcę poznać juhasa…

bo chcę pooddychać…

bo chcę nie myśleć… w końcu…

bo przez najbliższy tydzień mnie nie będzie… ale wrócę…

P.S. bo jeśli macie jakieś marzenia, to zacznijcie je spełniać… dla siebie… ;)