Komisja ds. Kontroli Jakości Mężczyzn i Obserwacji Ich Procesu Rozwojowego


    Protokół z posiedzenia Komisji ds. Kontroli Jakości Mężczyzn i Obserwacji Ich Procesu Rozwojowego

    Dnia 28.08.2007 roku na terenie zaplecza sklepu spożywczo-monopolowego „U Wioli”, pomiędzy skrzynkami z piwem i półkami ze środkami piorącymi, odbyło się pierwsze posiedzenie Komisji, w którego skład weszły zarąbiszcze gazele, w tym ta najkelnerkowniejsza.

Cel:

    Celem spotkania było ustalenie postępów w rozwoju umysłowym znanych członkom Komisji osobników płci męskiej oraz debata na temat: „Zanik procesu ewolucyjnego u mężczyzn – fikcja czy okrutna rzeczywistość?”.

Program obrad:

  1. Otwarcie posiedzenia.
  2. Rozlanie płynu energetyzująco-pobudzająco-wspomagającego głębsze przemyślenia, w którego skład weszły: wódka poweselna + Sprite + sok z cytryn wielu.
  3. Przedstawienie przez członkinie Komisji krótkiej charakterystyki dowolnie wybranego przypadku mężczyzny.
  4. Wspólna ocena procesu rozwojowego mężczyzn oraz podjęcie próby określenia ich etapu ewolucji w oparciu o dostępną i powszechnie znaną teorię niejakiego Darwina Jana Karola.
  5. Zakończenie posiedzenia i wydostanie się NA WŁASNYCH NOGACH z miejsca spotkania.

Ustalenia Komisji:

  1. Mężczyzna jako MĘŻCZYZNA, to obecnie gatunek wypierany przez pseudofacetów, których główny trzon stanowią niedorobieni macho, zniewieściałe metroseksualne przydupasy i bezmózgie GangstaDresy.
  2. Mężczyzna to postać nader skomplikowana, która wie, czego chce, ale nie wie, czy to, czego chce jest tym, co chce, czy nie chce, a jak to straci, to dopiero żałuje.
  3. Proces ewolucji u niektórych przypadków osobników płci przeciwnej zatrzymał się na epoce kamienia łupanego i ich procesy myślowe również.
  4. U sporej części osobników płci brzydkiej (osobiście w tym momencie się niekoniecznie zgadzam z terminem) występuje zbyt często mylne przekonanie, iż posiadanie skóry, fury i komóry wpływa na zwiększenie ich atrakcyjności w oczach przedstawicielek płci pięknej.

Zalecenia komisyjne:

  1. Odnaleźć, znaleźć, odszukać, wytropić i wyśledzić prawdziwych MĘŻCZYZN w celu udowodnienia sobie i pozostałym, że takowi jeszcze istnieją.
  2. Pod żadnym pozorem nie zadawać się z niezdecydowanymi emocjonalnymi popaprańcami, gdyż grozi to trwałym uszczerbkiem na zdrowiu psychicznym, ogólnym zniechęceniem do obcowania z przedstawicielami płci odmiennej, a w skrajnych przypadkach nawet myśl o zmianie orientacji seksualnej.
  3. Nie dodawać zbyt dużej ilości soku z cytryn do płynu energetyzująco-pobudzająco-wspomagającego głębsze przemyślenia, gdyż tylko z pozoru wpływa to na obniżenie poziomu oddziaływania tegoż na organizm ludzki.

Załączniki:

Załączników nie ma, gdyż zostały w całości zużyte (czytaj: wypite).

