Moja lista ;)

    Ja wiedziałam!!! Ja zawsze wiedziałam!!! Wielokrotnie wspominałam, że bajki mają negatywny wpływ na rozwój psychiczny dziecka, a teraz mamy potwierdzenie. Pani Sowińska, rzecznik Praw Dziecka, mylić się nie może. Biedne dzieci od najmłodszych lat „faszerowane” są postaciami gejów, nieudaczników, zboczonych zwierząt, alkoholików, narkomanów. Patologia w czystej postaci. Jakiś przykład? A proszę bardzo:

1. „Smerfy” – Laluś, smerf z kwiatkiem za uchem, wiecznie chodzący z lusterkiem i jako jedyny nie bardzo interesujący się Smerfetką – GEJ I NARCYZ.

2. „Smerfy” – Smerfetka, jedyna przedstawicielka płci żeńskiej w wiosce zamieszkałej przez chłopców – NIMFOMANKA.

3. „Wilk i zając” – wiecznie ganiający za zajączkiem wilk wykrzykujący „ja ci pokażę”. A co niby pokaże??? Hmmm… – POTENCJALNY GWAŁCICIEL I EKSHIBICJONISTA

4. „Harry Potter” – no sory. Nieletni chłopiec będący pod wpływem tak silnych środków odurzających, że widzący potwory, smoki i w dodatku przekonany o swoich rzekomych czarodziejskich zdolnościach – NARKOMAN

5. „Kopciuszek” – bez własnego zdania, uległa, posłuszna, bez woli. W dodatku obdarzona wyjątkowo kiepskim gustem, co do wyboru partnera  – ŻYCIOWA KALEKA

6. „Kubuś Puchatek” – Osiołek Klapouchy, pogrążony w ciężkim stadium depresji, żyjący w poczuciu, że nikt go nie lubi, nikt go nie kocha, nikt go nie potrzebuje – SCHIZOFRENIK

7.”Batman” – niezrównoważony psychicznie człowiek myślący, że jest nietoperzem – PSYCHOPATA

8. „Gumisie”- całe stado małych misiów wiecznie będących pod wpływem soku z gumijagód, który był niczym innym, jak domowej roboty winem – ALKOHOLICY

9. „Myszka Mickey” – skoro to facet, to czemu „myszka”? Niczego nie da sie mu ukryć – TRANSWESTYTA

10. „Wędrówki Pyzy” – klasyk najbardzjej demoralizujących bajek na świecie. Zanim zaczęłam ją oglądać byłam normalnym, zrównoważonym dzieckiem. Potem chciałam tą Pyzę wyciągnąć z telewizora i zamordować. Nie udało się.

    Czy ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości, co do tego, że bajki promują przemoc, zboczenia seksualne, alkoholizm, narkomanię? Chyba zgłoszę się do pani Sowińskiej i podrzucę jej moją listę – „Listę Marty G.” Będę groźniejsza niż Gargamel, Księciunio i Toudi razem wzięci!
 

P.S.
Czy ktoś potrafi interpretować sny? Mój jest taki: „Kieruję pojazdem marki Fiat 126P. Czerwonym. Bardzo zniszczonym. Właściwie to gratem. Dziwię się, że w ogóle nim jadę. Podjeżdżam pod sklep spożywczy. Wysiadam. Szybkim krokiem wchodzę do środka. Kradnę skrzynkę jabłek. Wybiegam. Wrzucam ją do samochodu. Odjeżdżam.”   ooo

