Zagubiona w akcji

    Jakaś jestem taka ostatnio zagubiona w czasie i przestrzeni i to bynajmniej nie z powodu przestawienia czasu. W sumie nie wiem…  Niby ta sama, ale jakaś taka inna. Taka procentowo mniej zawarta. I zastanawiając się nad całym tym problemem, dochodzę do wniosku, że powody powolnego, aczkolwiek systematycznego zaniku mnie we mnie są trzy:

  • jesienna aura ma na mnie większy wpływ niż matka Jarosława Kaczyńskiego na niego samego,
  • ktoś dosypuje mi do herbaty silny środek uspokajający,
  • dojrzewam.

    W zasadzie, nie ma co się oszukiwać, każda z wymienionych przeze mnie przyczyn jest wysoce prawdopodobna, więc należy je przyjąć jako oczywiste i zająć się naprawą procesu zatracania mnie we mnie. Co więc zrobić należy, aby uratować Martę i nadać kształt jej duszy taki, jaki miała od urodzenia? Ano należy dać jej łyżwy.
    Nie wszyscy tu bowiem mogą wiedzieć, że od lutego jestem zapaloną wielbicielką łyżew. Moja droga z pokraki łyżwiarskiej do samodzielnie utrzymującego się na lodzie człowieka była niezbyt długa i co najważniejsze bezwypadkowa, aczkolwiek na lodzie poruszam się  mniej więcej tak, jakbym miała do stóp przyczepione dwa 10-kilowe kloce betonowe.  Czyli, że z gracją niebywałą. ;) I mimo, że postępy w łyżwowaniu robię zastraszająco duże, to wciąż nie ośmieliłabym się nazwać „łyżwiarką”, a raczej „bandzistką”, gdyż mój ruch na lodowisku odbywa się tuż przy bandzie. Ale sobie nie myślcie, że bycie bandzistką jest zajęciem gorszym i mniej prestiżowym, niż taką łyżwiarką na przykład. O nie, nie. Otóż moi mili, taka bandzistka musi pokonać znacznie dłuższą trasę na lodowisku, gdyż wiadomo okrążenie go wokół wymaga większego nakładu pracy niż „przecięcie” w pół, oraz musi się charakteryzować dobrą komunikatywnością, ponieważ tego, ilu ludzi trzeba prosić, żeby się łaskawie oderwali od bandy, gdy ona musi akurat tamtędy przejechać, to sobie nie wyobrażacie. Tak więc, bandzistka brzmi dumnie. A poza tym zajęcie to wspaniale rozwija mięśnie ramion, gdyż utrzymanie siebie przy bandzie wymaga dobrej kondycji. :P
    W ogóle to Wam o tym piszę, ponieważ w niedzielę po kilkumiesięcznej przerwie wracam na lód i gdyby akurat tego dnia, szczególnie w rejonach Polski Północnej, odczuwane były znaczne i dość silne wstrząsy, to będzie znaczyło, iż się obaliłam na lodowichu. Należy więc zachować spokój. Bilet mam wykupiony na około 60 minut, więc już tą godzinkę wytrzymacie, nie przesadzajcie. ;)
    A z niusów takich bardziej przyziemnych to powiem, że poczyniłam plany przeistoczenia się w urocze dziewczę i na ten cel zamówiłam sobie z Allegro fioletową bluzę obszytą futerkiem, która miała za zadanie owy urok, powab i czar ze mnie wydobyć. No i powiem Wam, że jak to czasem ludzkie nadzieje potrafią zostać zbrukane, to pojęte nie jest. Bo bluza owszem do mnie dotarła, ale bardziej niż zwiewną, leśną nimfę, przypominam myśliwego, co to z dobre 3 dni latał  w niej po lesie za zwierzem, a następnie ubił sfilcowanego bobra i okręcił go sobie wokół szyi. Taka jestem urocza. Jak dupa wołowa. W związku z powyższym, zwracam się do szanownego grona czytaczy, ażeby ktoś wsparł koleżankę pogrążoną w obszytej futerkiem fioletowej depresji i też przyznał, że czasem zdarza mu się wyglądać, jak wspomniany wcześniej krowi zad. Z góry dziękuję. ;)

