Z pamiętnika urlopowicza… część II

    Ha! A NIE MÓWIŁAM? Leje aż miło. Wieje jak się patrzy. Błyska się jak marzenie. Jeszcze tylko piorun przypierdzieli w mój dom i pełnia szczęścia gotowa. Wiadomo – Marta ma urlop. W tajemnicy Wam powiem, że skoro w poniedziałek zesłałam ulewę, we wtorek rzuciłam huraganem, wczoraj sypnęłam mżawką, to na dziś dla urozmaicenia zaplanowałam podmuchy wiatru. W piątek pyknę se trzęsionko ziemi, a w niedzielę wypadałoby chyba zapodać koniec świata. No muszę mieć gest, sami rozumiecie. ;P

    Urlop, urlop, urlop… Kuźwa, wiecie co? Ja chyba za cholerę nie umiem urlopować. Znaczy, nie ma się z jednej strony co dziwić, skoro za oknem wszelkie dostępne klęski żywiołowe prześcigają się, która dopadnie mnie pierwsza. Nie ma też się co dziwić, skoro pieniądze z wypłaty, które HIPOTETYCZNIE MOGŁABYM przeznaczyć na wypoczynek wydałam w ciągu czterech dni roboczych po ich otrzymaniu. Ale to i tak dobrze, bo zwykle uwijam się w dwie doby. ;) Mimo wszystko jednak narzekam na bezczynność ruchową i emocjonalną, zwaną potocznie nudą. A jak wiadomo od nudy się wszyściutko zaczyna. Bo to potem człowiekowi coraz bardziej szalone pomysły do głowy przychodzą. A to se zapierniczy batonik ze sklepu. A to se później opierniczy cały sklep. Potem sieć sklepów. Potem opierniczy kilka domów, kogoś pobije, postraszy i kończy w szarym kombinezoniku, w szarym pokoiku, co to się nazywa pudło. Oj, że więzienie w  sensie, no wiecie. Także nuda jest niebezpieczna. Oczywiście nie znaczy to, że zejdę na drogę przestępczą, ale jak tak dalej pójdzie, to zejdę na pewno. Z tego świata. Z nudy. Bo tak:

  • Pudelka czytuję na bieżąco kilka razy dziennie, ale nawet oni nie są w stanie wymyślić nowych plotek z taką częstotliwością, żeby mnie zaskoczyć przy każdej wizycie,
  • wysprzątałam dom do tego stopnia, że posiłki śmiało można jadać na podłodze (że tak higienicznie w sensie),
  • podzieliłam odzież letnią na: bardzo letnią, średnio letnią, późno letnią, wieczorno-poranną, środkowo-dzienną, plażową, nigdytegoniewłożę letnią
  • ukradłam z internetu 7 filmów wciągu dwóch dni (tylko się nie chwalcie, że wiecie),
  • nadałam nazwy wszystkim kwiatom w domu i obserwuje ich proces wzrostu (Arturek rośnie najszybciej… zuch chłopak),
  • z zapałem śledzę żywot pająka Antosia, który za oknem zaczął se wić pajęczynkę ze 3 dni temu i do tej pory mu się trzyma. Ba! Se nawet ją zaczął rozbudowywać od wczoraj, co dało mi do myślenia, że chce założyć rodzinę. Tylko kurna niech nie przyprowadzi lafiryndy, co go wykorzysta, zeżre wszystkie muchy i porzuci, bo ją normalnie, po ludzku potraktuję kapciem.
  • snuję plany na przyszłość. Póki co doleciałam do 45 roku życia, ale się szybko uwinę z resztą.

Także sami widzicie. MI SIĘ NAPRAWDĘ NUDZI. ;) Dobra, idę. Nie wiem… Chyba zaszaleję i policzę sobie włosy na głowie. Naukowcy mówią, że mamy ich przeciętnie 100-150 tys., ale przecież nie zaszkodzi samodzielnie sprawdzić, co nie? :P

Z pamiętnika urlopowicza… część I ;)

    A no bo ten… Yyyy… Remanent w internecie robili i kazali mi się wstrzymać  na chwilę z pisaniem czegokolwiek na blogu, co by im nie namieszać w obliczeniach.  No sami rozumiecie. ;P

    Na urlopie jestem. Od wczoraj. I jak to już moje wieloletnie doświadczenie pokazuje, głównie z tego powodu teraz leje. Niewykluczone, że będą też burze, huragany, trąby powietrzne, tsunami, a może nawet i koniec świata. Już tak mam, że przyciągam klęski żywiołowe. Ajm sory. Za dwa tygodnie kończy mi się urlop i znów będzie piękna pogoda. Także się nie martwcie, a ja w tym czasie popełnię seppuku. No bo kuźwa w kaloszach i z parasolką popylać po plaży nie będę. Jakoś nie mam ochoty.
    Muszę się jednak przyznać do tego, że przez dwa dni udało mi się skorzystać z prawdziwego lata. Wystawiłam swoje nadobne ciało na działanie promieni słonecznych i obstrzał ptaków. Tak. Cztery razy dostałam. Może też trenują do olimpiady i se urządziły zawody strzeleckie, a mój tyłek wykorzystały jako tarczę. W każdym bądź razie spadający z nieba ptasi kał do szczególnych przyjemności nie należy. No chyba, że nie umiem docenić piękna natury. A poza tym raz udało mi się dotrzeć na plażę i zanurzyć w wodzie prawy palec u lewej nogi. Bo woda, Wam powiem, była niezwykłej urody. Taki miała odcień… hmm… dorodnej, zgniłej gruchy, a zapach… hmm… rybki co sobie wyciągnęła płetwy ze dwa miechy wcześniej. Także wiecie… było świetnie. Nie narzekam.
    A tak ogólnie to się szykuję do wesela. Nie swojego oczywiście. Do swojego planuję się szykować, ależ owszem, ale to w bliżej nieokreślonej przyszłości. Znaczy podejrzewam najbardziej prawdopodobną datę tegoż wydarzenia, tylko, że wtedy raczej użycie słowa „szykuję” byłoby nie na miejscu. Bardziej słuszne będzie wówczas zastosowanie słów „szykują mnie”. Bo po 80-tce, to biodra, stawy, reumatyzm, Alzheimer, zaćma i rozrusznik serca mogą mi nieco utrudnić to zadanie. Ale kto by się przejmował. W domu pomocy społecznej znajdę przecież przyjaciół. ;P Wracając jednak do tego wesela, to cieszę się ogromnie, że tym razem wyjdę z roli kelnerki, a wejdę w rolę gościa. Taka odmiana mi się należy. Martwi mnie tylko jedna rzecz, mianowicie taka, że znów, niczym z kałasznikowa pijanego rosyjskiego żołnierza, padną pytania typu: „A ty kiedy?”, „A gdzie Twój narzeczony?”, „No w tym wieku, to ja już dawno…”. Planuję więc ze szczerością odpowiedzieć, że mój narzeczony wyjechał w celach badawczych na Antarktydę, a tam go zeżarły rozwścieczone pingwiny, albo wyskoczył z samolotu i jeszcze nie wylądował. No takie rzeczy się zdarzają. Dam radę.
    Dobra, na dziś wystarczy. Idę obejrzeć film, w którym miły pan lata po mieście z nożem i wycina ludziom organy. No trochę się powzruszam, co tu ukrywać. Niezwykle żem wrażliwa istota. ;)