Summertime Xiang Po

    Mówiłam już kiedyś, że jest gorąco, prawda? Jest cholernie gorąco i naprawdę nie wiem, dlaczego ta zima wciąż nie nadchodzi. Powinni wreszcie wprowadzić słońcu jakieś ograniczenia w temperaturze, czy coś takiego. Że jeszcze nikt na to nie wpadł…
    W ogóle teraz sprawa tych ograniczeń… Na przykład w takiej Wenecji czy Nowym Jorku, wprowadzono całkowity zakaz poruszania się po mieście bez koszulek i z dość oczywistych względów ten zakaz dotyczy głównie mężczyzn. Obraz półnagich facetów paradujących topless po ulicach podobno nie wpływał korzystnie na wizerunek miasta i odstraszał turystów. Nie wnikam w sens tego twierdzenia, a jedynie chciałam powiedzieć,  że oficjalnie i stanowczo domagam się wprowadzenia takiego zakazu i u nas. Ja już mam dość widoku półnagich mężczyzn! Naprawdę, już nie chcę. Panowie, proszę się ubierać. 
    Jest gorąco i nie chce mi się opalać. Wpadłam więc na genialny pomysł, żeby zastąpić słońce brązującym balsamem do ciała, który według napisu na opakowaniu miał zrobić ze mnie „summer beauty”. No i zrobił, tyle że nie „summer beauty”, a „Chinese yellow something” i właściwie to mogłabym już spokojnie zmienić sobie imię na jakąś Xiang Po, Chang Li albo Zhou Yang i wszystkim wokół wmawiać, że „Xiang psijechala do Polska z daljekiego China zieby poznać ta kultura”.
    Szczęśliwym trafem losu, to brązujące coś daje się w miarę szybko zmywać i w związku z tym pozbywam się swojego nowego chińskiego wcielenia. Znając jednak życie i mnie, jeszcze pewnie zaliczę jedno podejście do tego „Chinese summer beauty”, bo z wyciąganiem wniosków u mnie dość ciężko chyba.
    Tak mi się właśnie coś przypomniało odnośnie tego smarowania różnymi specyfikami. W liceum nie chciałam ćwiczyć na WFie i wpadłam na szatański pomysł, żeby wysmarować się zielonym korektorem w płynie mamy, który stosowany w niewielkich ilościach ukrywa sińce pod oczami i takie tam (to informacja głównie dla Panów, bo na pewno nie kumają o co chodzi). No więc pomyślałam, że jak zastosuję to zielone coś na sobie, to wyjdę na bardzo bladą, a co za tym idzie osłabioną i chorą i rzecz jasna nie będę miała siły ćwiczyć. Jak pomyślałam – tak zrobiłam, tyle że nie wyglądałam na osłabioną, a na taką, która zaliczyła zejście z tego świata ze dwa dni wcześniej i jako żywy trup powróciła na ziemię. Przez 30 minut musiałam przekonywać panią od WFu, żeby nie wzywała pogotowia, że na pewno nie choruję na jakąś ciężką i nieuleczalną chorobę i że ogólnie żyję, choć na taką nie wyglądam. No. Marta potrafi. Ale to tylko tak na marginesie Wam powiedziałam. ;)
   

                       —-> „Marta” po chińsku… chyba

   

P.S. Dzięki za zgłoszenia do zorganizowanej grupy przestępczej kradnąco-napadająco-rabującej. Polacy to taki uczynny i zawsze chętny do pomocy naród.  ;)

Fachowców poszukuję

    Ej. No wiecie, co? Nawet nie spodziewałam się, że znajdzie się tylu chętnych płatnych/niepłatnych morderców. No dzięki serdeczne. ;)
    Swoją drogą, ta Polska to fajny kraj. Wystraczy jedno małe ogłoszonko w internecie, a chętnych do mordowania sporo. Tylko wiecie… dyskrecja mile widziana.
    Dobra. Tralalala, a ja mam tu kolejne zlecenie.
    Tak jakby szykuję napad na bank i zbieram ekipę. Ten napad to nie będzie taki zwykły, bo trzeba zrobić coś w brawurowym stylu. Nie jakieś tam potajemne przelewy z konta na konto, tylko porządna akcja – broń, maski, worki na pieniąchy, jakieś gazy, dymy… ogólnie ma być zawodowo i w wielkim stylu.