Idę szukać siebie. Do następnego razu. :)
   

   

Powrót czarnej małpy

    Wzięłam i wróciłam. ;)

    Zatem sprawy mają się następująco…
    Nie było mnie, gdyż podjęłam próbę poddania swojej osoby procesom naprawczym ze szczególnym wskazaniem na wyprostowanie nieco skrzywionej osobowości, jak również doprowadzenie się do ogólnego wyciszenia i emocjonalnego zrównoważenia. Ze skutkiem śmiertelnym. Śmiertelnym oczywiście dla tej próby. Nie dała rady i odeszła. Pokój jej duszy. Amen.
    Skoro jednak wróciłam, to podzielę się wiadomością z działu tych bardzo osobistych. A więc, z nieukrywaną przykrością oraz smutkiem i wielkim niedowierzaniem wyznaję, iż zamieniam się w zołzę. No. Też się trochę przeraziłam, Wam powiem. Ale to i tak nie wszystko, gdyż doszłam do tak odważnego stwierdzenia, w którym stwierdzam (masło maślane), że gdybym była facetem, to nie chciałoby mi się ze sobą zdawać. Bo kobiety, to potrafią być czasem nieźle pokręcone. Ale to taki szczególik. Ja i tak o czym innym chciałam…
    Istnieje cały szereg dowodów, które jednoznacznie świadczą o tym, że z uroczego dziewczęcia (:P) przeistaczam się w prawdziwa małpę, ale dziś tylko podam niektóre z nich. Otóż:

  1. Przyczepiłam się do Pogodynki na Tefałenie i wytknęłam jej brak talii, źle dobraną kieckę do figury oraz wadę wymowy. Szczerze mówiąc, zupełnie bez powodu, bo ładnie jej było w czerwonym.
  2. Wstawiłam do dziennika 6 uwag szatanom na świetlicy (co prawda zasłużonych) i byłam przy tym taka szczęśliwa, jakbym co najmniej strzeliła szóstkę w totka. Swoją drogą, wiecie, jakie to uczucie mieć dziennik? Boszzz, masz dziennik, masz władzę. ;)
  3. Posłałam ze trzy złowrogie spojrzenia nieletnim chłopcom, którzy próbowali mnie zagadać w drodze do pracy.
  4. Ukradłam coś z internetu i wcale nie mam wyrzutów sumienia. Żadnych. Nawet skłonna byłabym powiedzieć, iż jestem z siebie dumna.
  5. Wykupiłam wszystkie rogale 7Days w pobliskim sklepie, żeby inni nie mieli.
  6. Wypowiedziałam na głos słowo „k****” podczas słuchania wypowiedzi BYŁEGO już prawie premiera BYŁEJ IV Rzeczpospolitej.

    Straszna jestem, nie? Wiem. Ale najważniejsze, jeśli człowiek sam przed sobą  przyzna, że jest wredny. Potem to już mu łatwiej wyrządzać krzywdy ludzkości, bo wie na czym stoi. Jest w pełni świadomy swojej osoby, a bycie sobą, to podstawa przecież. Zatem, mój kuzyn, który od dawien dawna zwykł mnie pieszczotliwie nazywać „czarną małpą” się okazuje, że kurde miał rację.
   
    No dobra. A co tam u Was?
   
   
P.S. Ktoś się orientuje może, czy Bartek Świderski z takiego jakiegoś tam serialu na Polsacie, to jest wolny, czy zajęty? Bom zainteresowana chyba. ;)

P.S.2 Dziękuję serdecznie wszystkim tym, którzy na mnie czekali. Dziękuję również Kasi, Agusi i KyokoMai za imprezę, którą rozkręcili pod poprzednim postem. Pijoki. ;)                                                                                                                                                 

Ogłoszenie duszpasterskie

  

Bez skomlenia, biadolenia i użalania, chciałam uprzejmie poinformować, iż biorę bezterminowy urlop z życia blogowego. Być może to kwestia paru dni, a może tygodni. Się zobaczy.
Dziękuje ogromnie wszystkim, którzy mnie odwiedzali i jednocześnie obiecuję w miarę możliwości nawiedzać Was nadal.

