*** Opowieść (prawie) wigilijna ***

„OPOWIEŚĆ (PRAWIE) WIGILIJNA”
cz.1 (i ostatnia)

SCENA 1
(I jedyna, bo kolejna mogłaby być już dramatyczna)

OSOBY
Marta (Bogu ducha winne przeurocze dziewczę)
Siostra (Diabel wcielony Effka) …. i seksowna (kazała dopisać)

MIEJSCE
pokój Bogu ducha winnego dziewczęcia (zwany przez niektórych sajgonem)

AKCJA
Na niezaścielonym jeszcze łóżku siedzi niezwykłego uroku rozczochrana Marta i głosem czystszym od słowiczego nuci se po cichutku świąteczną piosenkę… dzyń, dzyń, dzyyyń, dzyń, dzyń, dzyyyń…. dzwonią dzwonki saaaaań…. a przed naaami i naad nami wiruje tyle gwiaaazd… dzyń, dzyń, dzyń… dzyń…

Jej spokój i radość z nadchodzących Świąt gwałtownie zostaje zakłócona. Do pokoju bowiem wpada ONA. Siostra.
SIOSTRA: Gdzie on jest?!!!!!!! – pyta wściekle
MARTA: ???? Kto? ???? – odpowiada zdumione dziewczę
SIOSTRA: Pies!!
MARTA: ???? Tu nie ma żadnego psa – odpowiada coraz bardziej zdezorientowana Marta (niezwykła i urocza, nie zapominajmy)
SIOSTRA: No wypuściłam go na dwór, a słyszę jak skomli!
MARTA: ?????????????????????????????????????????????????????? (w tle wciąż słychać nucenie dziewczęcia… dzyń, dzyń, dzyń, dzyń, dzyń. dzyń…. dzwonią dzwonki saaaań…)
Po sekundach trzech…
SIOSTRA: Ahahahahahaha… ahahahahahahahahaha…..hahahahahahaha….hahahahahahaha… hahahahahahahahahahahh ahahah – wydobywa ze swej paszczy Effka
MARTA: No co??!
SIOSTRA: Ahahahahahahahahahah… ahahahahahaha….ahahahahahaha… To ty śpiewasz!!!… ahahaha… A ja myślałam, że to pies wyje…. ahahahahahahahaha.

KONIEC

MORAŁ: Kolęd w tym roku nie będzie

*********

Zdrowych, pięknych i spędzonych w wyjątkowej atmosferze Świąt Bożego Narodzenia :o)

 

********


Przemiany na nadchodzący rok postanowione

    A ja wiedziałam, że tak będzie. Wiedziałam, że jak wewnętrzny wnerw gdzieś tam w środku człowieka się zalęga, to znak, że za dni parę wylizie i zmieni się w ogólnoustrojowy wnerw do kwadratu. Tak, jak mnie dziś.
    Jakaś taka emocjonalna rozpierducha mnie dopadła, wiecie… Nie bez przyczyn  oczywiście, ale o tych tu szczegółowo mówić nie będę, bo nie warte są splunięcia, nie mówiąc już o wyróżnieniu w postaci wcisku klawisza na mej zalanej sokiem bananowym klawiaturze. Ogólnie rzecz biorąc jednak, jak nie trudno się domyślić, chodzi o ludzi. Bo z jakimi popaprańcami zdarza mi się mieć do czynienia, to pojęte nie jest. Pół biedy, że ich spotykam. Każdy przecież spotyka. Najgorsze, że ja, zwana dalej MATKĄ TERESĄ Z KALKUTY I ŚWIĘTYM MIKOŁAJEM w jednym, już tak wybitną naiwnością i głupotą w stosunku do nich się wykazuję, że gdyby przyznawali za to pieniądze, to z pewnością siedziałabym teraz na złotym tronie, w złotej koronie, w złotym zamku, popijając wino ze złotego kielicha. Taka bym była kurna bogata. Bo głupia to pewnie nadal.
    W każdym bądź razie, do 50-tki planuję zmądrzeć, a póki co, na nadchodzący rok przygotowałam sobie noworoczne postanowienia, z których wypełnić zobowiązuję się chociażby z 5 i tym samym z bezdennie durnej Marty zmienić się w bezdennie bezduszną… no też Martę.