Od kandydatów wymaga się:
- odwagi (bez niej ani rusz),
- dyspozycyjności (nie wiemy jeszcze, kiedy ten napad),
- zręczności (wiadomo… złodziejskie rączki mile widziane),
- kondycji  (być może trzeba będzie trochę pouciekać),
- lojalności (żeby jeden drugiego nie sypnął),
- doświadczenia (nie wymagane doświadczenie z napadu na bank, ale ogólnie w kradzieży…jakiejkolwiek),
- znajomości obsługi shotgunów, czy jakiej innej tam broni palnej (w celu zastraszenia głównie). Ostatcznie ogólnie już jakiejś broni, byleby nie mieczy, no bo z szabelkami na bank to chyba nie bardzo, co? No chyba, że ktoś się uprze…),
- prawa jazdy (bo trzeba będzie szybko czymś spierniczyć z banku),
- siły fizycznej (żeby te wory z pieniąchami udźwignąć),
- uroku osobistego (żeby kasjerki/kasjerów przed akcją zbajerować),
- zdolności matematycznych (wiadomo, kasę trzeba będzie policzyć, a następnie sprawiedliwie rozdzielić – 60% dla mnie…dobra, dobra – żartowałam),
- odzieży w kolorze odpowiednim, czyli czarnym (żeby mi ktoś czasem w jakimś wściekłym żółtym, czy pomarańczowym na akcję nie przyszedł),
- biletu w jedną stronę do takiej Brazylii albo Meksyku (tam nas nie znajdą),
- fotogeniczności (jak już nas w razie co złapią, to chociaż na zdjęciach w kronice policyjnej trza ładnie wyglądać).

Korzyści:
- pieniąchy i możliwość szybkiego wzbogacenia,
- adrenalina,
- zabicie nudy i monotonii życia,
- willa, basen i te sprawy,
- ewentualnie cela, prycza, jeden kubek + talerz i szary mundurek więzienny, ale za to spokój, cisza, lenistwo i możliwość poznania nowych osób.

Zgłoszenia proszę kierować w miarę szybko. Liczba miejsc ograniczona, bo wiadomo, że autobusem wycieczkowym z miejsca akcji uciekać nie będziemy.

Myślotok

    Chciałam powiedzieć, że żyję. Przynajmniej w fizycznym tego słowa znaczeniu. Znaczy się oddycham i te sprawy.
    Kiedy pracuje się w takich miejscach, jak moje, od czasu do czasu otrzymuje się różnego typu „zesłania” na kursy i warsztaty, które mają podnieść kwalifikacje. I tak sobie teraz myślę, że ależ oczywiście… czyjeś może i podnoszą, ale moje? Wątpię. Zamiast skupić się na tym, o czym oni na tych spotkaniach pierniczą, oddaję się najróżniejszym rozmyślaniom. Takim jak te z wczoraj na przykład:

  • (Boszz… o czym ona mówi…),
  • (o czym ty mówisz kobieto… you talkin` to me?  YOU TALKIN` TO ME?!)
  • (nuuuuudzi mi się…),
  • (… ciekawe czy inni jej słuchają… ),
  • (co to jest ” diachronizm „… co to za słowo w ogóle? Albo od razu sprawdzić w słowniku, albo zapomnieć…),
  • (ale ona ma wory pod oczami… mam nadzieję, że w jej wieku nie będę takich miała),
  • (… co dziś na obiad…),
  • (ciekawe, czy ja też tak ruszam uszami, kiedy mówię…),
  • (muszę sobie kupić jedwab do włosów, bo mi się skończył),
  • (zaraz wyzionę ducha na tym krześle i pochowają mnie razem z nim… ciekawe, czy zrobiliby taką kwadratową trumnę…),
  • (źle, że ludzie umierają… Boszz… ja coraz starsza się robię… ile ja w ogóle już mam lat?),
  • (po śmierci to chyba lepiej się poddać kremacji…niektórzy się podobno budzą w trumnie…),
  • (grabarz to straszny zawód… bałabym się…),
  • (czemu myślę o śmierci…),
  • (matko, ona ciągle gada… gdybym była jej mężem to bym się zabiła własną pięścią, żeby nie słuchać tego paplania, a potem poddała kremacji, żeby Broń Boże jeszcze się nie obudzić),
  • (…rozumiem co trzecie jej słowo… chyba nie jestem na jej poziomie)
  • (grozisz mi?!, chcesz być fajna?!),
  • (która to godzina?!!!!),
  • (ja już nie mogę… Panie Boże, obiecuję, że jak ona zaraz skończy to ja będę dobrym człowiekiem).

