O dolinie ;)

    No bo już naprawdę nie dacie człowiekowi odejść w spokoju. Nie pozwolicie porzucić tej rudery (o blogu się wypowiadam), zaprzestać wypisywać tych wszystkich bzdur, które tu zwykle wypisuję i iść w p**** (w siną dal znaczy się chciałam powiedzieć). Mało tego. Nie dość, że odejść nie dacie, to jeszcze takie mi rzeczy w komentarzach powypisujecie, że nawet najbardziej nieczułemu emocjonalnemu popaprańcowi (nie żebym ja była, tylko dla przykładu podaję) głupio się robi i jakieś takie te wyrzuty sumienia się w nim rodzą.  Nie lubię Was trochę za to. Znaczy lubię. Bardzo Was lubię, wariaty jedne. :)

    Skoro więc chcieliście, to macie. Drzwi do tego przybytku zostają ponownie oficjalnie otwarte, a Wy częstujcie się, czym chata bogata (tylko mnie nie grzebać w rzeczach osobistych proszę). ;)

    A tak w ogóle to dziś o depresji będzie. Wiosennej. Bo to jest mylne przekonanie, że człowieka depresja dopada tylko w okresie jesiennym. Dopaść może ona człowieka zawsze i wszędzie, a babki to już bez określonej przyczyny, ładu i składu. Mnie również wczoraj dopadła. Też bez uprzedzenia. A że w moim przypadku zwykle stan depresyjny standardowy trwa 1-2 godz., a ciężka depresja ogólna 1-2 dni, to już się niestety zakończyła. Ta depresja. I powiem Wam, że dużą w tym zasługę ma posiadana przeze mnie waga łazienkowa, która dziwnym trafem odczytuje ludzkie stany emocjonalne. Najpierw je rozpoznaje, następnie przetwarza i w zależności od typu psychicznego dołka stosuje indywidualnie dobraną terapię. Znaczy, że wskazuje najbardziej odpowiednią dla danego człowieka w danym momencie wagę, rozumiecie? I dziś z rana przykładowo wskazała mi, że ważę 16 kg. No to sobie wyobraźcie… Przy wzroście 179 cm posiadać 16 kg żywej wagi. Toż ja jak motyl jestem. Taki nieco większy, ale zawsze motyl. Życie jest zajebiste. ;)
    Ale wracając do tej depresji, to Wam powiem, że odkryłam sobie niezawodny sposób na zwalczenie psychicznego dołka, zwanego dalej doliną. Trzeba sobie bowiem za wszelką cenę odszukać przykładu kogoś lub czegoś, kto ma gorzej od nas, uczepić się tego przykładu, porównać i dojść do wniosku, że tak naprawdę, to ten ktoś lub coś ma przechlapane, a my nie. Że jego dolina jest większa niż nasza. Od razu człowiekowi lżej się na sercu robi. Tu jednak też trzeba stanowczo podkreślić, że znacznie bezpieczniej jest wybrać sobie za przykład nie człowieka, bo to niehumanitarnie tak się z ludzkiego nieszczęścia naśmiewać, a chociażby owoc. Truskawkę taką na przykład. Zobaczcie, że ta to ma dopiero przerąbane życie. Ledwo taka sobie wyrośnie, dojrzeje, nacieszy słońcem i czym tam jeszcze truskawki się cieszą, a tu nagle chlast, ktoś ją zerwie, wytarmosi, pokroi i wrzuci do jogurtu. Pół biedy jeszcze, jeśli to jogurt Jogobelli, gdzie się chwalą, iż wrzucają całe owoce. Gorzej, jeśli trafi do innego jogurtu, gdzie ją dodatkowo zmielą i pozbawią, że tak powiem, ciała stałego. Albo ususzą i wrzucą do kisielku truskawkowego, który przed chwilą żem zjadła. No powiedzcie sami? Czyż nie dramat? Czyż jej dolina nie jest większa niż moja, Twoja, albo tego obok? No gołym okiem widać, że większa. ;)
    Nie chcę Wam teraz doradzać, żebyście pędem lecieli do sklepów po jogurty truskawkowe, tym bardziej, że ani jeden producent tego specyfiku żadnych profitów z tytułu reklamy mi nie zaoferował, ale sprobować możecie. No chyba, że macie własne sposoby na doliny, to też się nie obrażę, jeśli tam pod spodem się tymi cennymi informacjami podzielicie. To ja idę. Aha i pozdrawiam wszystkie truskawki. ;)

 

Małpą być… ;)