Trzymajcie się i zachowujcie. Byle jak, ale zachowujcie. :)

You can dance, czyli bugi ługi po polsku

    Targana swoimi chorymi ambicjami, latem tegoż roku, powiłam sobie szkółkę tańca, której główny trzon stanowił zespół dziewczęcy, składający się z dziewcząt, jak zresztą sama nazwa wskazuje. ;) I owy trzon, wyszkolony, wytrenowany i śmiertelnie waleczny w najbliższą niedzielę, pod dowództwem niemniej walecznej dowodzącej, bierze udział w pokazie. Trzymajcie kciuki. Tylko o to w zasadzie chciałam prosić. To pierwszy publiczny występ szatanów (czytaj: dzieci) i biorąc pod uwagę ich nieobliczalność, każde wsparcie, nawet duchowe, będzie przydatne.
   Co zaś do samego tańca. To jedna z moich największych pasji i ulubionych zajęć. Do tej pory sama sobie byłam pod tym względem sternikiem i żeglarzem, ale muszę powiedzieć, że jeszcze więcej frajdy sprawia mi tworzenie z małych, różnie utalentowanych dzieci, gwiazdy sceny. Oby więc te moje gwiazdy i szołmeny się nie pozabijały przed występem i pokazały na co je stać. Pomódlmy się w tej intencji. ;)
    Ale o tym bugi ługi miało być i jak to zwykłam robić, przyczepię się nieco do mężczyzn. Do kobiet nie mam w zasadzie o co. Przeważająca większość króluje na parkietach, potrząsa tym i owym i wygląda fajnie. Natomiast faceci… Ich można byłoby podzielić na kilka kategorii. I tak rozróżniamy:

1. Tych, którzy tańczą.
2. Tych, którzy nie tańczą.
3. Tych, którzy myślą, że tańczą.

Ad. 1
Nazwa grupy jest nieco zdradliwa. Fakt faktem, że znajdują się w niej mężczyźni, którzy NAPRAWDĘ tańczyć potrafią, niemniej jednak często nie tańczą, jak faceci. Kręcą dupką na prawo i lewo, poruszają bioderkami, wymachują klatką piersiową ALE wyglądają przy tym, jak kobiety. Jeśli ktoś przyglądał się tancerzom w turniejach tańca, to wie, o czym mówię, a ten Cichopkowy Hakiel czy jak mu tam, przykładem jest idealnym. Dla mnie facet powinien tańczyć nieco kanciasto, nieco sztywnie ale rytmicznie i cudnie. Tacy się oczywiście trafiają i ich wrzucam z całą odpowiedzialnością do grupy pierwszej.

Ad. 2
Ci, którzy nie tańczą, dzielą się na dwie podgrupy. Na tych którzy NIGDY nie tańczą i żadnymi siłami, prośbami, groźbami i szantażami nie zmusi się ich do podniesienia tyłka ze stołka, oraz na tych, którzy tańczą po spożyciu. Ci ostatni potrafią zaskoczyć. Korzystnie lub nie, ale zazwyczaj osiągają efekt spektakularny.  Cokolwiek to znaczy. ;)

Ad. 3
Grupa trzecia, nie ukrywam moja ulubiona, to ta, do której zaliczam współczesnych „Travoltów” parkietu. Nie obce są im wymachy, wykopy, wyrzuty, półobroty, potrząsania, szarpania, podrzucania i poczwórne wyskoki. Do swoich układów choreograficznych często włączają elementy przypominające drgawki, ruchy padaczkowe, a nawet fragmenty tańców godowych pawianów. ;) Przy tym często muzyka sobie, a oni sobie, ale to szczegół mało istotny. Ważny jest efekt, a ten zaskakuje nawet samego tancerza. I oglądającego też, jeśli uda mu się szczęśliwie przeżyć. ;)

