O byciu holikiem, czyli rozważania na temat uzależnień wszelakich

Jak obiecałam, tak robię. Pierwszy z serii przemyślanych, poważnych i naukowych tekstów na wybrany temat…

***

   O mało nie straciwszy dziś życia przegnieciona stertą ubrań, które wysypały się na mnie z szafki, doszłam do głębokich przemyśleń, którymi rzecz jasna postanowiłam się publicznie podzielić. Zanim jednak dokładniej je przybliżę, wykonać muszę pewną, prostą czynność, która co prawda wymaga ode mnie dużego wkładu odwagi i wysiłku, ale bez której dalsze prowadzone tu rozważania nie miałyby większego sensu. A zatem:

DZIEŃ DOBRY. MAM NA IMIĘ MARTA I JESTEM HOLICZKĄ.

   Przyznaję, że o skali drzemiących we mnie uzależnień nie miałam bladego pojęcia. Owszem, w pewnym stopniu zdawałam sobie sprawę z tego, że niektóre produkty, czy też czynności, sprawiają mi większą przyjemność niż pozostałe, niemniej jednak żadnego z nich nie odważyłabym się ze stuprocentowym przekonaniem nazwać uzależnieniem w słownikowym znaczeniu. A jednak.
    Po przeprowadzeniu na sobie całej masy badań psychologicznych i wszelkiego typu niezwykle głębokich rozważań, z pełną odpowiedzialnością, świadomością i przekonaniem, mogę stwierdzić, że i owszem, jestem OSOBĄ UZALEŻNIONĄ. Co więcej, śmiało zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że uzależnioną w stopniu ciężkim, czego dowodem ma być przedstawiona poniżej tabela.

Tab. nr 4 – „Marta i jej wybrane na prędce holizmy”


L.P.


Holizmy (kolejność przypadkowa)

 


Typowe objawy

1.

Zakupoholizm

Każda wizyta w sklepie kończy się zakupem nawet najmniejszej i najbardziej nieprzydatnej pierdółki.

2.

Muzykoholizm

Kolekcja posiadanych przeze mnie płyt liczona jest w setkach.  Części nie słuchałam od lat, ale ukatrupiłabym każdego, kto tylko zdecydowałby się mi cokolwiek z tej sterty zabrać.

3.

Czekoladoholizm

Gdybym nie miała tak dobrej przemiany materii, jednym paluchem wciskałabym z 25 klawiszy jednocześnie na tej klawiaturze, a za ubranie wyjściowe służyłby mi 5-osobowy namiot.

5.

Rogaloholizm

Rogaloholizm jest co prawda częścią składową czekoladoholizmu, ale że występuje on w tak silnym natężeniu, to zasługuje na osobną rubryczkę. Jeśli kiedyś zobaczycie mnie w reklamie rogali 7Days, to będzie oznaczało, że firma ta wreszcie doceniła mój ogromny wkład w przyrost zysków, jaki odnotowują w ciągu ostatnich miesięcy.

6.

Kosmetykoholizm

Spokojnie mogę otworzyć małą drogerię. Co śmieszniejsze natomiast, części zakupionych rzeczy zdarza mi się używać tylko kilka razy, bo potem mi się nie chce.

7.

Spanioholizm

Ostatnio zaspałabym do pracy. Nie byłoby pewnie w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że do pracy chodzę na godzinę 14.00.

8.

Allegroholizm

Proszę, niech mi ktoś zabierze kabel od internetu i głęboko go schowa. ;)

9.

Zrzędoholizm

Zrzędzę, marudzę, czepiam się bez większego ładu, składu i powodu. Że niby już starość? ;)

10.

Psychoholizm

Jedną z moich największych pasji, a zarazem głównym przedmiotem zainteresowań są seryjni mordercy. Czytam wszelkie publikacje na ten temat oraz oglądam programy telewizyjne. Jednocześnie z konieczności informuję, że z żadnym  nie chciałbym mieć bezpośredniego kontaktu, więc jeśli któryś z nich tu trafi, to proszony jest o łaskawe nie ujawnianie się. ;)

11.