I otóż oznajmiam, że:

  1. Kupuję sobie paralizator i za każdym razem, kiedy najdzie mnie ochota przemiany w Matkę Teresę, strzelę sobie z 1800W.
  2. Zapisuję się na przyspieszony kurs: „Zostań zimną suką w tydzień”.
  3. Piszę list do Królowej Śniegu, żeby, tak jak tego Kaja od Gerdy, przemieniła mnie w pozbawionego wszelkich ludzkich uczuć człowieka.
  4. Oddaję swoje serce do przeszczepu (nie będzie mi potrzebne, to po co ma się marnować).
  5. Kupuję gigantyczny kij bejsbolowy, żeby mieć silny argument w rozmowach z wybranymi ludźmi.
  6. Dzwonię do Osamy Bin Ladena, żeby z łaski swojej pożyczył mi kilka bombek i innych granatów.
  7. Wstawiam w drzwi szybę pancerną, w którą będę mogła przywalić z rozpędu, gdy najdzie mnie ochota bycia miłą dla tych, dla których być miła nie powinnam.
  8. Wyjeżdżam na bezludną wyspę i śmigam po lianach z małpami LUB…
  9. Wyjeżdżam na misję do Afryki i uczę dzieci pacierza LUB…
  10. Wyjeżdżam do Meksyku i w spelunie „De La Muerte” zapijam się tanią tequilą, czy czymkolwiek, co tam podają.

  

    A z wiadomości takich bardziej przyjemnych, to okazało się, że 24 grudnia będę sama siedziała w pracy (podczas, gdy wszystkie podobne do mojej placówki są zamknięte), bo ZŁA CZAROWNICA miała taki kaprys. Chyba sobie zakupię na tą okazję kanister benzyny i zrobię sztuczne ognie parę dni przed Sylwestrem. A co se będę żałować.

    A tak w ogóle, to zapomniałam Wam powiedzieć, że mam nowy grzejnik. Tamten, którego wybuchłam jakiś czas temu (kto nie wie o co chodzi, niech se zajrzy TU), został zastąpiony wypasionym cackiem z dwoma pokrętłami regulującymi moc. Dziś doszłam do 1500W. Na 2000W nie byłam jeszcze gotowa. Ale będę.

   

Kevin Bodyguard poszukiwany ;)


    Mówcie mi PUDZIAN. Albo NIEZNISZCZALNA. :D  I od razu lojalnie uprzedzam, że nie są to żadne bezpodstawne przechwałki, ale fakt oczywisty. Sobie na wyżej wymienione tytuły w pełni zasłużyłam, bo jak się okazało, drzemią we mnie nieposkromione pokłady jakiejś mocy niezwykłej i ukrytej energii, które zdecydowały się wyjść na światło dzienne.  Nie wierzycie? A to słuchajcie:

SIĘ TROCHĘ TAK JAKBY OSTATNIO ZAGAPIŁAM I W REZULTACIE,  ZUPEŁNIE PRZEZ PRZYPADEK, CENTRALNIE PRZYWALIŁAM W SZYBĘ W DRZWIACH POKOJOWYCH. JA PRZEŻYŁAM. ONA NIE.

    Dobra, bo tu takie śmichy chichy, a mnie aż tak bardzo w zasadzie do śmiechu nie jest. Przez tą akcję z szybą i moją próbą wejścia do pokoju nie otwierając uprzednio drzwi, z przerażeniem i trwogą sobie uświadomiłam, że nic na świecie tak na mnie nie czyha i dybie, jak ja sama. I sprawa okazała się na tyle poważna, że postanowiłam sobie wynająć ochroniarza do ochrony mnie przede mną. Czyli krótko mówiąc zatrudnić prawdziwego bodyguarda.  Prawie takiego samiusieńkiego, jakiego miała Whitney Houston w tym takim filmie. No, co prawda on, ten Kevin znaczy, ją tam chronił przed psychopatą popapranym, a nie przed uroczym dziewczęciem, ale jakby nie patrzeć, w rezultacie i tak na to samo wychodzi. Tak więc, postanowiłam pierdyknąć takie oto ogłoszonko i zamieścić je w poczytnej prasie. A Wy przeczytajcie i powiedzcie, czy może być, dobra? ;P

