Brak tytułu

…                                                                                                                                                    

Z fragmenta dnia codziennego

 
    Moja głupota to granic nie zna. Wyobraźcie sobie taką sytuację. Zmierzacie w dowolnym celu i musicie przejść przez ulicę. Akurat zbliża się samochód, ale sobie myślicie – zdążę. Na samym środku tejże ulicy gubicie but (dodam, że prawy). Co robicie? Zapewne spierniczacie przed nadjeżdżającym samochodem bez buta, żeby swoją powłokę cielesną jako tako przed zniszczeniem uchronić. Logiczne to w sumie. A co robi w takiej sytuacji Marta? A no Marta z uporem maniaka zakłada ten but na samiutkim środeczku ulicy, żeby broń Boże pięknego klapka jej samochód nie zniszczył i wstrzymuje cały ruch kołowy. No jakby się uparł, to też logiczne.
    Na plażę się wczoraj spontanicznie wybrałam. W normalnym celu, żeby sobie chociaż w wodzie pochodzić i już nawet dobrowolnie zrezygnowałam z jakiego seksownego ratownika, co by mnie w razie jakiego utopienia z wody silnymi ramionami uratował. No ale ostatecznie nitki wyszły z tego plażowania, bo przeszkodził mi ON. Już od samego mojego wejścia się gapił wzrokiem jakimś dziwnym i bacznie obserwował. Nie powiem, piękny to był niebywale i rozmiarów też całkiem pokaźnych. Normalnie samiec jak marzenie, ale gatunek jakby nie mój i w dodatku ten jego wzrok nie sugerował sympatii względem mojej skromnej osoby. Łabędź. Wredne ptaszysko za grom mi nie dało wejść do wody i nawet moja subtelnie skierowana do niego prośba „a poszedł ty won” nie przyniosła oczekiwanego skutku. Nawet centymetr się nie poruszył, a jakakolwiek podjęta przeze mnie próba wejścia do wody kończyła się narastajacym wzburzeniem i wściekłościa w oczach ptaszyska, osiągając już taki szczyt, że najnormalniej w świecie pogonił mnie z plaży.
    Ja nie wiem, że mnie te stworzenia gęsiowate tak nienawidzą. No gęś, to gęś, złośliwe to z natury, więc dziwić się zbytnio nie ma czemu. Ale łabędź? Łabądek?
    Dżordż Dablju Busz przyjechał do naszego pięknego kraju. Tak sie cieszę. Tarczę  sobie zbudujemy i będziemy się z Ruskami rakietami napierdzielać, a Dżordż sobie w tym czasie grilla rozpali i w CNN przebieg wydarzeń obejrzy. W ogóle to ja proponuję, ażeby zamiast tej tarczy se taką katapultę zbudować i w razie zagrożenia jakiegoś, naszymi politykami jako amunicją się posłużyć. Bracia K. jako granaty, a Roman to już normalnie jako jaki pocisk dalekiego zasięgu by poleciał. Młoda to by w tym momencie powiedzała „LOL” i przy tym jej komentarzu pozostanę. :P

Modnie i swobodnie

   
    Się tak rano wczoraj obudziłam i pomyślałam… no znaczy rano… tak koło 10 było, żeby to może by tak w jakąś depresję popaść albo psychozę. Teraz tak modnie mieć swojego terapeutę. Tak z amerykańska bym lekko zaleciała, światowością i obyciem jakim. Problem jednak taki, że u mnie z popadnięciem w depresję, czy psychozę, to okrutnie ciężko by było, bo jednego dnia z wściekłością w oczach przeogromną pragnę zabijać i mordować, po czym już dnia następnego ze zdziwieniem stwierdzam, że w ogóle nie wiem, o co mi było kaman. Najwidoczniej mam słowiańską duszę i gdybym żyła w czasach odległych i była takim na przykład rycerzem, to jednego dnia wymordowałabym zapewne pół sporej wioski, a dzień potem na klęczkach do Częstochowy się udała, by złożyć jakie śluby czystości (broń mnie przed tym Panie).