Tabeloholizm

Po grom jaki wszystko pakuję w te tabelki? ;)


    Tabela tabelą. Część wymienionych przeze mnie w niej rzeczy, to mało uciążliwe  upodobania, które w zasadzie nikomu nie szkodzą. Nikomu z wyjątkiem mojego portfela i pszczółki-skarbonki, która z braku pożywienia jest obecnie w stanie śmierci klinicznej. Główny problem nie stanowi zatem sam przedmiot uzależniający, a powód, dla których człowiek do uzależnień ucieka. Ten jest już bowiem bardziej niepokojący. Psychologia wszelkiego typu holizmy tłumaczy chęcią zrekompensowania sobie braków, które szczególnie nam doskwierają. To taka pewnego rodzaju próba sztucznego wzbudzenia w sobie szczęścia, która ma za zadanie stłumienie prawdziwej i głęboko skrywanej potrzeby. Dooobra, bo już kurna nie mogę. :P W zasadzie, to tylko chciałam się zapytać, od czego Wy jesteście uzależnieni i na jakiego rodzaju holizmy cierpicie, a potem najwyżej będziemy się zastanawiać, czego komu brakuje, co? ;) Powołajmy sobie takie ZKWOU, czyli nic innego jak Zjednoczone Koło Wsparcia Osób Uzależnionych. Mogę być przewodniczącą? No proooszę. ;)

Zwierzenia (nie)kontrolowane

Oj, no bo mnie klepią i klepią. ;)

Łańcuch zwierzeń:

Imię: posiadam
Nazwisko: również
Wiek: który mamy? XXI? Tak też myślałam. ;)
Kolor oczu: zielone, jak najprawdziwsze szmaragdy w blasku słońca :P
Kolor włosów: ciemny brąz
Rodzeństwo: Effka i Młoda
Miejsce zamieszkania: dom
Tatuaż: chciałabym, ale odwagi brak
Ulubione perfumy: „Curious” Britney Spears i „Isabella” Isabelli Rossellini
Ulubiony film(y): “Rocky”, bo obojętnie, ile razy i od kogo dostaniesz łomot, to i tak możesz wygrać (taką głęboką myślą poleciałam), „Przeminęło z wiatrem”, bo ten Rhett Butler tak kochał tą Scarlett jak szalony, oraz „Autostopowicz”, bo się w nim mordowali, że aż się normalnie bałam. ;)
Ulubiony program TV: „Jak dobrze wyglądać nago”, „You can dance”, programy informacyjne i dokumentalne. Niczego innego z reguły nie oglądam.
Ulubiony napój: zielona herbata, sok porzeczkowy, sok pomarańczowy
Ulubiony lokal: lokal jest najmniej ważny, gdy się ma odpowiednie towarzystwo
Ulubione święto: Boże Narodzenie, chociaż chyba bardziej sam okres przed nim
Ulubiona potrawa: hmm… od dłuższego czasu płatki czekoladowe + mleko
Nie lubię: dzików? ;P
Ulubiony kolor: szary, fioletowy, czarny, biały, niebieski i czerwony
Szkoła: jakieś tam szczęśliwie skończyłam, a reszty jeszcze nie
Ulubione zespoły/artyści: Aaliyah, Brian McKnight, Timbaland, Barry White, Kool&The; Gang i 12670400 innych, równie ulubionych
Ulubiona piosenka: „Try again” Aaliyah, „What a wonderful world” Louis’a Armstrong’a, „I will survive” Glorii Gaynor, „Woman in love” Barbry Streisand… Dobra, o to mnie nie pytajcie, bo mogę tak bez końca.
Ulubiony obraz: nie obraz, a widok – miasto nocą oraz wszelkie zachody słońca
Rydzyk to: największy szołmen w Polsce
Dewiza życiowa: zawsze robić swoje
Twoje pozytywne cechy: o matko, za mało czasu i miejsca, żeby się tym wszystkim podzielić ;P
Twoje negatywne cechy: bezapelacyjnie, jak wyżej :D
Cechy, których szukasz u kobiet: u kobiet??? Trochę takie dziwne to pytanie, ale niech będzie. Zatem u kobiet szukam krwi i kości.
Cechy, których szukasz u mężczyzn: poczucia humoru, inteligencji, wrażliwości, oraz pięknych piersi :P
Cechy, których szukasz u przyjaciół: lojalności oraz zdrowego szaleństwa
Marzenia: zobaczyć Nowy Jork
Słowa, których nadużywasz:
grozisz mi, taaa, se nie myśl

Jesteś w centrum uwagi czy podpierasz ściany?: nigdy nie przywiązuję do tego uwagi. Jestem tam, gdzie mi dobrze.
Ponad wszystko nie tolerujesz:
kłamstwa, obłudy, braku poczucia humoru i dystansu do siebie oraz wywyższania się.
Jestem zdecydowanie:
jakaś taka trochę dziwna, nie?
Punktualna czy spóźnialska?:
spóźnialska, ale z tym walczę. Serio. 