                                                                                                    Protokół opracowała
Bestia ;)

                                                                                                           

Niemoralna propozycja? :P

    A dam już Wam odpocząć od tych relacji poweselnych, co? Bo co za dużo, to nie zdrowo i jeszcze broń Boże przez swoje posty pozbędę Was chęci na zaślubiny, a tym bardziej na zatrudnianie obsługi (w szczególności tej kelnerskiej), która długi jęzor posiada i na prawo i lewo zdradza wszelkie pikantne szczegóły. ;) No jedynie z takich ciekawostek, to powiem, że pan taki jeden obecny na tym ostatnim weselu, to stwierdził, że bardziej wolałby moją skromna osobę niż barszcz czerwony, czyli jakby nie patrzeć komplement rzucił pod moim adresem wielki, bo to wiadomo, że barszcz, to nie jest zaraz takie byle co. :P
    Ja to muszę w zasadzie powiedzieć taką mianowicie rzecz następującą, że jakby nie patrzeć zostałam specjalistką od ludzkich zaślubin. Czyli, że jestem w tej konkretnie dziedzinie ekspertem pierwsza klasa. Właściwie, to nawet śmiałe plany zaczęłam snuć, ażeby pierdyknąć taki na przykład poradnik dla potencjalnych nowożeńców, w którym zdradzałabym tajemnice wesel i rzecz jasna wszelkiego rodzaju rad udzielała. Coś w stylu: „Jak przeżyć swoje wesele i nie dostarczyć beki obsłudze”. Myślę, że spokojnie doczekałabym się bestsellera i nawet niezłą kasiorkę z tego miała, więc pomysł wart zapamiętania. ;)

    Porzucam już jednak temat ślubów, bo o czym innym dziś chciałam napisać, a właściwie to tylko prosić Was moje Szanowne Blogowe Ziomy o pomoc w rozwiązaniu tajemniczej wiadomości, która drogą internetową do mnie spłynęła. Wczoraj mianowicie otrzymałam nader interesującej treści maila, którego metodą „kopiuj – wklej” Wam teraz zademonstruję w celu naocznego udowodnienia powagi sytuacji. ;) 

„Witamy Cię bardzo serdecznie, pragniemy zaprosić Ciebie na odjazdową imprezę na pomorzu, np. sob/niedz – w celu poznania się bliżej, a jeśli przypadniemy sobie do gustu chcielibyśmy zaprosić Ciebie na wycieczkę egzotyczną 1-2 tyg, miejsce docelowe możemy ustalić wspólnie w trójkę. Pozdrawiamy Cię bardzo serdecznie Piotr i Alicja /mamy ja 40l Alicjia36 /zdjęcia nasze jeśli zechcesz wyślemy jak odpiszesz / pa / Ps; dziękujemy za w miarę szybki odpis /jeśli możesz podaj nr telefonu i nr gg/”

    No dobra. A teraz z pewną nieśmiałością się zapytam, czy ktoś z łaski swojej jest mnie w stanie wytłumaczyć, o co temu Panu Piotrowi i Pani Alicji chodzi? Jakaś nowa promocja biur podróży, czy co? :P

   

