Pal licho to weselicho

    …. Taam tam tataaam, taam tam tataaam … 

    Znaczy się, to marsz weselny miał być, ale ja wielokrotnie mówiłam, że słabo śpiewam, stąd mi wyszło, jak wyszło. ;)

    Trochę dziwnie zaczęłam, trzeba przyznać, ale dziś właśnie o ślubach będzie i stąd ten jakże powiązany z tematem wstęp. Bowiem ja z domu Marta, z blogu Martynka,  mam w sobotę ślub. W sensie, że nie mój oczywiście, bo tak szybko potencjalnego pana młodego nie jestem w stanie wytrzasnąć, ale cudzy. Bo żem osoba bardzo pomocna, życzliwa i durna, czego już ukrywać nie ma sensu, dałam się wkręcić w koleżeńską akcję pod tytułem „Zostań kelnerką na moim ślubie”. JA – wielokrotna mistrzyni świata w NSU (Niszczeniu Sprzętu Użykowego). JA – okryta sławą i chwałą pogromczyni wszelkiej maści misek, szklanek, garnków i talerzy. JA – dwie ręce, które nie leczą, a kaleczą. JA MAM ZOSTAĆ KELNERKĄ.  Na cudzym ślubie.  No cóż, może to być doprawdy niezapomniane wesele. Przynajmniej dla tych, którzy je przeżyją.

    W ogóle to muszę powiedzieć, że śluby lubię bardzo. Czyjeś rzecz jasna. Swojego nie miałam i mi nie żal, bo od lat paru choruję na ślubofobię.  Znaczy, że się boję tego, jak cholera. Ale ja nie o tym chciałam…  Naprawdę lubię atmosferę weselisk. Gwarno, parno, muzyka gra i akcje pt. „Kto zapierdzielił mi kotleta?” albo „Gdzie jest u licha pan młody?!”. Nie ukrywam, że najbardziej wyczekiwanym przeze mnie momentem takich imprez są tzw. oczepiny. Macanie po kolankach, przekładanie jajka z jednej nogawki w drugą, no i punkt kulminacyjny, a zarazem mój ulubiony – rzut welonem. To, że potrafię niczym Chuck Norris zrobić 1500 różnych uników, by tego nie złapać, to szczegół nieistotny. Najbardziej bowiem w takich momentach podziwiam niektóre niezamężne panny, które z pianą na ustach, rozgniatając po drodzę przeciwniczki, rzucają się z rozbiegu na lecący w powietrzu biały kawałek materiału. Bo wiadomo, że ta, która go złapie, dostąpi zaszczytu zamążpójścia. A że jakby nie mają kandydatów na mężów, ani bliższych na to perspektyw, to zupełnie nieistotne. Mają welon i wyjdą za mąż.

   Wracając jednak do mojego sobotniego debiutu w charakterze weselnej kelnerki, to przyznaję, że mam w związku z nim pewne obawy. Już pal licho to, że w ciągu 30 pierwszych minut oparzę rosołem 70% zgromadzonej ludności, a resztę dobiję drugim daniem. Pal licho, że nerwy mam ostanio na wierzchu i każda próba zaczepki urżniętego w trupa gościa może skończyć się wylądowaniem schaboszczaka na jego twarzy. No i pal licho, że się WCALE do tego wszystkiego nie nadaję. A co będzie, jak zapragnę się włączyć do zabawy bezpośrednio? Trochę nie wypada, no nie? I nad tym kurna ubolewam wielce.  ;)

    Ale co co mnie do diaska ciężkiego podkusiło, żeby się zgadzać na tą weselną pomoc charytatywną, to pojęcia nie mam. Jakaś chwilowa niepoczytalność czy co?  Cholerna siostra miłosierdzia się znalazła.

7 symptomów depresji poporodowej

    Mam dziś nastrój wprost proporcjonalnie odpowiadający do panującej za oknem pogody, czy że do dupy. Właściwie to można byłoby powiedzieć, że przechodzę depresję poporodową, gdybym tylko wcześniej taki poród odbyła. A nie odbyłam, czym szczerze powiedziawszy ta depresja troszkę mnie zdziwiła. Tłumaczę sobie jednak, że to ciąża urojona. Łotewer. Popełniłam dziś kilka czynów, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że coś jest nie tak. Niektóre z nich prezentuję poniżej.