    Ale ja do tej mody chcę wrócić. Szlag mnie trafia wielgachny, jak widzę, gdy dziewczyniska maści wszelakiej chodzą po ulicach w spódnicach i kalesrakach, zwanych powszechnie legginsami. No żeby jeszcze taki widok mi się pojawił raz na pół godziny. A tu nie. Jak kurna jakieś syjamskie siostry, co druga w tych legginsach, jakby je wszystkie chińczycy w pocie czoła dniami i nocami taśmowo produkowali. I ja się pytam: gdzie tu oryginalność i jako taki styl własny? No gdzie? A no nigdzie. MODA. I nieważne, że co 15 sekund się spotyka swoje lustrzane odbicie. I zupełnie nieważne, że żar z nieba się leje i upał taki, że muchy i inne robactwo w locie na zawał padają, ale ważne, że ma się te legginsy i w nich chodzi. No luz. Ja się nie czepiam, tak tylko się  zastanawiam, czy gdyby jaki człek inteligenty wymyślił, że od jutra se na głowę majtki zakładamy, to i te modne panienki by z gaciami na swoich główkach pomykały? Znając realia – oh z pewnością TAK.
       Ale żeby nie było… Ja też miałam legginsy :D W szóstej bądź siódmej klasie szkoły podstawowej. Tatuś mi kupił i zieloniutkie były jak najbardziej gotowa do uciech żaba w okresie godowym. Ze dwa razy je przywdziałam, bo chciałam być sexy, ale potem do mnie dotarło, że bardziej niż jakąś sexbombę, przypominam raczej pazia królowej Jadwigi i zrezygnowałam z raczenia ludzkości swoim wyglądem, tym bardziej, że takich, jak ja, to i na tamte czasy sporo było. Człowiek za młodu to durny i głupi, ale z wiekiem się niby mądrzeje, co widać zresztą na załączonym przykładzie. :P
    U mnie z modą to jest tak, że gdy masa chodzi  w czerwonym, to ja w tym swoim szarym, czy fioletowym będę łazić. I nie dlatego, żeby się wyróżnić, czy cuś. Ot tak zwyczajnie wiem, czego chcę i za grom nijaki w jakichś kalesrakach nie będę się przemieszczać, bo to niby modnie.

Trzcionkę se zmieniłam. :P

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                          

Rzeźnicki żywot

    Dostanę zaraz jakiegoś zawału, udaru, czy innego porażenia. Ogólnie wyzionę ducha i to nie z powodu podeszłego wieku, ale z tego powodu, że mnie normalnie coś strzeli i rozniesie. W zasadzie to już niemal ze 100% pewnością podjęłam decyzję o natychmiastowym zaprzestaniu zajmowania się tym, czym się zajmuję  i całkowitym poświęceniu się mojej nowej pasji, czyli zwyczajnemu mordowaniu ludziów. Zostanę jakimś zawodowym katem, albo rzeźnikiem. Ogólnie rzecz biorąc będę zła i to bardzo zła, z tendencją do naprawdę bardzo złej, a przy mnie taki Kuba Rozpruwacz to będzie normalnie pikuś.

    Ej no sory, ale ludzie to są popaprańce. Kosmici, że tralala. I że zawsze jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności JA muszę się z nimi zadawać. Jakieś zakompleksione zołzy, niespełnione życiowo wredne małpy, psychopaci, feministyczne nimfomanki, przydupasy, ci na „i”, maniakalne maniaczki czegoś tam i cała reszta pokrętasów ciągnie do mnie jak magnes. Już nawet się nie łudzę, że w najbliższej przyszłości coś ulegnie poprawie. Zwyczajnie se szykuję narzędzie, którym będę dokonywała tych wszystkich rzeźnickich wypraw. I nie ma mowy już o wynajmowaniu płatnych morderców. JA TO CHCĘ ROBIĆ SAMA.

    W swojej pracy powinnam się wykazywać spokojem, wyciszeniem i ogólnym zrównoważeniem psychicznym, a mnie coraz bardziej szlag trafia i sprawia, że wracam do domu naelektryzowana bardziej niż jakiś tam elektron, czy cholera wie co. I to wcale nie z powodu dzieci. Ale kit z tym. DAM RADĘ. Mam swój nowy cel życiowy i będę się go trzymać.

    W ogóle to chciałam powiedzieć, że mój wczoraj podjęty długotrwały plan samodoskonalenia zakończył się tegoż samego dnia, około godz. 19.00 czasu lokalnego. Wówczas przebywałam w sklepie z planem zakupu ubrań dla nowej Marty, czyli, że w kolorach do tej pory dla mnie niecharakterystycznych, czyli, że jakoś wściekle dających po oczach, no i zakup zakończył się wyborem odzieży w odcieniu czerni i szarości. I se tak pomyślałam wtedy, że za grom nie da się ze mnie tego popapraństwa wypędzić. Bo ja kurna kocham ten szary. I jestem złośliwa, niestabilna emocjonalnie, nadpobudliwa, rozchybotana. I wykazuję tendencję do zrzędzenia, czepiania i momentami dość częstymi odwala mi bardziej niż Romkowi Gie i Andrzejowi El razem wziętym, ale to JA. No więc zostaję przy swojej nadanej mi pierwotnie postaci, a jak komuś się coś nie ten teges, to przecież mnie sympatią jako taką obdarowywać nie musi i ogólnie może mnie omijać łukem szerokem. Nieudoskonalona i niewszystkomająca Marta powraca.