    Do tej pory nie wiem, o czym był wykład, który miał podnieść moje kwalifikacje. Jedyny wniosek, jaki z niego wyniosłam jest taki, że po śmierci lepiej poddać się kremacji. Tak na wszelki wypadek, żeby nie obudzić się potem w trumnie. Fajnie, nie? Porażam.   ooo 

    Szatany z mojej świetlicy dostały się na konkurs piosenki. Wszystko ładnie, pięknie, gdyby nie fakt, że polegną na nim jak nic. Raz, że śpiewają tak, jakby słoń im na ucho nadepnął, a dwa, że nie ma kto ich śpiewać nauczyć. Ja odpadam. Mój wokal daleki jest od syreniego śpiewu, który wabił na pokuszenie marynarzy. Ba! Można nawet spokojnie zaryzykować stwierdzenie, że gdybym miała być tą syreną, to mój głos raczej sprawiłby, że marynarze z własnej, dobrowolnej i nieprzymuszonej woli wskakiwaliby do wody (w celu utopienia rzecz jasna), żeby nie słyszeć tych przeraźliwych dźwięków. No więc tak jakby chyba jesteśmy skazani na porażkę w tym muzycznym konkursie. Za Chiny nie nauczę ich śpiewać. Mogę ewentualnie nauczyć ich tańczyć, zadbać o wizerunek sceniczny i posłużyć się zasadą, że czego nie dośpiewają, to dotańczą i dowyglądają, ale stworzyłabym wówczas całe stado małych, dzikch Mandarynek. Za bardzo kocham muzykę, żeby do tego stopnia ją zbrukać.
    Mam problem. Jesli ktoś ma pomysł, jak z małych, nieutalentowanych wokalnie szatanów zrobić MEGA śpiewające dzieci, to proszę o wiadomość.

    Dziś dla mnie nastał sądny dzień, taka „rzeź niewiniątek”. Idę na uczelnię w celu załatwienia tego, co trudno będzie załatwić. Jeśli w najbliższym czasie nie pojawię się na blogu, będzie to oznaczało, że:

  1. Wskoczyłam do kanału (by się utopić oczywiście).
  2. Rzuciłam się pod pociąg/autobus/tramwaj/tira/helikopter.
  3. Uciekłam z kraju i mieszkam gdzieś na jakimś wygwizdowie, gdzie słowa „internet” i „komputer” nie istnieją.
  4. Wstąpiłam do klasztoru i na klęczkach przez 20 godz. na dobę odmawiam różaniec.
  5. Zgłosiłam się do Legii Cudzoziemskiej i z tatuażem na czole „Maszeruj Albo Giń” uczę się dyscypliny.
  6. Wyjechałam na misję do Afganistanu i uczę małych Afgańczyków śpiewać.
  7. Zapijam się w jakiejś meksykańskiej spelunie.

No. To by było na tyle.