Ochroniarza zatrudnię

WYMAGANIA
Wiek: no nie wiem w sumie… A od ilu przyjmują do tych amerykańskich Marines?
Wzrost: powyżej 180, ale jakby mu tam brakowało centymetra, albo dwóch, to afery robić nie będę.
Kolor włosów: to tak bez różnicy w zasadzie, chociaż mógłby mieć ciemne, żebym go dobrze widziała.
Kolor oczu:
a obojętnie, byleby zdrowe. I najlepiej oba.
Waga: o jeny, no za cieniutki być nie może, ale zbyt obfity też nie bardzo, bo za mną nie nadąży. Czyli, że silny i jurny. ;)
Wykształcenie: żeby w miarę kumaty był. No już nie mówię, żeby się fascynował fizyką kwantową, ale jakieś takie rozeznanie posiadać ogólne musi.
Cechy obowiązkowe: a to tu przede wszystkim refleks, jasność umysłu, umiejętność przewidywania sytuacji i kojarzenia faktów. Dobrze jakby znał jakieś takie te wygibasy i wykopy oraz potrafił reagować na proste polecenia wydawane w języku polskim (chociaż na migi w ostateczności też możemy pogadać). Aaaa i powinien jeszcze cechować się anielską cierpliwością, piekielną wytrzymałością psychiczną oraz nadludzką wyrozumiałością w stosunku do kalek życiowych. ;p
Cechy nieobowiązkowe (aczkolwiek mile widziane): te żeby miał piękne… yyy… piersi w sensie… No co? A nóż widelec się trafi. ;P
 *Dziewczyny mówią, żebym jeszcze dopisała plecy oraz jędrny tyłek. To dopisuję. ;D

OBOWIĄZKI
(m.in. bo to wiadomo, że wszystko i tak wyjdzie w praniu)
- otwieranie mi drzwi zanim zdążę w nie przy*walić,
- odstraszanie dzikich wieprzy (także tych ludzkich),
- ułożenie mnie do łóżka, kiedy podczas oglądania nudnej komedii romantycznej zasypiam na kanapie w całym dziennym zestawie ubraniowym, a potem po przebudzeniu około godz. 4 nad ranem, nie mam siły doczołgać się do łazienki i do rana śpię w opakowaniu, co skutkuje tym, że rano wyglądam jak kotlet mielony w stanie surowym,
- powstrzymanie mnie na czas przed użyciem balsamu do nóg zamiast szamponu, kiedy to niechcąco pomylą mi się buteleczki,
A tak naprawdę, to ogólne czuwanie, abym sobie nie wyrządziła większej krzywdy niż jest to przez społeczeństwo w większości przyjęte i akceptowane.

WYNAGRODZENIE
a to do ustalenia jeszcze

I co? Może być, nie? Będą walić drzwiami. A tym łatwiej im pójdzie, że one już bez szyby przecież.   hehe
                                                                                                                                                    

Poodmawiać muszę ;)

    Dziś doszłam do wniosku, że istnieje wysokie prawdopodobieństwo, iż mogę być osobą nawiedzoną. Albo nawiedzaną. Trudno mi to w chwili obecnej precyzyjnie określić, stąd to zawahanie. W każdym bądź razie, tą osoba nawiedzoną jestem ponieważ GÓRA daje mi znaki z nieba, które mają na celu uzmysłowić mi pewne złe uczynki, które popełniam na ziemi. Jak nie wiecie o co chodzi, to się nie martwcie, bo ja też nie wiem. Mimo wszystko, postaram się to tu nam zebranym wyjaśnić. ;)
    Zatem… Pamiętacie zapewne moje niedawne spotkanie oko w oko z jegomościem, zwanym przez niektórych dzikiem, bądź też wieprzem. Powiem Wam, że kurde popełniłam błąd i zbagatelizowałam to spotkanie.  Nie pomyślałam bowiem, że nic na świecie nie dzieje się przypadkiem i że czasem KTOŚ chce nam COŚ powiedzieć. Bo tak… Wracając dziś z pracy o tej samej porze co wtedy, postanowiłam sobie zakupić  w sklepie pączka. Pyszniutkie mają. I idąc tak sobie radośnie i pączkiem zagryzając doszłam do krzaczorów, w których wówczas siedział ON iiiiii … się kurna zakrztusiłam. Tym jedzeniem w sensie. I wtedy dopiero doznałam całego objawienia i zrozumiałam, że jestem nawiedzana. Bo pomyślcie… Najpierw tłusta świnia, a teraz próba uduszenia przez tłustego pączka… Jak nic znak z GÓRY, żebym tyle nie żarła, bo się zamienię w to pierwsze, a potem umrę przez to drugie. No jasne jak słońce. ;) Stąd też mówię, co czynię:

  • odmawiam przyjmowania pokarmów po godzinie 18.00 (bądź 20.00),
  • odmawiam przyjmowania pokarmów będących wcześniej częścią składową stworzeń chodzących, latających bądź pływających (kurczaki się nie liczą),
  • odmawiam przyjmowania pokarmów, których głównym składnikiem jest kakao (z wyjątkiem tych czekoladek, co je mam ukryte w szafeczce),
  • odmawiam przyjmowania pokarmów, które probują mnie udusić (chyba, że sobie je uprzednio zmielę),
  • odmawiam przyjmowania rogali 7Days, a firmę CHIPITA POLAND Sp. z o.o. jednocześnie informuję, że nie biorę od teraz odpowiedzialności za spadek jej dochodów oraz wszelkich komplikacji z tego tytułu wynikających (tu nie ma nic drobnym drukiem, bo naprawdę odmawiam).

    No, czyli już wszystko jasne. Do mierzenia wyników moich wyżej wymienionych wyrzeczeń służyć będą jasne dżinsy, co je sobie w zeszłym roku zakupiłam na Allegro, kiedy myślałam, że jestem szczupła. W zasadzie, to mam podejrzenie, że sprzedawca tejże odzieży celowo pozamieniał metki z rozmiarem, żeby mi dokuczyć, ale niech już mu będzie. ;P

Dziękuję za uwagę i pozdrawiam :D

  

   