Z wyznań szalonej kelnerki :P

    Ostatnim razem marudziłam okrutnie, że wesele było nudne, że nic się nie działo, że nie ma o czym pisać i że ogólnie jestem niepocieszona.  Tym razem pocieszona jestem bardzo, bo akcji na weselu nie brakowało, a co za tym idzie rozrywkę miałam przez cały wieczór. Trochę być może to tak niekulturalnie nabijać się z czyjegoś wesela, ale jak Pani Bozia mi świadkiem, z tego typu ludzi śmiać się nie tylko można, a nawet wypada. Bo z takimi popaprańcami, to już dawno nie miałam do czynienia. Normalnie same małpy w jedwabiach. W sensie, że typowy przerost formy nad treścią.
    Ja naprawdę jestem momentami częstymi aż nadto tolerancyjna w stosunku do ludzkości i naprawdę mogę zaakceptować wiele, ale ludzi, którzy posiadają mniemanie o sobie większe niż szczyt Kilimandżaro, a w rzeczywistości są bardziej puści i sztuczni niż piersi Dody Elektrody, polubić nie jestem w stanie. Stąd też obsmaruję weselicho bez najmniejszych wyrzutów sumienia.
    Zacznę od jaśnie wielmożnej panienki, czyli panny młodej, która spośród wszystkich była najgorsza. Pomijam fakt, że w tej swojej sukni za 4 tys. zł wyglądała jak beza. Pomijam również fakt, że przez całe wesele stroiła miny, fochy, ochy i achy, gdy ktoś nie skupił 100% uwagi na jej „skromnej” osobie. No i pomijam fakt, że się urżnęła w trupa, a nawet dwa. Najbardziej nie wybaczę małpie przebrzydłej, że się pokłóciła ze świadkiem i w związku z powyższym on opuścił imprezę już po 24.
    A no bo świadek….  O matko, ten świadek, to normalnie wyglądał, jak bóg z greckich rzeźb z tą jedynie różnicą, że był odziany kompletnie (nad czym szczerze mówiąc nieco ubolewam). Piękny mężczyzna do tego stopnia, że gdy go po raz pierwszy ujrzałam, to mi serce w miejscu stanęło i od razu cała niechęć do gatunku męskiego z miejsca przeszła. I nawet plany śmiałe poczyniłam, co do natychmiastowego skupienia jego uwagi na sobie. Niestety, świadek choć powłokę cielesną posiadał aż nadto idealną, to równocześnie był posiadaczem poronionej psychiki, czyli dosadniej mówiąc zrytego dzbana. W sesnie, że wał był, jakich mało. W tym więc momencie moje wszelkiego rodzaju zapędy mające na celu wyrwanie jego osoby, siłą rzeczy musiały zostać przerwane. A szkoda wielka, bo kurna fajny był i już w akcie rozpaczy stworzyłam sobie nawet złudzenie, że zawsze przecież można byłoby nad nim „popracować”. Nitki jednak z tego ostatecznie wyszły, bo królewna śnieżka od siedmiu boleści go zgniewała i mój potencjalny towarzysz romansu  w złości ogólnej i wzburzeniu oddalił się w bliżej nieokreślonym kierunku.
    No a co do reszty wieści… Mieliśmy na tym weselu i pogotowie, i awanturę relacji panna młoda – ojciec, i jej szloch wielki, a nawet oskarżenie o kradzież wędzonej szynki. Innymi słowy wrażeń było aż zbyt wiele. W dodatku niektórzy goście wyobrażali sobie, że są śmietanką towarzyską i że ich szanowne osoby niesamowicie zaszczycają swoją obecnością pozostałych towarzyszy weselnej niedoli. No a że, zdarzały się przypadki tych osobistości ubranych w spodnie marki dżins i koszule marki T-shirt marki Nike, to szczegół zbędny. Widocznie taka teraz moda. :P
    Pomimo mojej zawiedzionej i niespełnionej miłości do świadka, obcowania z nadmuchanymi bardziej niż balony ludźmi i ogólnym zapierniczem na sali, spokojnie mogę powiedzieć, że mi się podobało. No owszem, trochę mimo wszystko żal, że ze świadkiem nie wyszło, ale przyzwyczaiłam się już do myśli, że zagadki moich relacji z mężczyznami, to nawet taki Bogusław Wołoszański nie byłby w stanie rozwikłać. ;)
    I jeszcze ciekawostka przyrodnicza na koniec…. Wiecie, ile państwo młodzi wydali kasy na swoje weselicho? Otóż informuję, że ponad 30 tys. zł. No jak trzeba być pochlastanym, żeby robić takie szoł z własnych zaślubin, to już wyjaśnić nie jestem w stanie. Po co to komu?