  1. Ugotowałam zupkę chińską i wyobrażałam sobie, że spożywam wyśmienitą potrawę w bardzo ekskluzywnej restauracji, w której latynoski kelner z Puerto Rico na mnie leci.
  2. Ukradłam ze świetlicy biały ołówek. Z gumką nawet. Nie wiem po co mi on, ale czułam, że muszę popełnić jakieś przestępstwo kryminalne, żeby się poczuć naprawdę złym człowiekiem.
  3. Fantazjowałam, że obklejam swoje miejsce pracy laskami dynamitu, polewam dodatkowo beznyną, a następnie z uśmiechem na twarzy podpalam zapałkę i sru.
  4. Groziłam nieletniemu chyba jeszcze chłopcu na ulicy. Co nawet ośmieliłam się wątpić w jego męskość i rzuciłam pod tym adresem kilka uwag. Trochę złośliwych muszę przyznać.
  5. Kupiłam pół kilograma żelkowych dżdżownic na wagę i ze 30 już zjadłam. Nie czuję obrzydzenia. Nawet mi ich nie szkoda. Wcale.
  6. Założyłam słuchawki z mikrofonem do Skype’a i udawałam, że jestem Mariah Carey. Wykonałam „We belong together”. Szyby w oknach całe, a Towarzystwo Przyjaciół  Ptaków informuję, że wszystkie przeżyły.
  7. Poważnie myślę o założeniu agencji wypożyczającej mężczyzn o nazwie „Dary losu”.

  
    Aaa… Michała nie ma. W sumie, to mi nawet nie żal, bo go już nie lubię. Dziś dopiero zrodziła mi się myśl, która poniekąd tłumaczy jego nieobecność. Podejrzewam, że Jej Wysokość Suchotnica (czytaj: moja kierowniczka) specjalnie go wysłała, żeby kontrolował wykonywaną przeze mnie pracę. Czyli, że to mógł być szpieg Jej Pierdzielonej Mości. Pewności nie mam, ale temu panu i tak już podziękujemy. Z nieistniejącymi romansów nawiązywać nie mam zamiaru, bo to potem mogą być  problemy z zalegalizowaniem związku. :P
    A tak na koniec powiem Wam, że jeśli kiedyś ktoś urządzi konkurs na najbardziej wrednego szefa/szefową, to ta moja może być bezkonkurencyjna. Gorszej małpy świat nie widział. Normalnie ewenement w skali krajowej, żeby nie powiedzieć globalnej.
   