    Ogólnie jednak rzecz biorąc facet w tańcu, to widok równie piękny, jak konia w galopie, czy też Hummera bądź BMW w jeździe. ;) I wielka szkoda, że Panowie, zwłaszcza z grupy 2, tak rzadko decydują się na wyjście na parkiet. Żebyście wiedzieli, ilu w Was potencjalnych bogów tańca. Żebyście wiedzieli, ile frajdy możecie dostarczyć kobiecym oczom. Oj, żebyście wiedzieli…
   
    Weekend idzie. Nie szalejcie, nie wariujcie, nie rozrabiające, ale ogólnie sobie używajcie. ;) Zatem, do następnego razu. :)

P.S. Cholera, znowu…

Jak dogodzić kobiecie, czyli co szybko doprowadzi ją do ekstazy ;)

    Co ja chciałam…. Aaa! W jakiej to człowiek czasem żyje nieświadomości i ogólnej ciemnocie, to pojęte nie jest. Psycholodzy, pedagodzy, socjolodzy, seksuolodzy, astrolodzy, a nawet i meteorolodzy zastanawiają się latami, jak dogodzić kobiecie i sprawić, żeby ona była wniebowzięta. Żeby ona całymi dniami chodziła  w skowronkach. Żeby ona z tej radości normalnie oszalała. A ja już wiem. Wczoraj mnie olśniło.
    Bo to było tak… Siedzę sobie na kanapie i zmieniarką przerzucam poszczególne kanały telewizyjne. Reklamy sobie postanowiłam oglądać, żeby zobaczyć, co poczynia konkurencja. Bo tu niektórzy już wiedzą, że tą dziedziną pragnę się zajmować i w tym kierunku się edukuję. Co prawda na 6 zjazdów, moją postać oglądano 2 razy, ale to doprawdy szczegół mało istotny. :P  Ważne jest, iż sobie uświadomiłam, jak można łatwo, szybko i tanio uszczęśliwić kobietę. I sobie nie myślcie, że do tego potrzebny jest mężczyzna oraz jego piersi. I tyłek. ;) Nie, nie, nie. Kobiecie potrzebny jest najbardziej do szczęścia płyn do mycia garów, dobry proszek do prania, albo zupka z proszku. Serio. Widzieliście, jakie te wszystkie kobiety w reklamie są szczęśliwe? Jak im się micha jarzy na widok wypucowanej, lśniącej podłogi? Jak one się nie posiadają z radości na widok koszuli bielszej od najbielszej bieli? Normalnie w szoku byłam. Bo ja to głupia myślałam, że nas to trzeba kochać, wspierać, szanować, pocieszać, rozśmieszać, a tu wystarczy za 3 zety kupić płyn, co on z siłą wodospadu odczyści zaschnięty tłuszcz na patelni i ekstaza gotowa. Jakież to łatwe, proste i skutecznie, nieprawdaż?
    Nie byłabym jednak sobą, gdybym z wrodzonej dobroci serca nie przygotowała specjalnej tabelki, która ładnie, pięknie pokazuje, co dokładnie uszczęśliwia poszczególne kobiety. A więc…

Tab. 2 – Rodzaje kobiet oraz sposoby im dogadzania na przykładzie reklam krążących w Telewizji Polskiej

 L.P

 Rodzaj kobiety

 Uszczęśliwiacz

1.

 Matka Polka

Batoniki mleczne, czekoladki, pasta do zębów, pieluchy, zasypki.

2.

 Żona

Tabletki na grypę, zupa w proszku, ciasto w proszku, płyn wybielający ślady cudzej szminki na kołnierzu.

3.

 Pani domu

Płyn do naczyń, płyn do mycia podłóg, płyn do czyszczenia kibli oraz proszek do prania,  pralka i zmywarka.

4.

Biznesłumen

Podpaski, tampony, telefon komórkowy.

5.

 Wamp

Szampon, krem przeciwzmarszczkowy, balsam ujędrniający, tusz podkręcający rzęsy.