P.S. A z niusów bieżących, to jeszcze wspomnę, że w przyszłą sobotę też idę na wesele. Widocznie mam talent i muszę się z tym pogodzić. ;)

   

O związkach damsko-męskich całkiem poważnie

„Powrót córy marnotrawnej”

    Nawiałam w ostatnim czasie z blogowego świata. W pewnym stopniu spowodowane to było wyjazdem na łono natury, ale chyba bardziej niezbyt dobrą kondycją psychiczną. Co prawda akurat w moim przypadku śmiało można pokusić się o stwierdzenie, że z tą kondycją umysłową za dobrze nie było od urodzenia, ale wiecie o co mi chodzi. ;)
    Nigdy nie chciałam zamienić tej strony w „ścianę płaczu”. Nie miałam zamiaru wylewać tu gorzkich żalów, bo raz, że nie lubię tego robić, a dwa, że czasem trudno się aż tak jawnie otworzyć. Stąd też pomysł na nieco durnowate posty, które gdzieś tylko między wierszami mają ukryte to, co chcę całkiem poważnie powiedzieć. Strasznie dziś smęcę, no nie? W dodatku gubię wątek główny… A ja właściwie chciałam tylko zapowiedzieć, że dzisiejszy wpis będzie poważny. Dość szczery też. I gorzki. Ale to tylko dziś. Ten jeden raz. ;)

„O związkach damsko-męskich”

    Sam tytuł, który nadałam temu wpisowi nieco mnie przeraża, bo na związkach damsko-męskich znam się tyle, że aż strach. Ale ambicję posiadam, stąd też wkraczam na ten obszar tematyczny i zamierzam go zagłębić po swojemu.
    Nigdy nie narzekałam na brak zainteresowania ze strony płci przeciwnej. Zawsze pojawiał się ktoś mniej lub bardziej interesujący, kto w różnym stopniu wzbudzał moją ciekawość. Momentami były to nawet osoby na tyle intrygujące, że wydawało się, że może akurat… I pomimo tego wszystkiego kompletnie nie wychodziło. I nie wychodzi do tej pory. Nie wiem dlaczego.
    W takich momentach najlepiej wyjaśnień należy zacząć szukać od siebie samej. No więc…  Nie jestem typem „słodkiej kobietki”. Nie płaczę, kiedy złamie mi się paznokieć, nie krzyczę na widok myszy, nie zalewam się łzami rzewnymi na romansidłach. Jestem na tyle samodzielna, że stać mnie własne zachcianki i przyjemności. Nie można mi zaimponować kasą i gadżetami.  Mam wyrobione zdanie na wiele tematów, własne poglądy, których potrafię bronić. Mam hobby i pasje, którym się poświęcam i z których nigdy w pełni nie potrafiłabym zrezygnować. Nie jestem uległa, cichutka i posłuszna. I może właśnie w tym wszystkim tkwi problem. Może ta samodzielność i niezależność sprawia, że z mężczyznami mi wychodzi tak, że właściwie nie wychodzi. Może większość z nich pragnie kogoś, kto będzie w dużej mierze od nich zależny. A może zwyczajnie spotykam tylko właśnie taki rodzaj facetów, a pozostali omijają mnie łukiem szerokim. Nie wiem. W każdym bądź razie siebie zmieniać nie mam zamiaru. Cena byłaby zbyt wysoka.
    Nie da się ukryć, że od czasu do czasu zadaję sobie pytanie o to, czy oby moje wyobrażenie o kimś dla mnie odpowiednim nie jest aż nadto wyidealizowane. Czy nie czekam na księcia z bajki, który przyjedzie na swoim białym rumaku, a potem  będziemy żyli długo i szczęśliwie. Jak kurna Kopciuszek i ten jej blond królewicz. Ale nie. Nie wydaję mi się, żeby myśl o kimś, kto będzie potrafił mnie rozśmieszyć, pocieszyć i zwyczajnie porozmawiać świadczy o wygórowanych oczekiwaniach. Chcę kogoś, z kim nawet milcząc będę się czuła dobrze. Czy to aż tak dużo? Nie sądzę.
    Byłabym nieuczciwa, gdybym powiedziała, że spotykałam na swojej drodze wyłącznie samych popaprańców. Tak nie było. Pojawiali się naprawdę dobrzy i porządni faceci. Tylko, że czasem ktoś, kto jest dobry i porządny nie wystarcza. Szczególnie w momencie, gdy brakuje wspólnych pasji, umiejętności rozmowy, podobnego poczucia humoru. Nie da się żyć z kimś dobrym, ale pozbawionym tego wszystkiego. Przynajmniej ja nie potrafię.
    Cały czas piszę w swoim imieniu, choć aż zbyt dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że takich dziewczyn, jak ja jest mnóstwo. Niby niczego nam nie brakuje, a wciąż spotykamy na swojej drodze zakompleksionych, emocjonalnych popaprańców, albo osoby tak rożne od nas samych, że nawet nie ma sensu niczego zaczynać. A jak już wreszcie spotkamy kogoś naprawdę fajnego, to potem i tak się okazuje, że nic z tego nie będzie… Gdzie tu sprawiedliwość? Chyba jej nie ma, bo kto powiedział, że ma być sprawiedliwie.
    Wniosek z tej smętnej opowieści jest taki, że przestaję już się zastanawiać i zagłębiać temat. Jest jak jest. Niczego nie chcę i nie oczekuję. Przynajmniej w najbliższym czasie. Zaczynam jeszcze bardziej rozwijać samą siebie, bo ze sobą pozostanę przecież na zawsze.