Adios Mexico

    Normalnie Meksyk. Gorąco, parno, duszno. Ja chcę zimę. Chcę, żeby znów padał śnieg, żeby był lód, chcę znów jeździć na łyżwach. No może trochę przesadzam, ale zdecydowanie jest za gorąco.
    Dziś zdałam sobie sprawę, że kompletnie nie nadaję się do życia w moim ukochanym Meksyku. Nie zatrzymałyby mnie tam ani kultura Majów i perspektywa znalezienia ich skarbów, ani egzotyczne owoce, ani plaże, ani krajobrazy, ani tym bardziej meksykańscy muchachos. No nic. Upał i bezwiedne wylegiwanie się na słońcu niczym jaszurka, to zdecydowanie zajęcie nie dla mnie. Adios Mexico.
    Swoją drogą… wrcacając do tych skarbów… Na dnie Atlantyku odkryto kilkanaście ton złotych i srebrnych monet z czasów kolonizacji. Oczywiście już nie pokwapiono się, aby podać gdzie dokładnie ten skarb się znajduje, rzekomo w obawie przed atakiem szalonych i maniakalnych poszukiwaczów skarbów (czytaj: ja). Też mi coś. Łaski bez. Sama sobie znajdę to miejsce. Zbieram ekipę i jadę.
    No i odrobina „czarnego humoru” na koniec…
    Nie wiem, czy należy wierzyć w sny oraz ich trafność i możliwość spełnienia…. Mam nadzieję, że nie. Moja przyjaciółka właśnie podzieliła się ze mną „fantastyczną” wiadomością na temat swojego snu, w którym zginęłam w wypadku samochodowym i to bardzo tragicznym. No dziękuję bardzo. Że też nie ma o czym śnić, tylko o mojej śmierci. Nawet nie pociesza mnie fakt, że podobno bardzo za mną płakała. Boję się. Jak mam teraz wyjść na ulicę? Przecież to jakiejś nerwicy natręctw można się nabawić. Meksyk normalnie i to nie tylko na dworzu, ale też i w moim umyśle. Oszaleję.

 
Coś dla ochłody

Ostra jazda bez trzymanki

    Tak sobie myślę, że ten blog, to służy już nie tym celom, co powinien. Został powołany w celach oczywistych, czyli rozrywkowo-głupkowatych, a od czasu do czasu marudno-zrzędliwych. No i tak było, ale dziś już mamy tu ataki na mężczyzn, ataki na kobiety, na drób, Dody, Majdany, handel żywym towarem, jakieś ogłoszenia i inne takie. Słowem – wszystko. Dziś więc dla odmiany będzie o mnie. ;P
    Młoda i ja mamy takie hobby, które polega na jeżdżeniu na pojazdach dwukołowych, zwanych rowerami. Te nasze pojazdy to nie są takie całkiem zwykłe, bo jak już kiedyś informowałam, jeden nie miał hamulców, a drugi pedała. Na dzień dzisiejszy wszystkie pedały są na miejscu, ale hamulców jak było brak, tak brak jest nadal.
     Wczoraj zrobiłyśmy sobie mini trening przed większym wyjazdem. Młoda, dobre dziecko, zaoferowała mi do wyboru rower z lekko wyczuwalnymi hamulcami, bądź też ten, który nie ma ich zupełnie. Rzecz jasna wybrałam ten drugi, bo jak już mieć byle co, to lepiej nie mieć tego wcale. No i ruszyłyśmy. Zaskakujące, że jadąc pod górkę brak tego czegoś, dzięki czemu można w każdej chwili się zatrzymać, jest zupełnie niewyczuwalny. Ale z górki… No zapomniałam na śmierć, że nie mam tych… jak im tam… hamulców. W trakcie pędu zbliżającego się do prędkości światła zdołałam tylko usłyszeć przeraźliwy krzyk Młodej: „Maaaaaaartaaaaa!!!! Haaaaamuuuuj!!! Ty nie masz haaaaamuuuulcóóóóóóóóów!!!!” (ciekawe, czym miałam hamować), po czym zniknęła mi z pola widzenia i jej głos też stawał się coraz bardziej niewyraźny i niewyraźny i niewyraźny. Po pewnym czasie zatrzymałam się. Tzn. najpierw rower, a po nim ja. Ale żyję. Dałam radę.
    Chwilowo mam zakaz jazdy na rowerze, bo rzekomo stanowię niebezpieczeństwo na drodze. Też mi coś. Ja po prostu jeżdżę, że ziuuu. :P
    W ogóle, to wszyscy powinni sobie dobrowolnie usunąć hamulce z rowerów, bo dopiero wtedy czuć całą przyjemność z jazdy. Nie wiesz, czy zahamujesz, czy się zatrzymasz, czy przeżyjesz. Adrenalina. Kocham ten sport.

Ogłoszenie

din dong OGŁOSZENIE …

Mężczyzna poszukiwany

Ilość:
Dwóch (jeden dla mnie, drugi dla koleżanki – opcja czworokąta odpada :P ) Bliźniakom ze względu na pewne względy z góry dziękujemy.