Rozprawa o masie ciała

     Dramat wielki przeżyłam w sobotę, załamanie, szok i porażenie. Ogólnie jestem zamknięta w sobie i nie chcę się otworzyć.
    No jak zwykłe zakupy mogą człowieka do traumy doprowadzić, to jest niesłychane. Bo ja spódnicę chciałam sobie kupić. Znalazłam taką jedną, w której wedle własnego, aczkolwiek niczym nieuzasadnionego zdania, wyglądałabym bosko. Poszłam z nią do przymierzalni i tam właśnie zaczęła się rozgrywać cała ta tragedia grecka ze mną w roli głównej i Nią, czyli spódnicą. Bo Ona pomimo moich usilnych błagań, próśb i gróźb się bezczelnie zmieścić na mnie nie chciała. Że niby ja za gruba, tak? Że niby musieliby mi takie dwie spódnice w jedną zszyć, żebym w nią wlazła, tak? Że niby najlepiej jakbym się okręciła tą szeroką zasłoną z przymierzalni, tak? Jak mi ktoś choć raz „TAK” odpowie, to się potnę wzdłuż. ;)
    Tu ukrywać nie ma czego, że te żeleczki zrobiły swoje. Pociesza mnie jedynie fakt, że kobiece kształty są podobno trendy i na topie, bo ja jestem teraz kurde chodzącym krzykiem mody. W dodatku szczęśliwym krzykiem mody, bo jak mówi mój kuzyn, im ktoś ma na sobie więcej ciała, tym bardziej wzrasta mu poziom endorfin czy czegoś tam, a co za tym idzie staje się weselszy i radośniejszy. A ja się robię radosna w zastraszającym tempie.
    Dobra, bo tu sobie trochę śmichy takie urządziłam, a aż tak źle ze mną nie jest. W drzwiach mieszczę się póki co normalnie. Jeszcze.
    Ale skoro o tym wszystkim wspomniałam, to podkreślić muszę, że nigdy nie miałam i zapewne mieć nie będę obsesji na punkcie własnej wagi. Szczerze mówiąc, to mnie nawet lekko przerażają wszystkie te kobiety, które głodzą się, żeby potem  poświecić ludzkości żeberkami. Albo te modelki, które wyglądają jak żywe trupy na przepustce. 
    W tym miejscu uczciwie się przyznać muszę, że razem z moją siostrą Effką mamy za sobą mały epizod związany z agencją modelek, ale to jest akurat rysa na moim nieskazitlenym życiorysie, którą wytłumaczyć mogę tylko tym, że byłam młoda, głupia i niepoczytalna. Ostatnie dwa czynniki zostały już na szczęście wyeliminowane. ;)
    W takich miejscach jak ta śmieszna agencja, ceni się człowieka za wygląd i kilogramy, a nie za wartości i hoduje najczęściej stadami zapatrzone w siebie panienki. No dobra, ktoś powie, że modelka nie jest od głębokich przemyśleń, a od paradowania w ciuchach po wybiegu, ale gdy wpaja się nastoletnim dziewczynkom, że im chudsza tym lepsza, to niczego dobrego z tego wyjść nie może. Ja tam jestem zdania, że kobieta ma prawo mieć tyłek i biust i nikt nie powinien jej zmuszać do diet, ćwiczeń i tych innych cudów. A te cholerne sklepy powinny sprzedawać ubrania w większych rozmiarach, bo sory, ale w S to ja się nie mieszczę.
  
    Wiecie, co? Ja nadal będę żarła te żelki bo mi kurna smakują. A spódnicę to mama mi najwyżej uszyje z takiego tam 4-osobowego namiotu, co żeśmy go w zeszłym roku kupili. :P

                                                                                                    Z pozdrowieniami
                                                                                                   Krzyk Mody :D

P.S. Dobrze, że mnie teraz nie widzicie, bo jestem w trakcie spożywania mleka w proszku i tak się elegancko upierniczyłam, że aż mi samej siebie żal.

  

Krótka opowieść o Michale, który był… ale się zmył


    Byłam w trakcie pisania przejmującego, głębokiego i nad wyraz inteligentnego tekstu, ale że mi nagle grom jasny strzelił całe te wypociny, to drugi raz na takie przemyślenia się wysilić nie jestem w stanie i o czym innym napiszę. Będzie to krótka historia miłosna bez hapi endu, czyli przypowieść o tym, jak Marcie chłopiec spierdzielił.
    Żadną tajemnicą nie jest, że w swojej pracy cierpię na wyjątkowy brak atrakcyjnych przedstawicieli płci przeciwnej, a co za tym idzie, moje szanse na romans są zerowe, żeby nie powiedzieć ujemne. Co prawda jest taki jeden całkiem możliwy, ale ponieważ żona szurnęła go po roku małżeństwa, to on obecnie do kobiet jest delikatnie mówiąc nastawiony wrogo. Zbliżyć się do niego zwyczajnie nie mam odwagi, bo jeszcze gotowy mnie zagryźć czy coś. No więc odpada do momentu aż mu ta wścieklizna przejdzie. ;)
    Ale wracając do opowieści… Pogodzona byłam z faktem, że w miejscu zatrudnienia skazana jestem na kompletną posuchę w sprawach damsko-męskich do tego poniedziałku. Stała się bowiem rzecz niesłychana i pojawił się ktoś nowy (sobie go wstępnie nazwałam Michałem, bo na takiego mi właśnie wyglądał), zatrudniony przez sąsiadującą firmę. Zauważyłam go przypadkiem i przyznaję, że ciekawość wzbudził sporą, bo ten Michał to zdrowy chłopak jak niewiemco. Szybko się zorientowałam, że dość często pokonuje trasę do biura, która wiedzie przed moją świetlicą i jak nigdy poszłam pielęgnować roślinność w ogrodzie (co mnie zawsze fascynowało w równym stopniu, jak Jarosława Kaczyńskiego kobiety), żeby oczywiście mieć z nim większy kontakt wzrokowy. Potem jeszcze parokrotnie przypadkiem wychodziłam na swieże powietrze, co by tak ostatecznie określić, czy on warty jest grzechu. No i warty był.  Podkreślam słowo „był”, bo już we wtorek tego Michała nie było i do dnia dzisiejszego nie ma. Teraz w głowę zachodzę, co się z nim stać mogło, bo oprócz mnie w zasadzie nikt go nie widział. Wyjaśnienia tejże nieobecności mam trzy:

  1. Jak twierdzi moja siostra, musiał zauważyć, że go zaczęłam prześladować i na własne żądanie się zwolnił lub przeniósł.
  2. W wyniku afrykańskich upałów, które od poniedziałku zaatakowały nasz kraj, doznałam silnego udaru słonecznego i jak wędrujący przez pustynię Beduini miałam fatamorganę.
  3. Mój stan umysłowy jest już na tyle poważny, ze tworzę sobie obraz wyidealizowanych mężczyzn i co gorsza zaczynam ich widzieć, a w niedługim czasie zapewne i z nimi rozmawiać.

    Każda z powyższych opcji jest wysoce prawdopodobna, więc powodów do zadowolenia jakby nie mam. Z tegoż powodu zażeram się właśnie wielką paczką żelków marki Haribo i powoli, aczkolwiek systematycznie, zamieniam w grubą dupę. Swoją drogą, że ze świńskich i krowich nóżek najpierw zrobią żelatynę, a potem przerobią to na żelki, to jest wręcz niepojęte. Ale wracając do końca opowieści o Michale co to był, ale się zmył, to siłą rzeczy zostałam wrócona do punktu wyjścia, czyli kolejnego okresu posuchy w relacjach damsko-męskich. No do momentu aż być może znów sobie kogoś wymyślę. ;P

 

Sex-biznes


    Przyszłam się dziś tu ewidentnie poskarżyć, bo już dłużej w tak stresujących warunkach żyć nie mogę. Nie da się i już! Żeby człowiek musiał być narażony na takie sytuacje we własnym miejscu zamieszkania to ja nie wiem. No brak słów po prostu.
    A chodzi mnie o to, że ludzie inni, obcy w sensie, przyjeżdżają pod mój dom i uprawiają seks w samochodach. A czasem nawet na nich.  No słyszał ktoś kiedyś o czymś podobnym? Ja wiem, że mieszkam w okolicy, która znajduje się na terenie parku krajobrazowego, że jest widoczek na Zalew Wiślany i w ogóle, że warunki są sprzyjające, ale toż to stanowcze przegięcie.
    Wczoraj wybrałam się na spacer z psem i ledwo oddaliłam się od domu kilkanaście metrów, a tu patrzę – migdaląca się para na masce samochodu. W pierwszej chwili naiwnie pomyślałam, że mój widok ich wystraszy i szybko pochowają, co powyjmowali, ale gdzie tam! Zero jakiegokolwiek wstydu i krępacji. To ja musiałam się grzecznie wycofać, a pies szczać w ogrodzie. Na marginesie powiem że, poznałam tego co się migdalił na tej masce, bo to nie jego pierwszy raz był, i nie dało się ukryć, że w ciągu ostatniego czasu ze trzy razy zmieniał partnerkę. Cham. W dodatku z problemami w nawiązywaniu stałych znajomości. ;)
    Od razu mówię, że jakoś specjalnie pruderyjna nie jestem i myśl o uprawiających seks ludziach na łonie natury mnie nie gorszy, ale sobie wypraszam, ażeby do takich czynów dochodziło pod moim domem. No bo to ogólnie krępujące jest dla osoby obserwującej, czyli w tym wypadku mnie. Człowiek za bardzo nie wie, jak ma się zachować. Czy wycofać, czy udawać, że go widok nie wzrusza?
    Z drugiej jednak strony, tak sobie teraz myślę, że w sumie to na tym całym procederze można by było jakiś interes zbić. Coś na kształt gospodarstwa agroseksualnego otworzyć, w którym wynajmowano by teren, zapewniano widoki, no i oczywiście dyskrecję, bo to pewnie najistotniejsze. Dodatkowo mogłabym nosić migdalantom kanapki, napoje chłodzące, ewentualnie kwiatki dla wybranki, a chętnym zrobić pamiątkowe zdjęcie. Przyjęłoby się? Hmm… Kurde, trzeba się zastanowić. ;)
   