Amen ;)

P.S. Znów na chwilkę opuszczę tego bloga, ale wrócę. Powód mojej nieobecności jest niewiarygodny. Wiecie, co będę robiła jutro wieczorem? Znów zostanę kelnerką. Doprawdy nie mam pojęcia, dlaczego pary młode tak bardzo pragną  widzieć mnie na swoich weselach, ale skoro chcą i jeszcze mi za to płacą, to nie narzekam. Tak długo, jak długo będę się przy tym dobrze bawić, mogę to robić.
No to do następnego razu.
Aha… I od razu zapowiadam, że jeśli to weselicho będzie tak nudne, jak to ostatnie, to osobiście wywołam jakąś zadymę, coby mieć potem o czym tu pisać. ;)
   

                                                                                                                                               

Wyprawa „Robinson”

   
    Wróciłam. Po dłuższym zastanowieniu doszłam do wniosku, że w więziennym stroju mogłabym się prezentować niezbyt korzystnie, więc swoje bandyckie zapędy musiałam siłą rzeczy nieco ograniczyć. Żeby jednak nie wyjść na osobę gołosłowną i twarz jako taką zachować, muszę się przyznać, że wczorajszy plan w pewnym stopniu mimo wszystko wykonałam. W bardzo minimalnym co prawda, a wręcz znikomym nawet, no ale zawsze jakimś.
    Ale już tak nieco poważniej mówiąc, to ten świat jest nieco dziwnie skonstruowany, no nie? To, że żyje się w zgodzie z sobą, z jakimiś wartościami, a mimo wszystko wciąż dostaje od życia po tyłku, wydaje się nieco niesprawiedliwe. Jakieś takie zwyczajnie nie w porządku. I może gdyby nagle zrobić zwrot o 180 stopni i stać się zupełnie inną osobą, to przynajmniej wiedziałoby się, za co dostaje…
    Dobra. Jak zaczynam tu pierdzielić takie egzystencjalne morały, to znaczy, że coś jest nie tak. W związku z powyższym opuszczę Was na kilka dni, albowiem jadę się bratać z matką naturą. Znaczy się nad jezioro, pod namiot.
    Kuźwa. Powiem Wam, że mimo wszystko trochę przeraża mnie perspektywa obcowania z naturą, gdyż taki radykalny odskok od cywilizacji może mnie z początku nieźle zszokować. No bo gdzie tak bez toalety, bieżącej wody, komputera, internetu, prądu…
    Choć z drugiej jednak strony, może to jest to, czego w tym momencie potrzeba mi najbardziej. Będę się wyciszać i wydobywać z siebie głęboko skrywaną dziką naturę. Biegać po lesie odziana w kieckę z liści, polować i żywić tym, co znajdę, spać pod gołym niebem, kąpać z kaczkami w jeziorze, rozmawiać ze zwierzętami, wyć do księżyca… Będę kurna jak Tarzan, Mowgli i małpa Chita w jednym. Ta wizja nawet mi sie podoba. Ok, to zmykam przygotowywać się do wyprawy. Bonné week-end! :)