Czy płakałaś przez faceta?: niby tylko kamienie nie płaczą…
Czy wyznałaś miłość plakatowi?: kto układał te pytania?

Jak nazwałabyś swoje dzieci?: Kajko i Kokosz. No sorry, ale jakie pytanie, taka odpowiedź. ;)
Gdzie lubisz spędzać wakacje?:
we własnej wyobraźni (?)
Czy farbowałaś włosy?:
jeśli zobaczycie mnie kupującą farbę w odcieniu tycjan – śmiało strzelać
Czy wdałaś się kiedyś w bójkę:
hehe… Wojtek, Rafał, Beata, Gośka. Więcej ofiar nie pamiętam i jak bum cyk cyk za wszystkie żałuję. Albo i nie… :P
Co robisz w soboty?:
oj różne rzeczy… jem, edukuję się, jem, śpię, jem, gram w pryskające bańki oraz jem.
Co robisz w niedzielę?:
jak wyżej
Czy miałaś problem z policją?:
O matko, a muszę taką samiusieńką prawdę pisać? Nie można skłamać? Nic a nic? No dobra, się może zdarzyło raz. Albo i dwa, ALE, jak to zwykle bywa w moim przypadku, nieco w dziwnych okolicznościach. :P
Czy zasnęłaś kiedyś na lekcji?:
nie
Czy złapano Cię kiedyś bez biletu?:
bez biletu nie, aczkolwiek złapano
Zawartość torebki:
wymieniam to, co jest w niej dziś: telefon, portfel, 12 pędzelków, 6 ołówków, gumka, temperówka, farby plakatowe, drobne monety, perfumy, 3 błyszczyki do ust, długopis, papierki po gumie, karta Multikinomaniaka.


I naprawdę chciało Wam się to czytać? ;P


    Jako,  że jestem osobą wredną i złośliwą, do łańcucha zwierzeń wskazuję tych, którzy do tej pory nie mieli z nim styczności. A pomęczcie się trochę, tak jak i my się męczymy. I proszę jednocześnie się nie wymigiwać, bo przyjdę i posprawdzam. ;)

    Ahahaha… Jako ta osoba wredna i złośliwa, bezblogowych obywateli wirtualnego świata proszę o zwierzenia zostawione w komentarzach. ;)

    Dziękuję za uwagę. Pozdrawiam. :)                                                                                                                                                  

Pieprze wieprze :P

Nosz, kutwa!!!!!!!

    Wybaczcie ten mało subtelny wstęp, ale mnie od dziś z subtelnością będzie łączyła taka zażyłość, jak ta obecnie łącząca Radzia i Elektrodę. No bo ja pierdykam, przecież to wszelkie ludzkie pojęcie przechodzi, jakie mnie się historie w życiu przytrafiają. Ręce już normalnie opadają i wszystko inne również. Bo słuchajcie… 

       Wracam sobie dziś z pracy idąc krokiem kocim i sprężystym (:P). A że to po 18 było, to wiadomo ciemno jak w … no tam właśnie. Idę, idę i nagle słyszę jakieś dziwne szmery wydobywające się z krzaczorów. Se myślę, no pięknie, pewnie jakiś seryjny morderca z piłą motorową albo mieczem, zaraz mnie zaszlachtuje i tyle będziecie mnie widzieli. Ale nie, nie.  Przecież jak na mnie, to by było zbyt rzeczywiste i racjonalne. Trochę się więc uspokoiłam, po czym patrzę, a z krzaków wychodzi ON. DZIK. Normalnie najprawdziwszy w świecie DZIK mielący w mordzie kawał jakiejś gałęzi. O matko, mówię Wam, zdębiałam. On zresztą chyba też, bo przestał żreć i zastygł w bezruchu. I tak sobie staliśmy ryjem w ryj przez dobrą chwilę, a mnie przed oczami całe życie zdążyło przelecieć chyba ze 12 razy. No bo kuźwa, co innego spotkać na drodze wściekłego psa, czy kota, a co innego ogromniastą dziką świnię, nieprawdaż? W pierwszej chwili chciałam niczym amerykański sprinter rzucić się do ucieczki, ale sobie pomyślałam, że przecież mnie do biegania służą zaledwie dwie kończyny, a jemu cztery, więc z góry szanse byłyby nierówne. Postanowiłam zatem tak sobie stać do rana i poczekać, aż dziczyzna się znudzi i odejdzie skąd przylazła. Dzięki Bogu jednak, na ratunek przyszła mi cywilizacja, a dokładniej nadjeżdżający samochód, który spłoszył  tego stwora. Normalnie mówię Wam,  widok jego wielkiego, owłosionego dupska znikającego w krzaczorach był chyba najpiękniejszym widokiem, jaki w życiu widziałam.