   

P.S. Uprzejmie informuję, że dla wszystkich blogowych znajomych gospodarstwo agroseksualne będzie darmowe. I nawet obiecuję, że nie będę podglądać. :]

O różnicach w kibicowaniu ;)


    Zanim przejdę do właściwej części tego postu, chciałabym bardzo gorąco podziękować Jarosławowi Kretowi z Telewizji Polskiej za to, że wczoraj obiecał, iż ulewne deszcze pójdą w odstawkę, a w ich miejsce przyjdą afrykańskie upały i słowa dotrzymał. Jak widać, nie wszyscy mężczyźni to kłamcy, a pan Jarek to jest w tym momencie dla mnie gość. :P


    A o czym to ja dziś miałam? Aaaa… już wiem! Jeśli się ktoś sportem w miarę interesuje, to zapewne wie, że polska reprezentacja w piłce siatkowej brała udział w takim turnieju, co na nim mogli zdobyć złoty medal i tytuł debeściaków. No i oni tak szli w tych zawodach jak burza, zmiatali te inne kraje, w rezultacie nadziei narobili i jak typowe chłopy z tymi nadziejami to nas w ciula zrobili. Bo medalu nie zdobyli żadnego, a w ostatnim meczu to nawet dali się ograć tym z USA, co mnie szczególnie zabolało, bo chciałam, żeby w końcu Polska tym Amerykańcom w czymś dopierdzieliła. No ale nic, bo ja i tak nie o tym chciałam…
    W oglądaniu różnego typu rozgrywek sportowych to ja zauważyłam zasadnicze różnice pomiędzy kobietami a mężczyznami. Mężczyźni to tam muszą znać nazwę drużyny, jakieś statystyki, miejsce w rankingu zajmowane w danym momencie przez zespół, nazwisko trenera, itp. Kobietom takie informacje nie są potrzebne, bo my bardziej skupiamy się na „walorach zewnętrznych” tego sportu. Znaczy się lubimy jak nam te chłopcy latają po boisku w tych obcisłych koszulkach i krótkich spodenkach. I nieważne, czy to są dobrzy zawodnicy, czy nie, bo my ich cenimy za „wartości”, a nie za umiejętności gry i nawet jeśli taki zawodnik okazuje się ostatnią fujarą na boisku, to i tak mu kibicujemy. Wiadomo, że człowiekowi trzeba dać szansę, a nie go od razu skreślać, jakimiś epitetami obrzucać i drzeć się do telewizora w niebogłosy. ;)  Z powyższego właśnie powodu specjalnie potępiać siatkarzy polskich nie będę, bo chłopaki są fajne, a co niektórzy to nawet bardzo. Znaczy się, że te sportowe walory mają. ;P

   

P.S. Po krótszym zastanowieniu doszłam do wniosku, że chciałabym być taką piłką do siatki w rękach Michała Bąkiewicza. Przed serwem rzecz jasna. :P