Nius z ostatniej chwili

   
    Jakaś taka jestem coś nie teges. Znaczy się, że humor mam do dupy, nic mi się nie chce i nastrój lekko melancholijny jakby także mnie dopadł. Jest mi ogólnie rzecz biorąc smutno, niedobrze, źle i na dodatek ta cholerna piosenka Markowskiej również też mnie dobija. W związku z powyższym postanowiłam dziś, że:

  • wyjdę z domu i kogoś elegancko zapierdzielę, co by wyładować złe emocje,
  • będę się zapijać, bo wiadomo, że na największe smutki, najlepszy jest kieliszek wódki (albo i cały litr, bo po jaki grom mam się ograniczać),
  • będę palić, kraść i rabować, żeby wydobyć z siebie swą głęboko skrywaną zwierzęcą naturę.

    W każdym bądź razie miłą dziś być nie planuję i sympatią względną pałać do ludzkości też nie zamierzam. Kto żyw niech dla własnego bezpieczeństwa schodzi mi z drogi, a najlepiej jak w ogóle z domu nie wychodzi.

    Dobra, to ja idę robić swoje, a Wam życzę miłego wieczoru. Jak mnie policja nie zgranie za te wszystkie złe występki, które popełnić planuję, to przyjdę tu jutro. ;)

Bonne nuit!

Poweselne wspominki

    Wczoraj byłam lekko nieobecna w wirtualnym świecie, gdyż mój związek z komputerem przechodzi ostatnio poważny kryzys i dogadać się nie możemy. On uparty, ja nerwowa, stąd wniosek prosty, że specjalnych perspektyw na wspólne szczęście nie mamy. Znaczy się on nie ma, bo go dziś planuję wypierdzielić przez okno, a potem jeszcze dobić młotkiem. Ale to tyle na temat mojego pożycia z przedmiotami użytkowymi, bowiem o tym weselu miałam pisać.

    No więc bilans poweselny w wielkim skrócie prezentowałby się następująco:

  strat w przedmiotach martwych  – 0
    strat w ludności cywilnej  -  0

    Szczerze mówiąc to jestem nieco rozczarowana tymi liczbami, bo myślałam, że podzielę się z Wami jakimiś sensacjami, skandalami, bulwersującymi wydarzeniami, a tu nic. Jedno wielkie NIC. Było cicho, spokojnie i przewidywalnie. Jednym słowem, nudno. Nie dość, że wszyscy goście przeżyli, to na dodatek nie ponieśli żadnego uszczerbku na zdrowiu. Nikogo nie udało mi się oblać, oparzyć, a nawet walnąć kotletem. W związku z powyższym jestem nieco rozczarowana swoją postawą, ponieważ mój wizerunek kelnerskiej kaleki legł w gruzach.
    Samo wesele było drętwe, goście sztywni jak kije od szczotek, a orkiestra nie wykonała „Kaczuch”, czym mnie rozczarowała okrutnie, bo hymn narodowy wypadałoby zagrać przynajmniej raz. ;)
    Jedyną atrakcją imprezy była nastoletnia Rosjanka Nastia, która przybyła na wesele w krwiście czerwonej sukni balowej przypominającej gigantycznych rozmiarów tort piętrowy. Ta kiecka była tak duża, że dorosły człowiek potrzebowałby doby, żeby ją obejść wkoło. Ewentualnie spokojnie mogłaby posłużyć jako namiot dla 5-osobowej rodziny. :P
    Nieco pikanterii wprowadziła też dziewczyna, która podczas oczepin złapała welon, a chwilę później podjęła próbę złapania męża migdaląc się na korytarzu z jakimś fagasem. Z czyim, tego nie wiem, ale że trzaskania po twarzach nie było, to domniemywam, że ów mężczyzna był jednak niczyj.
    Co tam jeszcze… Trochę nas (w sensie, że kelnerki) mężczyźni podrywali, a jakiś Bogumił w przypływie upojenia alkoholowego to nawet mi się oświadczył. No i pan kamerzysta parę razy mnie sfilmował, co by państwo młodzi mogli do końca swojego żywota podziwiać moją niezwykłą osobę. ;)
    Na koniec to jeszcze powiem, że od czasu do czasu samoistnie odpinał mi się guzik w kelnerskim stroju, w związku z czym niechcąco mogłam wprowadzić jakiś element pornografii. Poza tym okazałam się zajebistą kelnerką i aż veni, vidi, vici chciałoby się rzec. ;)