            I tak sobie teraz myślę, że w mordę jeża, ten dzik był kroplą goryczy, która przelała całą czarę. Bo ja już mam naprawdę dość. Chcę być normalnym człowiekiem, z normalnymi przeżyciami, a nie z jakimiś najbardziej niedorzecznymi. Przecież inni na drodze spotykają swoich znajomych, znajdują torebki, zegarki, pieniądze. Ba! Niektórzy nawet miłość swojego życia potrafią spotkać na drodze, a nie na litość boską tłustego wieprza. Od jutra chcę być zatem NORMALNA. Nie chcę już eksplodujących radzieckich grzejników, buchających pod sufit płomieni i palących się ścierek kuchennych. Nie chcę się wywalać w błotniste kałuże przed sklepem, przypalać żelazkiem swoich najukochańszych ubrań, oraz przede wszystkim, nie chcę spotykać na drodze dzikich świń. Żadnych.

W związku z tym wszystkim postanowiłam, że od jutra będę statystyczną szarą Polką, która prowadzi spokojny i poczciwy żywot. Na blogu też będę zamieszczała naukowe, inteligentne i NORMALNE teksty, a nie takie, jak do tej pory. THE END.

 

P.S. A, czekajcie, bo mi się coś przypomniało… Pamiętacie, jak w „Krzyżakach” o  Jagience powiedziano, że ma takie pośladki, że mogłaby nimi orzechy łupać? Tak sobie właśnie pomyślałam, że muszę mieć coś z tej Jagienki, bo od kiedy niechcąco usiadłam na pilota od wieży, to on do tej pory nie działa. ;P

 

Szkoła uwodzenia, czyli na co skusić mężczyznę ;)

  
            Dobra, czas najwyższy jakiś naukowy tekst zarzucić, bo dawno nie było, a wypadałoby pokazać, że człowiek również głębsze przemyślenia posiada, a nie tylko o silikonach i tyłku potrafi pisać.

Dzisiejszy, jakże intrygujący temat przewodni, powstał w moim miejscu zatrudnienia, po lekturze różnorakich magazynów dla kobiet. A bo wiedźma (czytaj: kierowniczka) wyjechała do Olsztyna na zjazd (czytaj: sabat) i sobie postanowiłam urządzić dzień wolny od pracy. Na ten cel zaopatrzyłam się w stos „Cosmopolitanów”, „Joyów” oraz innych „Glamurów” i rozpoczęłam lekturę tych niezwykłych pism w celu pogłębienia swojej wiedzy na temat skomplikowanej i nieprzewidywalnej psychiki mężczyzn.  I muszę Wam powiedzieć, że to była jedna z ważniejszych decyzji w moim niezwykle krótkim życiu, gdyż mogłam całkiem przypadkiem posiąść tajemną wiedzę na temat uwodzenia mężczyzn. I teraz uzbrojona w tą wiedzę niczym bombowiec B-2 mogę siać spustoszenie wśród całej populacji mężczyzn. Chyba. Znaczy, tak mi się wydaje. W bardzo optymistycznej wersji. I takiej trochę nierealnej.  Oj, dobra. W każdym razie zdążyłam już sobie na ten cel wymyślić hasło, które od teraz będzie moim mottem, a brzmi ono następująco:

„Nie ukryjesz się za spódnicą swej rodzicielki przed magiczną mocą Marty – uwodzicielki”. ;P

(Matko, jak to człowiek potrafi sam siebie oszukiwać, to mówię Wam, niepojęte.)

Przechodząc jednak do sedna sprawy, przygotowałam Wam, moje Drogie, tabelkę (wiem, zdumione jesteście), w której zawarłam tajemną wiedzę na temat tego, co najbardziej kręci mężczyzn, według pism kobiecych oczywiście. Nie omieszkałam też we własnym zakresie, z czystej życzliwości, dobroci serca oraz chęci niesienia pomocy, przygotować dodatkową rubryczkę z poradami, jako że wiadomo, jestem OSOBĄ WTAJEMNICZONĄ. Jesteście gotowe? A więc:

Tab. nr 3 – „Jak uwieść mężczyznę? – Wskazówki i porady w tabelkę zebrane” ;)


L.P.