 P.S. Jak ktoś ma jakiegoś kogoś, kogo chciałby się ewentualnie pozbyć, to porszę mi tu tylko dawać imię, nazwisko i ewntualnie adres zamieszkania, żebym szukać za długo nie musiała. A w takim jestem nastroju, że śmiało mogę nawet i pół jakiego miasta wyciąć. A i proszę oglądać dzisiejsze Wiadomości. Całkiem niewykluczone, że coś będzie o mnie.  wrr 

Remament

    Ja mam problem z chłopami. Za cholere nie wiem już, kto jest indykiem, kto nie jest indykiem i czy czasem to ja sama nie jestem największym indykiem. Zdecydowanie za dużo czasu poświęcałam na roztrzyganie o czyimś indyczyzmie, bądź jego braku i dlatego póki sprawa nie stanie się dla mnie jasna, dobrowolnie i w pełni świadomie kończę z tematem. Przynajmniej na jakiś czas. Następuje więc oficjalny THE END tematu mężczyzn na tej stronie, ze szczególnym wskazaniem na indyków. Za każde użyte w przyszłości to słowo proszę mnie karać okrutnie w dowolnie wybrany przez siebie sposób.
    W ogóle to myślałam, myślałam, myślałam i wpadłam na pomysł, ażeby nieco popracować nad swoją popapraną osobowością. Cuś trzeba w końcu z tym zrobić, bo to się źle skończy. Nie wiem wprawdzie od czego taką wymianę osobowości (a może bardziej: udoskonalania) się rozpoczyna, ale ja postanowiłam ją rozpocząć od zmiany podpisu na blogu (Martynka iz ded) oraz uwaga… od pozbycia się kamienia w świetlicowym czajniku, bo to przecież też zawsze jakieś oczyszczenie. No dobra. Przynaję, że o mało nie pozbyłam się samego czajnika, ale ostatecznie żyje. W sensie, że ten czajnik. Po prostu nie jestem pewna, czy to coś, czego użyłam do odkamieniania było faktycznie odkamieniaczem. Głowy nie daję uciąć, tym bardziej, że saszetkę z czymś na kształt cukru wybrałam metodą losową spośród innych saszetek dostępnych na świetlicy. Była biała i na oko mniej więcej pasowała mi kształtem do pustego opakowania po odkamieniaczu, które gdzieś tam obok leżało. Już w dwie sekundy po zastosowaniu specyfiku wszystko pieniło się okrutniście, dymiło, wydawało dziwne dźwięki i zapachy, ale ostatecznie odczyściło czajnik, choć podejrzewam, że to coś byłoby  w stanie nawet oczyścić z rdzy Titanica. Z niepojętych dla mnie powodów żadne dziecko nie miało odwagi wypicia herbaty z wody zagotowanej w „nowym” czajniku, więc musiałam zrobić to sama. Jak widać na załączonym ekranie – żyję. Jeszcze, bo środek który był/nie był odkamieniaczem może  rozpocząć swoje niszczycielskie działanie po jakimś czasie. Póki co jest git.
    Mój podjęty właśnie proces samodoskonalenia pewnie będzie procesem niezwykle długotrwałym, a jego wyniki nieprzewidywalne. Strach się bać co z tego wyjdzie, ale coś tam zawsze wyjdzie. DAM RADĘ.
    Na koniec odrobina prywaty. Moja rozsądna i rozważna siostra, zwana Effką, bierze udział w konkursie, którego główną nagrodą jest podróż po krajach Ameryki Południowej. Jeśli wygra, to weźmie mnie z sobą, a ja, jak wiadomo, do Los Americos to zwarta i gotowa udać się w każdos momentos. Gdyby ktoś zapragnął pozbycia się mnie na parę tygodni, a może i na forever (bo niewykluczone, że zapragnę życia nielegalnego emigranta), to PROSZĘ udać się TU i oddać to i owo. Z góros muchos gracias Senioras y Seniores.
   