Kinowych przygód ciąg dalszy


    Właściwie to miałam tu chwilowo nie przychodzić, żeby nie zrzędzić światu wirtualnemu, ale że w tym fachu jestem dobra, to nie ma co się oszczędzać i talentu żałować. ;)
    Mam taką dziwną skłonność do seryjnych morderców, psychopatów i innej maści poparańców, więc gdy tylko nadarza się okazja, by pooglądać ich w wersji ruchomej (w sensie, że w kinie oczywiście), to szansy takiej nie przepuszczam. Wczoraj też nie przepuściłam i zwarta i gotowa stawiłam się na premierze takiego filmu, co go nazywają „Zodiac”. Ogólnie rzecz biorąc każdemu, kto w tej tematyce nie jest obeznany mówię, iż ten Zodiac to był jeden z najsłynniejszych psycholi w USA, który po każdym zakatrupieniu człowieka wysyłał listy do policji z opisem zbrodni, które pisał specjalnym kodem, co żeby oni musieli się trochę pogłówkować, aby pokapować się co i jak. No pokręcony był okrutnie, ale to w końcu psychol, więc mu wypadało.
    Film średnio był fajny, bo dłuuuuuugi strasznie, a ja po 60 minutach w kinie się wiercić zaczynam i proces ten następuje z coraz większym nasileniem, a co za tym idzie moja cierpliwość i umiejętnośc skupienia się na opowiadanej historii maleje. No ale pomijam już sam fakt filmu, bo to nie z jego powodu przyszłam tu zrzędzić. Mój problem polega na czym innym zupełnie, a mianowicie na tym, że przyciągam w tym kinie wybitnie dziwnych osobników, którzy z uporem starają mi się uprzykrzyć pobyt w tym miejscu.
    Doprawdy zrozumieć nie potrafię, że za każdym razem gdy tam jestem, mam za współtowarzysza kinowej niedoli (albo doli, jak kto woli :P) dziwnego typa, który albo się rozpycha, albo chichra non stop nad uchem, albo je głośniej niż prosiak po tygodniowej głodówce. Wczoraj inaczej też nie było, bo zmagać się musiałam z gościem, który mi notorycznie na tym filmie spał i chrapał. No dobra… Przyznaję, że film był nudnawy, ale skoro chciał się przespać, to nie musiał przecież wydawać 16 zł na bilet. W domu wyszłoby mu taniej.
     W związku z powyżej opisywaną historią chciałam tylko powiedzieć, że chociaż raz, jeden, ale naprawdę jedniusieńki raz, życzyłabym sobie, aby w tym kinie usiadł koło mnie taki oglądacz filmowy, który sprawiłby, że nie byłabym  w stanie skupić swoich gałek ocznych na ekranie, a na nim rzecz jasna i to wcale nie z powodu jego dziwnego zachowania. Da się zrobić? Wątpię. Moja nadzieja w tym przypadku wylądowała już na oddziale intensywnej terapii i podłączona do respiratora znajduje się w stanie krytycznym. Albo zaszlachtował ją jakiś seryjny morderca i teraz sponiewierana płynie kanałem hen hen przed siebie.  ;)

P.S.
Po dłuższym zastanowieniu doszłam do wniosku, że chciałabym pracować w kinie w tym takim pomieszczeniu skąd wyświetlają filmy. Tam to dopiero muszą się dziać akcje. :P
 
                                                                                                                                                
                                                                                                                                          
 

O Marvinie…

   
    Wpadłam jedynie na moment, żeby pochwalić się nowym członkiem rodziny, który się dziś pojawił w naszym domu. Ten członek wstępnie nazywa się Marvin, choć jeszcze walkę będę musiała stoczyć ogromną, żeby jego imię zachować. Aaaa… Marvin to pies, bo zapomniałam dodać.
    Chłopak pojawił się u nas niespodziewanie, a właściwie został przygarnięty, bo ktoś go wyrzucił na ulicy jak zwykłą rzecz i biedak siedział na deszczu podobno przez kilka dni. No mówię Wam, że ludzkie okrucieństwo to mnie już przeraża, a jeszcze gdy ktoś krzywdzi w taki sposób psy, to mam ochotę mu zwyczajnie przywalić.  Gdybym tylko dorwała tego, kto wyrzucił Marvina, to moje humanitarne odruchy poszły by w odstawkę i z wielką chęcią przywiązałabym go nagiego do drzewa i kazała mu tam tak stać, jak on kazał temu pieskowi.
    Co się do cholery dzieje z tymi ludźmi? Jak można tak bez żadnych wyrzutów sumienia wyrzucić psa i zostawić go na pastwę losu? Przecież to nie rzecz! Gdy ten biedak dziś na mnie rano spojrzał tymi swoimi wielkimi oczami, to się zwyczajnie poryczałam, bo było w nich wszystko. Niech ktoś mówi co chce, ale psy maja duszę i to często o wiele czystszą niż ludzie.
    Dobra. Zmykam. Jestem właśnie na etapie wymieniania 854 imienia, które potencjalnie mógł mieć poprzednio Marvin, ale on przy każdym kolejnym patrzy na mnie z coraz większym politowaniem i jakby chciał powiedzieć „zamknij się w końcu wariatko i daj mi spać”. Dojdę do 900 i odpuszczę. Obiecuję ;)