Dzyń, dzyń, dzyń, dzwonią dzwonki sań :P

    Dziś będzie o czymś przez większość wyczekiwanym, niezwykłym, kochanym, uwielbianym, upragnionym, pięknym, niepowtarzalnym i jedynym w swoim rodzaju jednocześnie. Nie, nie, tym razem mimo wszystko nie o mnie. ;P O świętach.
    Pamiętacie głównego bohatera „Opowieści wigilijnej” Dickens’a? Się Scrooge typ nazywał i był wrednym starym dziadem, który nienawidził świąt Bożego Narodzenia. Czyli, jak ja. ;) No prawie, bo różni nas ze Scrooge’m płeć, stan majątkowy, WIEK oraz nasycenie stopnia negatywnych uczuć względem świąt. Ale poza tym, on i ja to dwa dobre ziomy.
    Tą najbardziej rzucającą się w oczy różnicą pomiędzy mną, a gościem z „Opowieści wigilijnej”, jest, jak już wymieniłam wyżej, nasycenie negatywnych uczuć względem Bożego Narodzenia. Bo to nie tak, że ich nienawidzę. Po prostu cała ta magiczna otoczka, którą widziałam za czasów młodości, przybrała teraz wygląd wielobarwnej masy przelewającej się pomiędzy stoiskami ze sprzętem RTV, półkami z zabawkami, kiełbasami, warzywami i świątecznymi bombkami w upindrzonych do granic przyzwoitości supermaketach. Grające bałwanki, trzęsące się jak w delirce Mikołajki, święcące oczami reniferki, które wyglądają tak, jakby przeżyły co najmniej ze trzy dobre ataki jądrowe. Dziki szał, oględnie mówiąc. Pół biedy, jeśli to wszystko atakowałoby mnie na dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem. Ale nie. Pierwszą choinkę zobaczyłam w sklepie gdzieś w pierwszej połowie listopada i w pierwszej chwili, w ramach protestu, chciałam ją pożreć na oczach ochroniarza. Powstrzymała mnie tylko myśl, że to sztuczne drzewko, a każą przecież jeść wszystko co naturalne i ekologiczne. ;) No świat oszalał.
    Pamiętam, że będąc dziecięciem bardzo czekałam na święta i Mikołaja. Względem tego ostatniego miałam zresztą pewne plany, ponieważ Babcia twierdziła, że Święty wchodzi ze swoim workiem prezentów przez okno. Uchylałam więc delikatnie to okno, siadałam pod nim i w skupieniu czyhałam na Mikołaja. Miałam bowiem zamiar zaraz po jego wejściu szybko zamknąć okienko, a następnie najzwyczajniej w świecie zapierniczyć mu worek. Taka byłam menda społeczna. Dziś już nie mam zamiaru okradać Mikołaja, bo chyba na niego nie czekam. Na rzeczach materialnych zupełnie mi nie zależy, a to, czego chcę, nawet On nie jest w stanie mi zapewnić. Życie.
    Całą historię swojego dzieciństwa przywołałam jednak nie po to, aby Was utwierdzić w przekonaniu, że byłam stukniętym dzieckiem, a głównie po to, aby sobie samej uświadomić, że prawdziwa magia świąt chyba gdzieś zaginęła po drodze. Jako dziecko nie zdajemy sobie bowiem sprawy z tego, że święta to tak naprawdę gigantycznych rozmiarów szoł, w którym główną rolę nie grają wartości, a komercja, pieniądze oraz fałszywe uśmiechy i bycie „na pokaz”. Nie mówię tu o najbliższej rodzinie i przyjaciołach. Mówię o tych wszystkich, którzy przed świętami nagle czują się zobligowani do bycia miłym. Nakładają maskę i tak nas kochają, że aż strach.
    Tak więc Marta alias Scrooge, trochę ze Świętami ma na pieńku. Czekam na nie, lubię, ale, mówiąc językiem ziomalskim, nie jaram się nimi, jak kiedyś. Serio. Zabili mi gdzieś tą magię. Całe szczęście, że żyję według zasady „nie ważne gdzie i co, ale ważne z kim”. Bo wciąż mam z kim. :)
    Ale żeby nie było, że jestem takim starym, zgorzkniałym piernikiem… Razem z kuzynem, który przyjeżdża na święta ze Szwecji, zaplanowaliśmy sobie cały ich przebieg i z tego względu nie możemy się ich doczekać. Gdyż ponieważ: kurczaki pieczone, sałatka, kurczaki pieczone, bigos, ciasto, kurczaki pieczone, bigos, sałatka, czekolada, kurczaki pieczone, herbata miętowa, bigos, herbata miętowa, ciasto, herbata miętowa, sałatka, Ranigast, Raphacholin, „dzwoń po karetkę, bo chyba umrę”. ;P

A jak z Wami i świętami? Kochacie je? Lubicie? Nienawidzicie? ;)