„Z kamerą wśród ludzi” – Technomaniak (odc. 1)

   Z wrodzoną sobie złośliwością  postanowiłam rozpocząć cykl mający na celu prezentację najbardziej typowych i charakterystycznych ludzkich społeczności. Na początek moja „ulubiona”- technomaniacy.

Techno – muzyka elektroniczna, składająca się z góra 4 dźwięków, co jakiś czas urozmaicona ozdobnikami przypominającymi beczenie dojrzałej kozy, stukot dzikich świń, piłowanie betonu lub blachy, dźwięków burczącego brzucha i rytmiczne uderzanie tłuczkiem kawałka mięsa (typu schaboszczak).

Technomaniak (technomłotus pospolitus) – osobnik płci męskiej bądź żeńskiej zatwardziale słuchający muzyki techno, żyjący według niesionej przez nią ideologii i nie uznający niczego innego.

Występowanie:
    Cały świat, ze szczególnym wskazaniem na rejony Europy Zachodniej. W okresach letnich masowo występujący na wyspie Ibiza. Przebywający we wszelkiego rodzaju klubach, dyskotekach i innych tego typu „baletach”.

Wygląd:
    Samiec technomanika jest stworzeniem bogato ubarwionym. Najczęściej spotkać go można w koszulach w zdecydowanie wyraziste wzory, dostrzegalne dla innych osobników z odległości 100 metrów. Dość często też przybiera koszulki, które muszą posiadać elementy odbijające światło i inne świecące w ciemnościach ozdoby nacielne i nagłowne. Upierzenie technomaniaka jest charakterystyczne i przyjmuje kształt czegoś na miarę zaczesu ala „piorun mnie właśnie strzelił”.
    Samice gatunku również przejawiają tendencję do wielobarwnych strojów, najczęściej jednak spotkać można okazy w jednolitym białym kolorze, bądź z jego zdecydowaną falbaniastą przewagą. Upierzenie podobnie, jak w przypadku samców, charakterystyczne z dominacją platynowych lub jasnożółtych piór. Na twarzy widoczne i kolorowe barwy wojenne. Cechą typową dla samic technomaniaka są długie szpony.
    Zarówno samiec, jak i samica, cechują się wrażliwym wzrokiem, toteż bez względu na porę roku i dnia spotyka się ich w oklularach przeciwsłonecznych. Porozumiewają się za pomocą nie tylko własnej mowy, ale też przy użyciu gwizdków zawieszonych na szyi.

Typowe odgłosy:
Jazdaaaaaaaaaaaaa!!!
Bawimy się, bawimy!!!!!!
Leeecimyyy!!!!!
Ła-py w góreeeee!!!!!
Manieczki!!!!

Sposób odżywiania:
    Technomaniak żeruje głównie w budkach i lokalach z napisem „Turecki kebab”, „Sułtan kebab” czy „McDonald’s” oraz u dostawców zwanych „dilerami”.

Cechy charakterystyczne gatunku:
    Młodsze osobniki technomaniaka większą część dnia spędzają w zbiorowiskach ludzkich zwanych szkołą, starsze natomiast wykonują czynności pracownicze w dowolnie wybranym przez siebie miejscu. Wieczorami ich aktywność wzrasta, a w okresie weekendu osiąga ona apogeum.
    Technomaniak jest stworzeniem wyjatkowo stadnym, toteż nigdy nie rusza na łowy bez grona swoich towarzyszy. Na miejsce polowań wybiera najczęściej bardzo licznie wypełnione zbiorowiska innych technomaniaków, podczas których może oddawać się charakterystycznym czynnościom gatunku, takim jak chociażby: rytmiczne wymachy kończynami górnymi i dolnymi, stąpaniem z lewej nogi na prawą i ruchem głowy w kierunku góra-dół.

    Sposób poruszania się technomaniaka jest specyficzny i pod względem stabilności nierówny. Za dnia porusza się dość płynnie i zwyczajnie, natomiast wieczorami i późną nocą jego ruchy stają się coraz bardziej chwiejne, zataczające i nierówne pod względem dynamiki. Osobnik technomaniaka dość szybko się męczy i co jakiś czas musi udać się na odpoczynek, najczęściej na łonie natury.
    Sposób rozmnażania gatunku jest prosty i w zasadzie dokonywany podczas wieczornych spotkań godowych, zwanych  „baletami”.

                                                                                                          Opracowała
                                                                                                          Marta G.   hehe