A już tak całkiem na koniec chcę Wam zaimponować jakąś światowością i obyciem, albowiem Katarzyna „Kmk” uczy mnie języka francuskiego, co bym mogła się uważać za wszechstronnie wykształconą osobę. Uwaga więc, będę przemawiała  w obcym języku :

J’habite en Pologne! (Kasia, dobrze gadam?) :P

   

Martha (nie)Stewart proponuje…

    Te moje gospodarstwo agroseksualne, co je miałam powołać do życia razem z Lisem Rudym i Kalcią, to chyba jednak nie powstanie. Z wielkim bowiem żalem i smutkiem informuję, że potencjalni „goście” nie przyjeżdżają już od tego momentu, jak całą sprawę nagłośniłam na blogu. Jestem zawiedziona, bo miałam nadzieję na szybki zysk, a tu obejść się smakiem muszę. Ale nic, już mam nowy pomysł na życie.
    Taka w Ameryce żyje pani polskiego pochodzenia, co się nazywa Martha Stewart. I ona, to duże bogactwo zdobyła i sławę na przepisach kulinarnych. Co prawda potem ją jakby trochę do więzienia wsadzili za krętactwa podatkowe, ale i tak zamierzam iść jej drogą i się wzbogadzić. Dziś mój debiut i to całkiem gratisowy.
    Dobra. Czasem sama nie wiem, co biorę, że takie rzeczy tu wypisuję, a chodziło mnie tylko o to, żeby podać ten przepis na potrawę, która ma za zadanie uwiedzenie mężczyzny. A że wiadomo iż mężczyzna, to stworzenie na uwodzenie aż nadto podatne, to problemu nawet nie będzie, jeśli ktoś w sprawach kulinarnych czuje się słabo. ;)

Magiczna chińska potrawa „Będziesz mój”

Części składowe:

piersi z kurczaka jednego
0,5 kg pieczarek
2 swieże papryki koloru czerwonego
puszka ananasa
pół główki czosnku
sól
przyprawy (curry, pieprz czarny, papryka ostra)

Produkcja:

Piersi pokroić w kostkę. Obtoczyć w przyprawach wyżej wymienionych. Obsmażyć na patelni. Dodać pokrojone pieczarki oraz również paprykę, którą trza pociachać w paski.Ananasa pokroić w kostkę, a zastanego w puszce soku broń Boże nie wypijać, tylko dodać do potrawy. Wcisnąć czosnek. Posolić. Gotować ok. 15 minut. Zagęścić potrawę mąką ziemniaczaną.

Podawać z ryżem. Ugotowanym oczywiście. Każdy wie, jak gotować ryż, więc szczegółów zdradzać nie będę. A jak ktoś nie wie, to niech się dowie. ;P

Wykończenie:

Posypać se natką pietruszki.


