I spróbuję Was nie opuścić… ;)

   
     Tak mnie ostatnimi czasy naszło na głębsze rozmyślania na temat zamążpójścia. Nie żebym planowała coś względem swej skromnej osoby, bo jak głosi stare ludowe porzekadło „do tanga trzeba dwojga”, a ja od czasu już dłuższego popylam na życiowym parkiecie same solówy. No nic, widocznie miszczyni w tej dziedzinie jestem. ;) Wracając jednak do tych moich jakże przebogatych rozmyślań nad jedyną legalną obecnie formą ludzkiego niewolnictwa, zwaną też czasem „małżeństwem”, to dochodzę do wniosku, że albo wyjątkowo jestem małżeńsko upośledzona, albo naprawdę na tym polu są pewne nieprawidłowości. Bo patrzcie. Byłam na weselu ostatnio, nie? Stałam sobie tak w kościółku i gdzieś pomiędzy myślą o tym, czy na drugie danie podadzą  pyszniutkie pieczone kurczaczki, czy może schabowe, przysłuchałam się przysiędze. O tym, że wiecie… „nie opuszczą cię aż do śmierci… blablabla”. No i wtedy mnie poraziło. Bo heloł. Czy zdrowy na  umyśle człowiek może przysiądź i tym samym zagwarantować, że będzie z kimś do końca życia? Że go nie opuści? Że tak go będzie love forever?  No przecież zdrowy rozsądek mówi, że nie. Dziś lubię placki ziemniaczane, a za 3 lata mogę się ich nażreć tyle, że do końca życia ich nie tknę. Z mężem mogę mieć tak samo. ;P Nie w sensie, żebym się go nażarła, bo do kanibalizmu póki co mnie nie ciągnie, ale wiecie o co chodzi. Nikt nie jest w stanie nikomu zagwarantować dozgonnej miłości, bo jak mawiał mój profesor psychologii „ludzie som ułomne” i w każdej chwili może się im coś odwidzieć. No tak czy nie? Po co więc nakazywać w kościele kłamać ludziom, że się nie opuszczą do śmierci? A nie lepiej byłoby nieco zmodyfikować słowa przysięgi.  Przykładowo tak:
 

Ja …(imię Pana Młodego) biorę se Ciebie…(imię Panny Młodej) za żonę i ślubuję  Ci na tą chwilunię miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że podejmę wszelkie możliwe mi środki, ażeby Cię nie opuścić aż do śmierci, chociaż stuprocentowo też nie gwarantuję, bo wiadomo, żem ułomny i tak jak dziś kocham placki ziemniaczane, to jutro mogę ich nienawidzić. Ale się postaram i jak bum cyk cyk teraz Ci to obiecuję. Przyjmij więc tę obrączkę jako znak mojej miłości i wierności, ale w razie jakiego niepowodzenia, na które przecież jest narażone nasze małżeństwo, oddaj mi ją bez gadania. Telewizor też. Amen. :D

Może być, co nie? Przynajmniej uczciwe jest, nie da się ukryć. ;)

     A w ogóle zapomniałam Wam powiedzieć! GAZ MAM. Obezwładniający. 80-letni wujek dał mi go, bo biedaczka zmartwił fakt, że się nie dorobiłam jeszcze własnego chłopa. I ten gaz, to ma mi pomóc w znalezieniu męża. Bo teraz jak spotkam na swej drodze potencjalnego kandydata na niewolnika jedynej legalnej obecnie formy ludzkiego niewolnictwa, to go potraktuję tym cudem i ledwo przytomnego zaciągnę przed ołtarz. Jacyś chętni? ;P

P.S. Tekst dedykuję tym, co się o niego upominali. :)