Wymagania wewnętrzne:
Inteligentny, zabawny, zaradny, samodzielny, odważny, cierpliwy, niezależny, ambitny, z własnym zdaniem, nie dający się trzymać pod pantoflem, optymista (ewentualnie realista). Gburowaty, złośliwy, oglądąjący mecze, mający kumpli i pijący piwo (w umiarkowanych ilościach), lubiący adrenalinę i posiadający cechy lekkiego hazardzisty. Wydzierający się i przeklinający w kierunku telewizora. Żądny przygód i szalony. Posiadający hobby i nie poświęcający 100% uwagi swojej partnerce. Odporny psychicznie i ustabilizowany emocjonalnie.

Wymagania zewnętrzne:
FACET. Bez pasemek na włosach, odżywek na rzęsach, maseczek na twarzy, kremu pod oczami. Absolutnie nie posiadający lepszych kosmetyków ode mnie, nie golący włosów na łydkach i rękach, nie regulujący brwi, nie wstrzykujący sobie botoxu w celu wyrównania bruzd i zmarszczek na twarzy. Unikający w ubiorze wszelkich możliwych i dostępnych odcieni różu. Z odległości 100 metrów dający się rozpoznać, jako przedstawiciel gatunku męskiego. Poruszający się kanciasto i cudnie.

Przydatne umiejętności:
Gotowanie, obsługa odkurzacza, prawo jazdy, podstawowa znajomość elektromechaniki samochodowej. Umiejętność trzymania w ryzach niespokojnej, szalonej i lekko nieokrzesanej duszy typu ja.

Wnioski końcowe:
Poszukiwana nieco bardziej uwspółcześniona i ucywilizowana wersja Fred’a Flinston’a bądź Shreka.

Korzyści:
Gwarantowane!  hehehe 

(Przepraszam… odbija mi… ciekawe, czy to już ze starości, czy może raczej z powodu jakiegoś drobnego uszczerbku poniesionego na zdrowiu psychicznym w okresie dzieciństwa… jakieś spięcie w inkubatorze czy coś… luz… DAM RADĘ :P )  

Krótki zapis o niczym w sumie

    Matko, ile ja piszę na tej stronie. Gdybym była pisarką, pewnie smarowałabym powieści w typie „Trylogii” Sienkiewicza, więc należy się cieszyć, że za książki się nie zabrałam. Zresztą, ciekawe, o czym byłyby te książki….  Pewnie zrzędziłabym w nich tak, jak ostatnio tu. Smucę bardziej niż najbardziej nieszczęśliwi na świecie bohaterowie „Mody na sukces”.

    Hoduję sobie mrówki. Nie w domu, bo Młoda z rozważną Effką, powybijałyby mi je kapciami (jak to ma miejsce zwykle z pająkami), a w pracy. Tych mrówek na początku było 5. Pałętały się po podłodze i pomyślałam, że tak chodzą bez sensu, bo na pewno są głodne. Przed wyjściem z pracy rozsypałam im kiedyś trochę cukru. No i gdy przyszłam następnego dnia, to miałam tych mrówek już 50. Nie wiem skąd ich tyle, przecież od cukru się nie rozmnożyły. Najwidoczniej te moje musiały przyprowadzić swoich ziomów. No i teraz te 5 moich + 45 ich ziomków żyją w świetlicy koło kosza na śmieci.       
    Przyznam, że trochę ich za dużo, ale co ja mogę zrobić? Przecież ich nie pozabijam! Na pewno mają swoje rodziny, mężów, żony, dzieci, pracę, plany na przyszłość, marzenia… Nie mogę im tego wszystkiego odebrać. Więc tak sobie żyjemy. Tzn. obecnie już w nieco mniejszym składzie, bo kilka zostało rozgniecionych przez wielgachne stopy nieuważnych dzieciaków i 3 zjadła żywcem 8-letnia Daria
. Nigdy nie wybaczę temu dziecku tego, że zeżarła moich przyjaciół :P