Wykorzystanie:

Zaprosić dżentelmena na kolację. Podać mu na talerzu potrawę. Poczekać aż zje. A następnie… zresztą, co ja będę Wam gadała. ;)

Wskazówki dodatkowe:

Nie podawać potrawy w zbyt dużej ilości, bo się chłop ospały zrobi i wszelkie zaplanowane uciechy szlag trafi. :P

Relacjonowała Wasza Martha (nie)Stewart

P.S. A w poniedziałek, to Wam opowiem ze szczegółami pikantnymi, jak na tym weselichu było.

Rzecz o męskim tyłku


OGŁOSZENIE DUSZPASTERSKIE
Dostałam urlop. Całe 2 tygodnie. Yeeee.


    Zanim przejdę do właściwej części postu, chciałam się oficjalnie zgłosić ze skargą do Onetu. Kalcia mnie ostatnio taką informację podała, że jak się wchodzi na tą stronę, to  znienacka wyskakuje reklama nowej płyty Dody, noszącej zresztą plugawy tytuł, którego powtarzać nie będę. W tym miejscu proszę, ażeby Onet usunął mi z blogu tą cycatą panienkę, by nie szargać jego reputacji. Znaczy tego blogu. No. ;P

    W cyklu „Wyznania gejszy” muszę się do czegoś przyznać. Wczoraj w autobusie gapiłam się na męski tyłek. Na oko miał gdzieś z 24 lata i był w kształcie dojrzałej, aczkolwiek niezbyt dużej, brzoskwini. Wiem, że nie powinnam była tego robić, ale sam mi przed oczyma się zatrzymał, to siłą rzeczy spojrzeć musiałam. Parokrotnie.Trochę potem zaczęłam się śmiać sama z siebie, bo doszłam do wniosku, że dziewczyny pod względem, jak to mówi teraz młodzież „obcinania” (znaczy patrzenia), chłopcom w niczym nie ustępują. Lubimy sobie popatrzeć na ładne kształty, a męski tyłek urok w sobie przecież ma.
     Kiedyś bawiłam się w takie badania, których celem było określenie najbardziej seksownych części męskiego ciała przez kobiety. Wtedy prym wiodły m.in. ramiona, plecy, dłonie, oczy, klatka piersiowa, no i rzecz jasna tyłek, który jako odpowiedź pojawiał się najczęściej. Wszakże tyłek tyłkowi nierówny, ale jasno trzeba przyznać, że skubany w takich przykładowo spodniach dresowych, czy od garnituru, prezentuje się nader apetycznie. ;)

    A w ogóle to na cześć wypłacie zakupiłam sobie wystrzałową sukienkę. Taką, co by wodzić w niej mężczyzn na pokuszenie. Co prawda biorąc pod uwagę zaistniałą pogodę, to mogę tą kiecką wodzić na pokuszenie najwyżej mole w szafie, ale już sobie załatwię z Jarosławem Kretem z Telewizji Polskiej, żeby podczas mojego urlopu piękne słońce świeciło. Ale wracając do tego uwodzenia, to przed weekendem podam Wam przepis na chińskie danie, którym można uwieść mężczyznę.  Osobiście nie wypróbowywałam, ale w przyszłości sprawdzę. Będziecie się uwodzić podczas weekendu, a ja w tym czasie zapierdzielać z tacą, ale kiedyś sobie wszystko odbiję. ;)

    Dobra. To by było na tyle. Aaa… Jeszcze taka drobnostka. Ostatnimi czasy jakaś podła ludzka istota świsnęła mi na Allegro bluzę, którą chciałam, którą z miejsca pokochałam i z którą wiązałam swoją przyszłość. Zdjęcie zamieszczam poniżej.

  

Jeśli ktoś kiedyś w swojej okolicy zobaczy osobę noszącą to ubranie, to koniecznie proszę od niej wziąć numer telefonu, a najlepiej adres zamieszkania. Muszę sobie ewidentnie parę rzeczy z tą panią wyjaśnić.  ;)
Aha. Na znalazcę czeka nagroda. ;]