Cechy pożądane

 


Jakie powinny być?


Jakie je osiągnąć? (W miarę tanio i szybko) ;)


1.

 

Biust, pupa, talia


Biust duży. Pupa okrągła. Talia osy.

Skarpety bawełniane bądź chusteczki higieniczne upchnięte w stanik. Wkładki silikonowe na pośladki (No co? Innego pomysłu nie mam ;P ). Gruby bandaż elastyczny okręcony w talii. Można też sobie zakupić antygwałty. W sensie, że te ogromniaste galoty wyszczuplające. Ale to tylko dla odważnych i lubiących ekstremalne przeżycia.


2.


Oczy


Zniewalająco-intrygujące spojrzenie.

Żeby oczy były wielkie, lśniące i przejrzyste niczym diamenty należy sobie zaaplikować w nie sok z cytryny. Żartowałam. Ale możecie spróbować. Dziś sobie niechcąco tym strzeliłam i mówię Wam, oczy miałam jak talary. ;)


3.

 
Inteligencja


Mądra, oczytana i potrafiąca zaskoczyć wiedzą.

Pogłębić wiedzę na następujące tematy: budowa atomu, sytuacja polityczna w Korei Północnej, wpływ efektu cieplarnianego na rozród wielorybów, najważniejsze odkrycia archeologiczne w Andach oraz proces rozwojowy poczwarki.


4.

 

Poczucie humoru

 

Wesoła, zabawna, urocza.

Nauka 150 dowcipów o policjantach, 250 o babie i lekarzu i tak ze 100 o Chuck’u Norris’ie. I śmiać się z jego dowcipów należy. Nawet jeśli ich się nie rozumie. ;) 


5.

 
 
Ambicja i pasja

 
Musi posiadać niecodzienne hobby, oraz być pewna siebie, przebojowa i konsekwentna w dążeniu do celu.

Najlepiej, jeśli pasja będzie że tak powiem kulinarna i opanujecie ze 156 sposobów przygotowania golonki, kotletów schabowych oraz nauczycie się domowego wyrobu piwa. I musicie być przy tym konsekwentne oraz stale pogłębiać swą wiedzę. I zaskakiwać.


6.


 
Chód

 
Sprężyste, kocie ruchy.

Należy ukończyć kurs chodzenia po linie w najbliższym cyrku oraz zamontować sobie w obuwiu sprężyny, które zagwarantują płynne ruchy. Nie wiem, czy kocie, ale zawsze jakieś.


7.

 
Tajemniczość

 
Nieodgadniona, intrygująca.

Można przywdziać maskę, bądź też okręcić się chustą niczym hinduska księżniczka. Na światło dzienne wywalić tylko oczy i tajemniczość zapewniona.


8.

 
Coś

 
Posiadanie tego „czegoś”.

„Cosia” określić jest niezwykle ciężko, ale każda z nas go podobno ma, bo jak mów stare mądre porzekadło: „Każda potwora znajdzie swojego amatora”.


9.

 
Kobiecość

 

 


 
Subtelna, wrażliwa, ciepła. 



______________________

Po konsultacji z Latkaą  należy dodać, że idealna uwodzicielka winna cechować się: pięknymi włosami, pięknym uśmiechem i pięknym zapachem oraz również też dorobkiem własnym w postaci dowolnych dóbr materialnych. ;)

 Żeby zachować odpowiednie ciepło należy pilnować, ażeby temperatura ciała nie spadła poniżej 36,6 stopni Celsjusza. :P


Myć włosy szamponem nadającym połysk i gładkość (nazwy nie podam, no chyba, że firma mi zapłaci za reklamę), używać pasty wybielającej nadającej najbielszą z bieli oraz psikać się perfumami dla zniewalających bądź zmysłowych. ;) Zrobić oświadczenie majątkowe i zamieścić na pierwszej stronie poczytnej gazety. :) Uf, chyba wszystko. Dacie radę. ;)

 