6.

 Fitness lejdi

Płatki kukurydziane, jogurt, woda odtłuszczona, tabletki ze skrzypu polnego.

 

Ha! I niech mi teraz ktoś powie, że kobieta to jest skomplikowana i że uszczęśliwienie jej w pełni graniczy z cudem. Guzik prawda. Reklamy nie kłamią. :P

P.S. Pewnie Was zdziwię strasznie, ale badania ogólnoblogowe robię w celu powołania kolejnej tabelki, a  nawet i wykresu. :D W związku z powyższym proszę wszystkie babeczki o podanie jednego, najbardziej seksownego według nich zawodu wykonywanego przez mężczyzn. Takiego wiecie… No wieecie.  ;)

A pośmiejta się trochę ;)

   
    Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się opublikować tu czegokolwiek, co nie wylazłoby spod moich klawiszy, ale dziś zrobię wyjątek.
    Zatem, w cyklu „Ściągnięte z internetu”, iście uczniowską metodą pisarską „kopiuj-wklej”, prezentuję poniższy tekst. Jednocześnie informuję też, że zazdrość mnie zżera okrutna, iż sama takiego czegoś fajnego nie wymyśliłam.   

Ideał mężczyzny wg Babci Alinki


Jakich cech oczekuję od mężczyzny?

ORYGINALNA LISTA (miałam 20 lat)

1. Przystojny
2. Uroczy
3. Finansowo ustawiony
4. Uważnie słuchający
5. Bystry
6. Dobrze zbudowany
7. Gustownie ubrany
8. Obdarowujący kosztownymi "drobiazgami"
9. Pełny zaskakujących przemyśleń
10. Pomysłowy, romantyczny kochanek

Jakich cech oczekuję od mężczyzny?
LISTA POPRAWIONA (w wieku 32 lat)

1. Miły wygląd (brak zakoli itp.)
2. Otwiera drzwi samochodu, przysuwa krzesła
3. Ma dość pieniędzy na miłe obiady
4. Słucha więcej niż mówi
5. Śmieje się z moich żartów
6. Nosi torby z zakupami
7. Ceni stały związek
8. Docenia dobry domowy posiłek
9. Pamięta o urodzinach i rocznicach
10. Romantyczny, upojny wieczór co najmniej raz w tygodniu

Jakich cech oczekuję od mężczyzny?
LISTA POPRAWIONA (w wieku 42 lat)

1. Niezbyt brzydki (łysa głowa - ok)
2. Nie ruszy samochodem aż nie wsiądę
3. Ciężko pracuje - ale czasami zabierze na okazjonalny obiad
4. Kiwa głową, kiedy mówię do niego
5. Czasami opowiada dowcipy, które już opowiadał
6. Jest w stanie poprzesuwać meble ;)
7. Brzuch nie wystaje spod t-shirt'a
8. Wie, że nie kupuje się szampana, który zamiast korka ma zakręcany kapsel
9. Pamięta o opuszczeniu deski w toalecie
10. Goli się dokładnie w czasie weekendu

Jakich cech oczekuję od mężczyzny?
LISTA POPRAWIONA (w wieku 52 lat)

1. Ufortyfikowane wieże włosów w nosie i uszach utrzymuje w porządku
2. Nie beka i nie drapie się publicznie
3. Nie pożycza pieniędzy zbyt często
4. Nie zasypia kiedy wietrzę sypialnię
5. Nie opowiada zbyt często tego samego dowcipu
6. Jest w stanie dobrze wygnieść swój kształt w tapczanie podczas weekendu
7. Potrafi dobrać skarpetki do ubioru i nosi świeżą bieliznę
8. Docenia dobry obiad przed TV
9. Pamięta twoje imię - okazyjnie
10. Zazwyczaj goli się na weekendy

Jakich cech oczekuję od mężczyzny?
LISTA POPRAWIONA (w wieku 62 lat)