    Z jakim to rozmarzeniem i wszechogarniającym uczuciem smutku oraz nostalgii myślę o czasach, kiedy to człowiek jeszcze jako małpa, siedział sobie na drzewie, dyndał się na gałęzi, wpieprzał banana i miał w głębokim poważaniu otaczający go świat i inne małpy. A potem przyszła zakichana ewolucja, człowiek przestał się dyndać, zlazł z drzewa, wyprostował, zgubił owłosienie i poszedł do PRACY. I od tego momentu jego beztroski świat runął, jak marzenia Andrzeja Leppera o prezydenturze, a on sam ze szczęśliwej małpy zamienił się w tyrającego człowieka, który musi na co dzień obcować z takimi, co do których procesu ewolucji można snuć poważne wątpliwości. I mówię tu publicznie, niech Darwin dziękuje Bogu, że nigdy nie mieliśmy okazji spotkać się na tej samej drodze, bo dopiero pokazałabym mu, co myślę na temat tej jego całej zakichanej teorii ewolucji.
    Bo bycie taką małpą, to Wam powiem, wcale nie było głupim zajęciem. Futro zawsze piękne, lśniące. Oznak starości praktycznie żadnych. Pożywienie za darmo, co jedynie trzeba było je sobie zerwać/podnieść/zapierdzielić innej małpie. Dom wyrósł sam. Komunikacja miejska po gałęziach za friko. Wydatków na odzież i fryzjera żadnych, a i jeszcze dodatkowa możliwość zawierania znajomości przy wspólnym szukaniu insektów. Do tego zero podatków. Zero obowiązków. Zero kłopotów z innymi małpami, bo przecież w każdej chwili można było takiej strzelić z giry i nikt by się za to nie przyczepił. No i to co najistotniejsze – zero PRACY.
    A teraz ? A teraz to się człowiek musi użerać z szefową, której widok przyprawia o palpitacje serca i ogólny stan przed i pozawałowy. Musi odbierać swoją wypłatę i zastanawiać się na co przeznaczyć tą zapomogę, a jak już się zastanowi to i tak wie, że mu nie wystarczy. Musi się kontaktować z rodzicami swoich podopiecznych, którzy rozwojem zatrzymali się z jakieś 12748900 lat przed małpami. No i dyndać się na gałęzi też nie może, bo by wyszedł na idiotę. ;P
    Wiem, zrzędzę, ale to za darmo, więc co se będę żałować…

    Powiedzcie, że też nienawidzicie swojej pracy, to wdzięczna Wam będę okrutnie. :)

Roczniak ;)


Z głębokich przemyśleń Marty G.:

„Grunt, to mieć w życiu zapłon”

    Bo mi niedawno walnął pierwszy rok, a ja zapomniałam.  Znaczy dokładniej mówiąc, nie mi w sensie, bo tych „roków”, to kurza twarz wali mi coraz więcej, ale jemu. Blogowi. I takie sobie chciałam w związku z powyższym zorganizować wielkie i uroczyste podsumowanie. No że, ile to już przykładowo było kliknięć klawiszami, ile zużytej energii, ile procent utraty wzroku, itepe, itede. Ale mi się nie chce. Żeby jednak mimo wszystko uczcić w jakiś sposób tą zaszczytną chwilę, postanowiłam na prędce przygotować spis rzeczy, które towarzyszyły mi podczas pisania czegokolwiek na tym blogu, a które, że tak powiem, w trakcie tego roku poległy (ja na to mówię, że uległy naturalnej eksploatacji). I tak…

Lista przedmiotów martwych (w przenośni i dosłownie):
  • klawiatura (bo żeśmy się z kuzynem lali wodą w Lany Poniedziałek i mi się niechcąco chlusnęło),
  • klawiatura  (bo żem nieroztropnie piła sok bananowy i mi się chlusnęło),
  • mysz (bo… ten… myszy, jak ludzie, też umierają),
  • monitor (bo Chińczycy za słabo przymocowują kable, a wiadomo – słowiańska dusza, dużo siły posiada),
  • głośniki (bo nie upilnowałam królika i zeżarł kable),
  • głośniki (bo nie upilnowałam siebie i przerwałam kable),
  • słuchawki (bo się oderwało takie coś, ale skleiłam taśmą klejącą „na okrętkę” i działa, jak nowe, a nawet lepiej),
  • kilka sztuk płyt CD (bo mi się ten… ugotowały ;P),
  • kilka robaków internetowych i chyba ze dwa konie trojańskie (być może mi tu gdzieś latają, ale że ja zwierzęta lubię, to się nie przejmuję),

Poza tym zużyto:
500 ton żelków, 1285859 litrów zielonej herbaty, 84646 litrów soku bananowego, 3453 litrów soku porzeczkowego, 472365 sztuk batona „Princessa” (orzechowa), 858582 sztuk innych słodyczy.
Kilogramów masy własnej nie zużyto, ale w planach jest zużycie. Odległych co prawda, ale zawsze jakichś. ;)

   
    No doprawdy nie wiem, że chce Wam się tak tu przychodzić i przychodzić, ale to miłe jest okrutnie. I stąd też dzięki składam za ten rok, co żeśmy go we własnym gronie spędzili. Spasiba. :) martini