    Na koniec jeszcze ciekawostka iście muzyczna. Mówi się, że muzyka nie ma granic. Patrząc i słuchając niejakiego Azisa z Bułgarii z pewnością można stwierdzić, że muzyka faktycznie NIE MA tych granic. Jeśli ktoś chce sobie obejrzeć największą gwiazdę bułgarskiej muzyki, to proszę kliknąć TU .Od razu jednak uprzedzam, że nie ponoszę odpowiedzialności za ewentualnie zniszczenia sprzętu komputerowego, jeśli kogoś widok „boskiego” Azisa i równie „boskiej” Desislavy doprowadzi do szaleństwa. Swoją drogą… przy nim „nasza” Dodzia i klan śpiewających Wiśniewskich wymiękają.

Zwracam się z uprzejmą prośbą

PODANIE

    Zwracam się z uprzejmą prośbą o całkowitą wymianę mojego losu i zastąpienie go innym, bardziej ułożonym, spokojnym i bezstresowym. Swoją prośbę motywuję chęcią ukojenia zszarpanych nerwów i zapobiegnięcia dalszej destrukcji psychiczno-fizycznej oraz uniknięcia sytuacji, w której zacznę biegać po świecie i mordować każdego, kto akurat stanie mi na drodze.

Liczę na pozytywne rozpatrzenie mojej prośby.

Z wyrazami szacunku,

Marta

    Mam już dość. Nie wiem dlaczego zawsze tak się dzieje, że jak jedna rzecz zacznie mi się nie układać, to po niej, jak naboje z kałasznikowa pijanego rosyjskiego żołnierza, lecą kolejne i kolejne. Cały potok niezałatwionych spraw, problemów, problemików. Przestałam już się nawet zastanawiać, kiedy wszystkie się skończą, a raczej bezwiednie czekam na kolejne. Bo jak znam życie – BĘDĄ kolejne i to w jeszcze większej ilości.
    Nie jestem smutna czy załamana, ale coraz bardzie zła, z rosnącą tendencją do wściekłej. Wkurza mnie praca, szkoła, ludzie. Zastanawiam się, kiedy wreszcie puszczą mi nerwy i uwolnię wszystkie swoje najgorsze instynkty. Pewnie niedługo. Jeśli wkrótce usłyszycie w telewizyjnych „Wiadomościach” o niezrównoważonej psychicznie kobiecie z obłędem w oczach, biegającej po terenie północnej Polski  z domowej roboty miotaczem ognia i podpalającej wszystko, co da się podpalić – to będzie o mnie!
    Nie dość, że muszę zmagać się z popierdzielonymi ludźmi, całą masą niezałatwionych spraw na uczelni, wiecznymi uwagami typu: „a nie mówiłam”, to jeszcze z wyjątkową częstotliwością przytrafiają mi się „przygody” w typie tej z wczoraj, kiedy to spiesząc się do pracy, bo oczywiście byłam spóźniona, wywaliłam się centralnie w kałużę wypełnioną luźnym i śmierdzącym błotem. Wściekłość pomieszała mi się z totalną rezygnacją, płacz ze śmiechem i będąc na skraju wyczerpania psychicznego, siedząc tyłkiem w błocie, pozmyślałam, że pierdzielę to wszystko! Skoro złośliwy los sprawił, że się wywaliłam akurat w takim momencie, to ja będę jeszcze bardziej złośliwa i pójdę do tej pracy upierdzielona w błocie, celowo „częstując” wszystkich ludzi dookoła swoim wściekłym i upapranym widokiem. Pomyślałam i zrobiłam.
   Jak już napisałam, moja cierpliwość i wytrzymałość psychiczna równa się powoli zeru. Zaczynam już nawet planować sobie swoje nowe życie, w którym zostanę klasycznym przypadkiem podsklepowego moczymordy, którego jedynym problemem będzie uzbieranie 8 zł na flaszeczkę alkoholu zwanego potocznie „jabolem”. Będę miała w sobie więcej siarki niż smok wawelski i może zostanę pierwszym na świecie człowiekiem świecącym w ciemnościach.