1. Nie straszy małych dzieci
2. Pamięta, gdzie jest łazienka
3. Nie żąda za dużo pieniędzy na utrzymanie
4. Chrapie lekko... ale tylko podczas snu
5. Pamięta, dlaczego się śmiał
6. Gdy jest sam w domu, potrafi czasami sam wstać
7. Zwykle nosi jakieś ubrania
8. Lubi miękkie jedzenie
9. Pamięta, gdzie zostawił swoje zęby
10. Pamięta że to jest weekend

Jakich cech oczekuję od mężczyzny?
LISTA POPRAWIONA (w wieku 72 lat)

1. Oddycha
2. Trafia do toalety

Dobre, nie? (dopisek własny) ;)
 

A o czym innym dziś będzie ;)

    A więc… Żeby zdać kłam faktowi, iż na tym blogu głównie się piszę i się dyskutuje o męskich częściach ciała, to dziś dla odmiany będzie o pisiorach.
    Bo jak tak sobie pomyślałam, że zbliżają się wybory, nie? No i że część blogowiczów poświęca swoje posty na tematy polityczne, nie? No właśnie. To ja też bym tak chciała. Znaczy, że o polityce tu rozważać. Ale zanim do sedna sprawy przejdę, chciałabym się zapytać, czy na sali jest prawnik? I jeszcze się chciałam zapytać, czy za obrazę władzy, tudzież Braci, to długo bym ewentualnie siedziała? ;)
    Ale o tych pisiorach miało być… Przyszło nam żyć w państwie pisiorskim, czyli skądinąd rządzonym przez partię o nazwie PiS. To, że ich nie lubię w równym stopniu co oliwek i bobu, żadną tajemnicą nie jest. Ale mniejsza o to. Ważne jest to, że pisiory znów po władzę chcą sięgnąć, a ja do tego dopuścić nie mogę. Trochę się nawet obawiam pisać cokolwiek negatywnego na temat partii rządzącej, gdyż prowadzona według nich polityka „daj mi człowieka, a znajdę na niego paragraf” nie nastraja optymizmem na wolność słowa w tym kraju. Pal to jednak licho. Mój blog i gadam, co chcę.
    Przyznaję, że mnie z Jarosławem naprawdę dużo łączy. Nie wszyscy bowiem mogą wiedzieć, że cechuje nas m.in. wspólne zamieszkanie z mamą (każde ze swoją oczywiście), posiadane zwierzę, stan cywilny oraz zupełny brak fascynacji kobietami. Teoretycznie więc powinniśmy się rozumieć. A powiem Wam, że nie rozumiemy. Nic a nic. Zupełnie bowiem nie odpowiada mi pomysł rządzenia mną na zasadzie gigantycznych rozmiarów reality show, w którym Jarosław oraz cała świta przez okienko Wielkiego Brata ogląda, jak biorę prysznic (to przenośnia taka). Zupełnie mi nie odpowiada, ażeby, zamiast skupić się na rządzeniu tym podupadającym krajem, Jarosław gmerał razem ze swoim ziomkami w aktach sprzed lat. I cholera jasna, zupełnie mi nie odpowiada, żeby za pomocą legionów moherowych beretów i ojca redaktora (celowo z małej litery) nakazywał mi, jak mam żyć, co robić i co myśleć. Senkju wery macz, ale ja podziękuję i w ogóle spasiba.
    Co do tych wyborów zaś… Jakby nie ma kogo wybrać, nie? Mimo wszystko jednak jestem i nie boję się tego przyznać, fanką Tuska Donalda. Trochę mnie co prawda cała partia PeŁo rozczarowała swoją kampanią wyborczą, która zamiast na głoszeniu poglądów, skupiła się głównie na ściganiu w złośliwe spoty z pisiorami. Nie da się ukryć, iż stracili na tym w moich oczach, ale posługując się mądrym staropolskim przysłowiem, że na bezrybiu i rak ryba, z gorszego zła wybieram to lepsze i mniej szkodliwe. Czyli, że PeŁo w rzeczy samej. I nawet nie ze złośliwości, żeby dowalić Braciom i pozbawić ich tronu (znaczy jednego, bo ten drugi to będzie tam jeszcze siedział). Ja zwyczajnie chcę nowej szansy. A że dowód mam (od niedawna :P), to sobie pójdę i zagłosuję. A Wy też…
   