Uroda w spray’u, czyli bądź piękna, bo musisz

    Chyba jestem chora psychicznie albo coś. Tak, tak, już widzę oczyma wyobraźni, jak kręcicie z niedowierzaniem głową, ale mówię Wam, prawda to jest okrutna. No bo zastanówcie się poważnie… Grudzień mamy, nie? Ludzie w kożuchach i czapkach non-stop popylają, nie? No. I w związku z tym wszystkim, czy w pełni sprawny umysłowo i rozsądny człowiek zakupiłby sobie lód w spray’u? Zielony? Radziecki? A no widzicie. A ja sobie kupiłam.
    Lód jest rzecz jasna kosmetyczny i ma za zadanie uczynić mnie piękną i powabną. Tak przynajmniej zapewnia jego rosyjski producent, a ja mu wierzę, bo toż to na zwykłą logikę idzie pojąć, że kto, jak kto, ale Rosjanie się na lodzie znają. ;P Problem mam jednak mały, bo znajomość języka naszych wschodnich sąsiadów ogranicza się u mnie do zdania: „pust wsiegda budziet sońce” i trochę za bardzo nie orientuję się, co to za zdania są powypisywane na opakowaniu tego wynalazku. I się w związku z powyższym boję tego używać. No ale sobie pomyślałam, że to zielone coś tak mnie przecież zakonserwuje, że gdy za jakieś 500 lat archeolodzy odkopią moją powłokę cielesną , to będę w stanie tak nienaruszonym, że ludzkość będzie mogła mnie podziwiać w Luwrze, jak tego tam faraona z Egiptu. :P
   Ale ja w zasadzie i tak nie o tym chciałam. Problem jest natury zupełnie innej. Znacznie poważniejszej, bo dotyczącej nas wszystkich. Kobiet w sensie. Bo o matko, jakie my mamy przechlapane życie. Jakie my nieszczęśliwe, ciemiężone i gnębione. Jakim my stresom i presji ogólnej codziennie jesteśmy poddawane, to Wy mężczyźni pojąć nie jesteście w stanie. No o te kosmetyki mnie chodzi. I cały kult piękna. Bo kobiecie przecież wyglądać należy. Od pampersa (a dzieciom komunizmu od tetry :P) wmawiają nam, że mamy być ładne. Ubierają nas w różowe sukieneczki, zakładają białe sandałki, czeszą w warkoczyki. Kokardki, spineczki, koraliczki, pierdółki. Nie wypada nam się obżerać, brudzić błotkiem i biegać w dziurawych rajstopkach po drzewach. Gdy dorastamy jest jeszcze gorzej. Zewsząd zasypują nas reklamy kremów przeciwzmarszczkowych i ujędrniających. Gazety atakują zdjęciami setek  komputerowo poprawianych glizd, które rzekomo są takie idealne z natury. No i te diety cud, które mają zamienić nas w chude pajęczaki. Wygląd stał się wyznacznikiem wszystkiego, a my jego biednymi ofiarami. No a oczywiście potem taka ofiara, której przez całe życie orało się psychikę, kupuje sobie zielone badziewie w spray’u, bo niby będzie od tego ładna. ;)
    Ale poważnie mówiąc… Fajnie jest dbać o siebie. Fajnie zamknąć w łazience i poddawać procesom pielęgnacyjno-naprawczym. Fajnie się wypsikać i wypachnić. Tego faceci w większości (dopomóż Panie Boże) są pozbawieni, a nam mimo wszystko sprawia to jakąś radość. Tylko, że powoli zaciera się granica pomiędzy kobietą i jej naturalnymi możliwościami, a sztucznie stworzonym ideałem pindy, w który coraz częściej wierzą mężczyźni.  No bo przepraszam bardzo, ale trudno nam posiadać w talii 50 cm, a w biuście 150.  Trudno mieć oślepiająco lśniące włosy gładsze niż najbardziej jedwabny jedwab i skórę naciągniętą bardziej niż nos Michael’a Jackson’a. Naprawdę.
    Mężczyźni zaraz podniosą krzyk, że wcale nie każą nam perfekcyjnie wyglądać. Że dla nich liczy się inteligencja i charakter. Oczywiście, że tak, a najlepiej, gdy ten charakter i inteligencja nie przekraczają 40-tki, a ukryte są za miseczkami rozmiaru E (takie średnie arbuzy – to dla tych, którzy nie kumają numeracji biustonoszy ;P).
    Nie wiem… Może jestem niesprawiedliwa. Może uogólniam. Może. Słyszałam dziś jednak rozmowę dwóch podstarzałych indyków na temat pani kucharki i mnie dziady wkurzyły. ;) Takim mężczyznom mówię stanowcze NIET.