       No to już wszystko wiecie. ;) Wolne dziewczęta mogą uwodzić, a zajęte proszone są o weryfikację tabeli. Znaczy, że cwaniarki macie nas teraz pięknie poinstruować, jak się chłopów uwodzi. Bo, że niektóre mają na tym polu ewidentne braki, to gołym okiem widać. Aha, jeśli mężczyźni wypowiedzą się na temat tego, co ich kręci, to też nikomu się krzywda nie stanie. ;)
    A na koniec, w ramach ciekawostki, muszę Was jeszcze powiadomić, iż wyczytałam, że za 100 PLNów można sobie ukończyć korespondencyjny kurs uwodzenia. W sensie, że tam uczą, jak zostać kusicielką, której to mężczyźni będą pod nogami leżeć w ilości hurtowej. Fajnie, nie? Tak się zastanawiam teraz, co przewidują na tym kursie w ramach egzaminu końcowego? Nie wiecie przypadkiem? Stówa co prawda piechotą nie chodzi, ale na własną edukację kasy przecież nie wolno żałować. :P

    Idę, bo padam na grzywkę. ;)

 

Niezwykle głębokie przemyślenia z gatunku tych egzystencjalnych :P

    Nie zastanawialiście się kiedyś nad tym, że stworzone przez kogoś fikcyjne postacie, czy to literackie, czy filmowe, są w pewnym stopniu odzwierciedleniem Was samych? Że z pełną odpowiedzialnością i świadomością możecie się z kimś takim identyfikować? Że ta postać to właściwie Wy sami? No właśnie. Ja się zastanawiałam i doszłam do wniosku, że ktoś taki istnieje. Ktoś, kto jest w pełni odzwierciedleniem mnie samej. To Koziołek Matołek. Serio. Dziś podczas zajęć na świetlicy oglądaliśmy „Przygody Koziołka Matołka” i właśnie wtedy naszła mnie myśl, że ten Koziołek Matołek to wypisz wymaluj – ja. No może z nieco większym naciskiem na słowo „matołek” niż „koziołek”, ale mimo wszystko – ja.

    Podobieństw między mną, a Koziołkiem jest więcej niż Wam się wydaje i jak to zwykle bywa w moim przypadku wszystko ładnie, pięknie wyliczyłam w punkcikach. I tak:

  1. Obojgu nam nic tak w życiu nie wychodzi, jak to, że właśnie nie wychodzi.
  2. Niby zaradni, samodzielni i w miarę kumaci, a wciąż coś spierniczamy. No takie z nas momentami ciamajdy życiowe, że aż żal patrzeć.
  3. Czyhają na nas i dręczą wredne zakały.
  4. Jak te dwa głupki zbyt szybko wierzymy ludziom, a potem dostajemy po tyłku.
  5. Oboje szukamy Pacanowa i znaleźć nie możemy, choć ono podobno jest blisko.
  6. Mamy problem z owłosieniem na głowie. On – broda, ja – grzywka. ;)

    Widzicie więc doskonale, że moją jedyną bratnią duszą w tym wielkim świecie jest biały, owłosiony, latający w krótkich, czerwonych spodenkach i szukający cholera wie czego kozioł. Aż się wzruszyłam z tej okazji. Dobrze wiedzieć, że jest ktoś z kim można się całkowicie identyfikować. Tak człowiekowi lżej na duszy, Wam powiem. ;)

    Będąc wciąż w temacie swojego jakże bogatego wnętrza, chciałam poczynić wyznanie, które jest następujące: O MATKO, WY NAWET NIE WIECIE, JAKA JA JESTEM WALNIĘTA. Skądże tak przemyślany wniosek, zapytacie. A no stąd, że dziś przyłapałam się na pewnej rzeczy przeglądając katalog z kosmetykami. Bo wybierałam sobie perfumy. I przy jednych napisano, że zapach jest dla kobiet zmysłowych, a przy drugich, że dla zniewalających. I sobie wyobraźcie, że przez 30 minut się zastanawiałam, czy jestem bardziej zmysłowa, czy zniewalająca i czy na wypadek gdybym była zmysłowa, to nie lepiej byłoby zakupić perfumy dla zniewalających, żeby być wiecie… takim 2w1, czyli zmysłowym i zniewalającym jednocześnie. Chyba już nie będziemy tego komentować, co? Dajmy spokój szaleńcom. ;)
    A na koniec to mam pytanie głównie do kobiet, bo mężczyźni to o tym zielonego pojęcia nie mają. Czy myślicie, że jakby se człowiek takie te silikonowe wkładki do biustonoszy na pośladki zamocował, to efekt byłby równie porywający, jak ten u Jennifer Lopez? Bo się tak razem z siostrą zastanawiamy… :P