   
   
 

O człowieku cierpiącym słów kilka :P

 
    Bo to było tak… Miałam przed chwilą wizję. I to w sumie nie byle jaką, a dotyczącą mojej przyszłości. Najbliższej. I była tak realna, że właściwie jestem przekonana, że wkrótce się w pełni zrealizuje. No a prezentuje się ona następująco (ta wizja w sensie)…

…. Pod mój dom podjeżdża piękne, duże, lśniące auto (coś w rodzaju limuzyny, ale nieco szersze i wyższe). Z samochodu wysiada cudowny, wysoki, świetnie zbudowany, niezwykle przystojny i seksowny brunet (trochę tu dodałam, ale to moja wizja w końcu).  Szczęście mnie ogarnia ogromne. Nie mija chwila, a z samochodu wysiada kolejny cudowny, wysoki, dobrze zbudowany i w ogóle super ekstra wystrzałowy pan. Też brunet. Żem zdumiona okrutnie tą ilością mężczyzn wyłaniających się przede mną, ale z nieciepliwością wyczekuję na dalszy rozwój wydarzeń. Jeden z przybyłych dżentelmenów posyła mi zniewalający uśmiech. Po nim drugi. Odwdzięczam się tym samym. Po chwili bardzo krótkiej panowie wyciągają z auta białą szatę. Doprawdy niezwykłą. Zbliżają się do mnie. Swoimi silnymi ramionami nakładają na mnie ową szatę, ręcę składają mi do tyłu i związują je, tworząc z przydługich nieco rękawów równą kokardę. Następnie zaprowadzają do auta i odjeżdżamy do pałacu z pokojami, w których nie ma okien, nie ma klamek, a lekarstwa podają regularnie…. No mówię Wam zamkną mnie z czubami w psychiatryku jak nic!

    Ja wiem, że mam ewidentne skłonności do dramatyzowania i histerii, ale każdemu w końcu cierliwość się kończy. Wspominałam ostatnio o  wizycie rodziny i z jej powodu właśnie tak dziś tu siedzę i skomlę. No bo ja już nie mogę. A i owszem dzieci to są fajne, ale tylko wtedy, gdy nie trzeba ich zabawiać, zwłaszcza w momencie gdy  różnica wieku pomiędzy zabawiaczem a zabawianym wynosi ponad 12 lat (celowo nie zdradzam wieku kuzynów, żebyście sobie szybko nie obliczyli, ile zabawiacz ma lat, czyli w tym wypadku ja :P ).
   Ogólnie rzecz biorąc to jestem cierpliwa jak niewiemco, ale zdecydowanie każdemu po całym dniu odpowiadania na pytania „co robisz?”, „co czytasz?”, „co to za strona?”, „jakie masz funkcje w telefonie?, „co ty tak piszesz w tym internecie?”, „skąd masz tyle płyt?”,  „pooglądamy film?”, „pogramy w coś?”, „przejdziemy się gdzieś?” mają prawo puścić nerwy, no nie?

    Drogi Czytelniku, który właśnie siedzisz w swoim jakimś przytulnym pokoju czy innym pomieszczeniu, otoczony wszechogarniająca ciszą i spokojem wiedz, że zazdroszczę Ci w tym momencie okrutnie. I proszę pomyśl przez chwilę o cierpiącej po drugiej stronie ekranu osobie, która, aby jakoś załagodzić swój narastający gniew, wyjmie zaraz z torebki głeboko ukrytego tam batonika marki Snickers i pochłonie go w całości. A potem poleci do sklepu po kolejne.