NIE RYDZYKUJCIE. IDŹCIE NA WYBORY.  ;)

   

P.S.  Zainteresowanych informuję, iż sztab PeŁo nic mi nie zapłacił. Sama z siebie tak to wszystko ładnie napisałam. ;P

O całkowitej kobiecości, czyli za co Marta przyczepiła się do Onetu ;)

    Zainspirowana napisem w górnym lewym rogu tej strony, postanowiłam machnąć post o tematyce właśnie z napisem związanym. Że o kobiecości w sensie.
    Onet podzielił blogi na kategorie i jednej z nich nadał tytuł „całkiem kobiece”. Po serii różnych przemyśleń, niekoniecznie mądrych i na temat, doszłam do wniosku, iż należałoby poddać wątpliwości sam termin „całkiem kobiece”, bo nie ma dowodów na to, że coś takiego, jak całkowita kobiecość naprawdę istnieje. W związku z powyższym należałoby rozsądzić, czym jest kobiecość i czy ktoś może być kobiecy całkiem, czyli niejako w 100%. Nadążacie? Bo ja średnio, ale lecę dalej. ;)
    Pierwsze pytanie, jakie mi się nasuwa, jest pytaniem o to, czy o kobiecości kobiety świadczy wygląd zewnętrzny. Czy bardziej kobieca jest na przykład wyzywająca Dodzia Elektrodzia, czy może subtelna japońska gejsza? Czy kobiecy jest różowy sweterek i takaż minispódniczka, czy klasyczna mała czarna albo dresik? Hmmm… zapewne we wszystkich przypadkach decydujący będzie gust wybierającego i odpowiedzi na pytanie jednoznacznej nie będzie.
     Zatem może o kobiecości świadczy nie ciało, a mózg? W takim razie jednak, jakie zachowania można wrzucić do worka z napisem „tylko kobiece”? I czy zachowania te można przypisać jedynie kobietom, a mężczyznom już nie?
    Dobra, dosyć tych „czy” i „czy”… Chodzi mi  w zasadzie tylko o to, czy można być w 100% kobiecym i nie posiadać w sobie ani jednego nawet procentu czegoś, co charakteryzuje i przypisuje się głównie mężczyznom? Według mnie nie i w związku z tym pierdyknęłam sobie tabelkę, w której głównym przedmiotem badań i rozważań zostałam ja sama. Głównie tym powodem zostałam bowiem tylko po to, aby udowodnić, iż mogę posiadać w sobie cechy zarówno typowo kobiece, jak i typowo męskie, a zatem wsadzanie mojego blogu do kategorii „całkiem kobiece” jest błędne i jeśli już, to należałoby wsadzić tą stronę do kategorii „raczej kobiece”. ;)

   Tab. nr 1 – Marta i jej zachowania

 

Zachowania

 

Zachowania zasadniczo męskie

 

Zachowania zasadniczo kobiece

 

 
Ubiór

Szczególną sympatią darzę odzież z zacięciem sportowym, elementami natury czysto hip-hopowej, czyli, że ogólnie ulicznie, klasycznie, bez pierdół w stylu różowych cekinów, kamyczków i innych złoto-lśniących gówienek.

Znienacka i zaskoczenia dla samej siebie dość często potrafię strzelić sobie czerwoną kieckę, bluzkę z dekoltem takim, że hoho, bądź wyjątkowej urody lśniące buciki.

 
Samochody

Potrafię wymienić niesprawny akumulator na sprawny.

Nie potrafię wymienić żadnej innej rzeczy w samochodzie (no może poza płytą w odtwarzaczu CD jeszcze).

 

 Oglądactwo filmowe

Kocham się w filmach o tematyce mafii, bo fascynuje mnie kodeks mafiosa, zasady i ogólnie panujący tam ład i porządek. 