Miłego weekendu Wam życzę, Kochani. :)

Tylko nie mówcie, że prawie robi wielką różnicę ;)

    Proszę o usprawiedliwienie iluś tam dni mojej nieobecności na blogu swoim oraz Waszych z powodu choroby, bynajmniej nie umysłowej, a cielesnej. Znaczy grypy. Zainteresowanych powiadamiam, że już mi przechodzi. Choroba w sensie. Ta cielesna. Umysłowa czuje się świetnie i wszystkich pozdrawia. ;)

    A w ogóle to mnie nie było ponieważ od soboty przechodzę ciężkie załamanie nerwowe, szok oraz depresję połączoną ze stanami przedzawałowymi z powodu pewnego tragicznego zdarzenia, które miało miejsce w sobotę i które będzie wpływało na mój nastrój negatywnie przez jeszcze tak na oko licząc (?) miesiąc. W zasadzie z wielką chęcią rzuciłabym się w otchłań Zalewu Wiślanego, tyle że z powodu ujemnej temperatury nie bardzo mam na to ochotę, a poza tym mam obawy, że przebicie się przez warstwy śniegu zajęłoby mi trochę czasu i osłabiło entuzjazm do popełnienia mordu na sobie.
    Ale do rzeczy… Otóż moi Mili, chciałam wszem i wobec wyznać z bólem serca, bólem głowy oraz jakimś tam jeszcze innym bólem, że mam GRZYWKĘ. Tak, tak, normalnie ludzką GRZYWKĘ. Wcale jej nie chciałam, wcale nie planowałam, a wyszła z nieporozumienia na linii ja – fryzjerka. Bo to było tak… Zaplanowałam sobie, że będę wyglądać jak Halle Berry. Wytłumaczyłam więc pani szanownej jego mać fryzjerce, co ma mi zrobić na głowie, żebym się w 25 minut zamieniła w czarnoskórą, seksowną Halinę. A ona, ta fryzjerka znaczy, chyba nie do końca odczytała moje zamiary, albo cechowała się słabą orientacją w gwiazdach ekranu, bo zamiast przemienić mnie we wspomnianą Halle, zamieniła w Zuzię z IIb. I w związku z powyższym jestem teraz załamana oraz depresyjnie nastawiona do życia, a na widok swojego odbicia w lustrze mam ochotę splunąć przez ramię i okręcić się 3 razy wokół własnej osi. Żeby odczynić złe uroki.
    No cóż, powiecie, że życie bywa okrutne, ale dla tych nieszczęśników, co to wbrew własnej woli muszą łazić po świecie w OPOŻALSIĘBOŻE grzywce na głowie, to już mówię Wam, masakra. Prawie, jak Halle…. Taa…
    Swoją drogą, pamiętam, jak kiedyś pod osłoną nocy zamknęłam się łazience i nożyczkami do papieru rozpoczęłam popełnianie sobie czegoś na kształt grzywki. Chciałam być oryginalna. I byłam, że hoho. Przez dłuuugie tygodnie nawet. A bo powiem Wam, że nie każdy może chodzić we fryzurze na kształt zębów rekina ledwo sięgających połowy czoła. Do tej pory żaden szanujący się fryzjer i stylista nie wymyślił czegoś równie intrygującego, więc można powiedzieć, że był to przełom w dziedzinie mody. Przełom, który kiedyś zostanie doceniony. Przez wojsko amerykańskie do straszenia przeciwnika. :)
    Z wiadomości zaś bardziej bieżących, to jedynie mam taką, że odkryłam w sobie zadatki na bycie Pascalem. Brodnickim oczywiście. Odkrycie to spowodowane było w głównej mierze przez 7-letniego Daniela, który podczas zajęć na świetlicy wypalił: „Moja mamusia to piece pysne babki jogultowe, a pani to chyba nie umi”. Powiem Wam, że normalnie jakbym w twarz dostała. Ja nie umiem, tak? Ja nie umiem babecek jogultowych? Ja takie babecki to trzaskam jedna po drugiej. We własnej wyobraźni co prawda, ale mimo wszystko. No i jak żem została już obrażona przez małolata, to postanowiłam w dniu dzisiejszym udowodnić mu i całemu światu, że i owszem pani piec umi. Babecki jogultowe. Za 4,30 zł od Dr. Oetkera. Wyszły piękne, produkcja odbyła się bez problemów, choć miałam chwilę zawahania podczas odliczania 100 ml oleju. No przepraszam bardzo, ale mogliby konkretnie napisać, ile to łyżek, a nie jakimiś mililitrami rzucają. Nie każdy ma cały polski system miar i wag  w głowie, prawda? Pomijając jednak ten mało istotny szczegół, śmiało można powiedzieć, że Marta prawie jak Pascal. :)