    Dobra. Ryzyk, fizyk, idę sobie zaaplikować ten radziecki lód. Jak będę świecić w ciemności, to zrobię foty i Wam pokażę. ;P

Z OSTATNIEJ CHWILI…

ZAINTERESOWANYCH RADZIECKIM LODEM ODSYŁAM TU ALBO TU. SOBIE POCZYTAJCIE.  oczko 

O symbolu męskości, czyli co czyni z niego supersamca ;)

Zastanawialiście się kiedyś nad istotą męskości? Nad tym, co jest tejże męskości kwintesencją? Idealnym symbolem? Ikoną? Ja się zastanawiałam dziś, podczas pochłaniania całej paczki żelkowych dżdżownic i wnioski z tychże rozmyślań prezentuję poniżej…


    W czasach nieco odległych, symbolem męskiej władzy był ubity zwierz, najlepiej mamut, przyniesiony małżonce do jaskini. Taki martwy mamut w oczywisty sposób zaświadczał o sile witalnej mężczyzny i zrozumiałe, że im był większy, tym większy szacunek jego pogromca wzbudzał wśród innych jaskiniowców i większe uznanie w oczach żony. Logiczne.
    Nieco później, kiedy nasi dzielni Panowie, wytłukli w pień wszystkie mamuty, o męskości zaświadczały wyprawy rycerskie, liczba pokonanych Krzyżaków pod Grunwaldem, czasem też ilość spłodzonych dzieci, które musiały potem odpierniczać pańszczyznę, czy też beczułki wychlanego w karczmie piwska lub miodu. Ogólnie rzecz biorąc, mężczyzna w przeszłości, aby zyskać opinię supersamca musiał się wykazać. Musiał posiadać symbol swojej męskości i posiadał go zwykle w postaci chociażby takich właśnie ubitych mamutów, łupów wojennych, pawich pióropuszy z krzyżackich głów, czy też dzieci odrabiających pańszczyznę. ;)
    Tak było kiedyś… A jak jest dziś? Co we współczesnym, ucywilizowanym i nowoczesnym świecie stało się symbolem prawdziwego mężczyzny? Nie wiecie? No to Wam powiem. PILOT OD TELEWIZORA. Tak, tak, kawał plastiku z mnóstwem kolorowych przycisków to współczesny symbol, który mówi całemu światu: „Hello, jestem supersamcem”. To właśnie pilot od telewizora jest przedmiotem, który w jasny, prosty i rzetelny sposób wyraża całą męskość i z tegoż właśnie powodu urządzenie to jest tak bardzo przez mężczyzn chronione. To dlatego zaraz po przyjściu do domu lecą do pokoju i chwytają go w dłonie, a potem już nie wypuszczają do rana. Dlatego z nim zasypiają, a przy każdej próbie odebrania im tego cuda z miejsca otwierają oczy, chociaż zwykle nawet wybuch bomby jądrowej nie byłby ich w stanie obudzić. To dlatego nie wolno go nam (znaczy kobietom) dotykać i wciskać tych wszystkich guziczków. I dlatego nie wolno nam trzymać go w dłoniach dłużej niż 30 sekund. Bo to jest ICH symbol władzy. ICH trofeum.  Pff. ;)
    Odbierzmy IM piloty! Zmuśmy do znacznie większej aktywności. Niech idą w miasto tłuc mamuty (taki symbol w sensie). Niech zlezą z kanap, zawloką gdzieś swoje powłoki cielesne i zobaczą, że świat nie kończy się na przestrzeni ONI – TELEWIZOR.  Niech się wykazują. Niech zdobywają, walczą, triumfują.  I niech na litość boską oddadzą pilota, bo my też chcemy od czasu do czasu zmienić kanał w telewizorze. To się nazywa równouprawnienie, Drodzy Panowie. ;)

    Jak pisywał kiedyś Mickiewicz: „Mężczyzno, puchu marny, ile Cię trzeba cenić, ten tylko się dowie…” A nie kurde, chyba coś nie tak to szło. :P W każdym bądź razie chciałam mianowicie powiedzieć taką rzecz, że czas najwyższy odebrać mężczyznom ich symbol, który oględnie mówiąc jest do d***. No bo przepraszam bardzo, ale kawał plastikowego prostokąta, którego wcale nie zdobyli, a zwyczajnie zakupili w sklepie RTV, nie może świadczyć o ich męskości. Nie możemy pozwolić, żeby zamienili się w ciapy oglądające „Koło fortuny”, a pozostali męscy, dzielni, szarmanccy i romantyczni. Muszą znaleźć inny symbol swojej męskości i tym samym muszą oddać piloty! No, w ostateczności przynajmniej nauczyć się nimi dzielić. Bo my też chcemy je potrzymać. Czasami. ;)