Płaczę,jeśli zabiją mi któregoś z tych mafiosów, nawet jeśli był to wał straszny, bo przecież może by się naprawił, a już nie będzie miał okazji.

 

 
Poziom wrażliwości

Zupełnie nie wzruszają mnie łzawe historie miłosne w romansidłach harlequinowych, „Modach na sukces” „M jak miłościach”, czy innych „Magdach M.”. Wręcz przeciwnie, reaguję na nie śmiechem, złośliwością i ironią z gatunku tych bardzo ironicznych.

Nie potrafię zabić pająka, muchy, mrówki i innego robactwa, gdyż myślę, że po pierwsze: będzie ich to bolało, a po drugie: na pewno mają rodzinę, pracę i plany na przyszłość, których nie mogę ich pozbawiać. :P

 

 Upodobania kulinarne

Odraza i ogólny wstręt mnie nachodzi na widok koktajli na bazie kiełki + drożdże + zarodki pszenne, pieczywo, które wygląda jak styropian i otręby, zupełnie nie odbiegające wyglądem od paszy dla zwierząt chlewnych.

Czekolada, czekolada, czekolada.

 
Upodobania estetyczne

Kocham prostotę, minimalizm, oszczędność kształtu i formy. Bez udziwnień, ozdóbek, dupereli.

Minimalizm musi być utrzymany w odpowiednio wcześniej dobranym i idealnie pasującym do siebie zestawie.

 

Sport

Jednym tchem wymienię 10 najlepszych obecnie drużyn piłkarskich na świecie i podam nazwiska najlepszych piłkarzy oraz zajmowaną przez nich pozycję na boisku.

Oprócz samych nazwisk piłkarzy, zdarza mi się zapamiętać szczegóły typu: kolor włosów, oczu, wzrost, kraj pochodzenia oraz stan cywilny.

 

 
Komunikowanie się

Lubię jasne sytuacje, proste aczkolwiek sensowne wypowiedzi, które idzie zrozumieć bez domysłów.

Potrafię gadać bez sensu, prowadzić wielowątkowe dyskusje, z których w gruncie rzeczy nic nie wynika. No i gadam jak najęta bez większego ładu i składu, co można zaobserwować na przykład tu. Ale czasami tylko… ;)

 

 Dzieciństwo

Miałam różowy traktorek, bawiłam się z kuzynem resorakami i ubóstwiałam wręcz biegać po podwórku z rewolwerem udając bandytę, albo włazić na drzewa.

Z drzew trzeba było mnie ściągać, bo wleźć na nie potrafiłam, ale zleźć już nie. No i nad życie kochałam swoją błękitną sukienkę i białe sandałki.

 

 

Inne

Nie cierpię pluszowych miśków. Zakupy lubię tylko wtedy, gdy nie muszę godzinami łazić po sklepach, a konkretnie idę po to, co chcę. Nienawidzę przymierzać miliona rzeczy, których i tak wiem, że nie kupię.

Uwielbiam perfumy, kosmetyki o zapachach owocowych i piękną bieliznę. Poza tym naprawdę kocham „I will always love you” Whitney Houston i „Woman in love” Barbry Streisand, oraz  opuszczam klapę w wc.  ;)


    W zasadzie powiem, iż nie mam pojęcia, dlaczegoż to przyczepiłam się do terminu „całkiem kobiece”. Może z nudów. A może z przekory i chęci udowodnienia, że ludzie nie mogą być „całkiem jacyś” pod jakimkolwiek względem. Przynajmniej ja nie jestem. Posiadam w sobie cechy, które przypisuje się z reguły kobietom, ale też posiadam i cechy przypisywane mężczyznom. Boże, już nie wiem, kim jestem… Może więc lepiej będzie, jeśli zakończę dzisiejszy wywód, gdyż może mieć on negatywny wpływ na moją tożsamość. :P

P.S. Od kiedy odkryłam tabelki, wszystkie przyszłe posty będą w nich właśnie. Żartowałam. A może i nie. Dobra, idę. ;)