P.S. Kurs hamowania agresji z powodu choroby mnie ominął i bardzo dobrze, bo ta małpa (w sensie kierowniczka) nie będzie mojej sympatii i szczerych uczuć względem siebie hamować czy coś. Dobrze gadam, nie? ;)
   

   

Conan Niszczyciel, czy jakoś tak

    A no bo się czuję ostatnimi czasy, jakby mnie coś zeżarło, a następnie wypluło. Czyli oględnie mówiąc średnio na jeża. Jak wiecie pogodę mamy do dupy, śniegopodobnym badziewiem wali po oczach, wiatrzycho chlaszcze po twarzy i zimno ogólnie takie przenikliwie człowieka otacza, że ma się ochotę komuś z tej złości urwać łeb, obtoczyć śniegiem i kulnąć z górki. No zima nadeszła jakby nie patrzeć. Hu hu ha, hu hu ha…

    Dziś jednak nie o zimie będzie i jej jakże pięknych aspektach, a o mnie. Bo powiem Wam, że doszłam parę dni temu do wniosku, że jestem mistrzynią świata, wszechświata oraz zaświata w spierniczaniu czegokolwiek. Serio. Wszystko, co ma ze mną kontakt mniej lub bardziej bezpośredni, ulega całkowitemu unicestwieniu. Sztukę tą opanowałam już nawet do takiej perfekcji, że w spierniczaniu czegokolwiek mogłabym śmiało wystartować w zawodach międzynarodowych, o olimpiadzie nie wspominając. Obawiam się, iż mogłabym być bezkonkurencyjna.
    Ale w czym rzecz, pytacie… A no rzecz w tym, że z wielką precyzją potrafię doprowadzić do całkowitego rozkładu, rozpadu i ogólnego zrujnowania wszelkiej maści rzeczy niematerialne oraz materialne. I tak dziś na przykład kolejną ofiarą moich niezwykłych niszczycielskich umiejętności padł gigantyczny, poradziecki grzejnik w pracy. Wersja oficjalna mówi co prawda, że się wziął i zepsuł ze starości, ale uczciwie muszę powiadomić, że istnieje jeszcze inna, nieco odmienna wersja od tej pierwszej.  Nieoficjalna, aczkolwiek prawdziwa. Oj, no bo takie z boku pokrętło było i chciałam sprawdzić do czego ono. To sobie przekręciłam do samiuśkiego końca w nadziei i szczęściu ogólnym, iż odkryłam w tym radzieckim sprzęcie przycisk z turbo doładowaniem. A się ostatecznie okazało, że był to raczej przycisk do autodestrukcji, gdyż w 3 minuty po fakcie grzejnik zaczął się trząść ruchem poziomym, pikać, parskać i warczeć, by ostatecznie wyzionąć ducha. Czarnego, gęstego i śmierdzącego spalenizną. Ale nie żebym ja to celowo. Jakoś tak samo wyszło.
    Już na marginesie tylko wspomnę, że świętej pamięci grzejnik Niejoluks, czy jam mu tam, był 74562209 ofiarą moich niszczycielskich umiejętności, ale powiem Wam, że mi go jakoś tak szczególnie szkoda. Wiem, wiem… To wciąż świeża rana. ;) Gdybyście jednak tak łaskawie przyznali, że w ostatnim czasie też coś udało Wam się spierniczyć, to wcale bym się nie obraziła. ;)
    Co tam jeszcze… Aaaa… Moja wspaniała, niezwykła i normalnie do rany przyłóż kierowniczka postanowiła wysłać mnie na jednodniowe szkolenie na temat hamowania agresji. I się poczułam tą decyzją urażona okrutnie, Wam powiem. Bo tam zaraz mam walczyć z agresją…  To, że mam ochotę wpaść jej na chatę z piłą motorową i przerżnąć na pół wszystkie meble, a ją samą przywiązać do statku i puścić w rejs dookoła świata, nie świadczy przecież o żadnej agresji, no dajcie spokój. ;)
    No a poza tym to nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Nie ma to, jak ekscytujące i pełne wrażeń życie. Ach… :)