Mężczyzna – przedmiot pożądania :D

    OŚWIADCZENIE

„Oświadczam, że choć dzisiejszy wpis dotyczy mężczyzn i traktuje ich w sposób nieco „mięsny”, nie ma na celu pozbawiania ich wartości duchowych i skupiania się jedynie na walorach zewnętrznych. Autorka tekstu dostrzega piękno męskiej duszy i od czasu do czasu zdarza jej się być nawet bardzo zaskoczoną jej bogactwem i czystością.”


    Powszechnie twierdzi się, że to mężczyźni są wzrokowcami i że to oni ze szczególnym skupieniem kierują swoją uwagę na kobiecą „inteligencję”, która głównie skupia się na klatce piersiowej i tam, gdzie kończą się plecy. Niby tak, ale trzeba też otwarcie przyznać, że kobiety wcale nie są pod tym względem gorsze. Oczywiście, nie wszystkie się do tego przyznają otwarcie, co nie zmienia faktu, że korzystają z pewnego danego im przez naturę zmysłu, zwanego powszechnie wzrokiem. Czasem korzystają z niego naprawdę wybitnie.
     Uważa się, że dla kobiety liczy się przede wszystkim dusza, a nie ciało mężczyzny. W gruncie rzeczy to prawda. Chcemy kogoś inteligentnego, opiekuńczego, odważnego, wrażliwego, czułego, wiernego, itp. No tak. Ale jesteśmy też takimi samymi stworzeniami, jak panowie, w dodatku również obdarowanymi parą oczu, z których korzystamy. Pojawia się więc pytanie, na co szczególnie kierujemy wzrok patrząc na osobnika płci meskiej? Postanowiłam zorganizować małe badania na ten temat. Osobiście przepytałam znane mi kobiety, a wynik przedstawiam poniżej. Panowie, gotowi?
    Jak się okazuje, według rzetelnie i sumiennie przeprowadzonych badań, najbardziej atrakcyjne dla kobiet męskie części ciała to: pośladki, ramiona, plecy, klatka piersiowa, dłonie, kark, bicepsy, umięśniony brzuch. Ważna jest również twarz, oczy, włosy, wzrost i głos.
     W przypadku kobiet jednak, jak to często bywa, coś zależy od czegoś i jednoznacznie piekielnie trudno jest określić, jak taki idealnie zbudowany mężczyzna powinien wyglądać. No bo wśród testowanych na mnie kobietach, zdania były podzielone. Z jednej strony te mięśnie mają być widoczne, ale nie na mężczyźnie o wymiarach 2 metry na 2. Pośladki maja być jędrne i wyróżniające się, ale niezbyt obfite, no i niezbyt płaskie. Dłonie zgrabne, ale nie za małe i nie za duże. Brzuch ma być umięśniony, ale nie w typowy kaloryfer, a delikatny jego zarys (mięsień piwny jakoś nie znalazł zwolenniczek – no poza jedną). Twarz ma być atrakcyjna, ale nie klasycznie piękna, a raczej charakterystyczna. Owłosienie ciała względnie sensownie rozmieszczone. Włosy raczej krótkie i zdecydowanie w ciemnym kolorze. Zarost na twarzy dopuszczalny, ale taki jedno/dwudniowy. Głos głęboki i „przeszywający”. Sylwetka wysportowana (ale nieprzesadnie), wzrost widoczny (ale i nie za duży i nie za mały). Można byłoby w sumie wymieniać tak bez końca, ostatecznie utwierdzając się w przekonaniu, że kobiecie dogodzić jest jednak naprawdę trudno. Może więc zakończę na tym etapie.
    Jak już wspominałam badania przeprowadziłam na grupie znanych mi kobiet, w tym również na sobie samej. Moje typy najbardziej „gorących” części męskiego ciała nieszczególnie różnią się od reszty głosów, co nie oznacza, że są takie same. W sumie nie mam zamiaru kryć się z tym wszystkim i udawać, że Bozia nie wyposażyła mnie w narząd wzroku, więc się do wszystkiego przyznam.
    Osobiście uwagę zwracam na ładnie zbudowane ramiona i plecy oraz dłonie. Ważne są oczy (lekko nieśmiałe spojrzenie) i do tego koniecznie szelmowski, zawadiacki uśmiech. Nie jestem zwolenniczką metroseksualnych panów, a zdecydowaną i zdeklarowaną wielbicielką mężczyzn, którzy wyglądają, jak mężczyźni przez duże „M”, czyli tak „tygrysowato” (cokolwiek to znaczy).  A gdy ten „mój” Mężczyzna ma na sobie dodatkowo czarną, bądź białą koszulkę na ramiączkach, to jest lepiej niż dobrze (ewentualnie bluzę w kolorze będącym wynikiem wymieszania barwy białej z czarną – w odpowiedniej proporcji oczywiście)  ;) 
    Co jednak warto i trzeba koniecznie podkreślić, nawet najpiękniej zbudowany mężczyzna nic nie znaczy, jeśli natura nie wyposażyła go w dobrze funkcjonujący i sprawny mózg. Bez niego ani rusz! Noooo, ale jeśli ten mózg ukryty jest w ciele, na które przyjemnie się patrzy, to niczego więcej już chyba chcieć nie trzeba. Zresztą, jak to Babcia mawiała – „z charakterem spać nie będziesz” i tym optymistycznym akcentem zakończę dzisiejszy wywód.    papa  

   

Indyczyzm

   Uwaga. Lojalnie ostrzegam, że dziś jest kontrowersyjnie i jeśli ktoś już zdecyduje się na czytanie poniższego tekstu, to czyni to tylko i wyłącznie na swoją odpowiedzialność. Ewentualne uwagi, jak zwykle, mile widziane. No chyba, że mnie wcześniej szlag trafi i nie będę już nawet w stanie tych uwag przeczytać.

    Jestem zła! W sensie, że wściekła. Jestem wściekła jak cholera. I będę bo mi się tak podoba. A wszystko przez faceta, a dokładniej przez szanowanie nam panującego Pana Prezydenta K., albo Pana Premiera K. Nie wiem już przez którego, bo mam prawo się pomylić (żeby w tym kraju ludzie się musieli zastanawiać, czy widzą i słuchają prezydenta, czy premiera). No więc, ten jeden z Panów K. przemawiał wczoraj w TV. Przemawiał na temat bardzo niskiego, jego zdaniem, przyrostu naturalnego w Polsce. I tworzył jakieś swoje teorie, że to niby kobiety nie chcą rodzić dzieci z powodu złej sytuacji finansowej państwa, złej sytuacji polityki prorodzinnej, ogólnie słabej opieki, niewystarczającej liczby mieszkań, braku pracy i innych tego typu rzeczy.
    A ja tak patrzę na niego i słucham i szlag mnie trafia. Bo ja przepraszam! Ale z kim niby te kobiety mają mieć te dzieci?! No przecież nie ma z kim! Z indykami mają je mieć? Też mi zajebista perspektywa. Kiedyś kobiety nie miały szpitali, polityki prorodzinnej, mieszkały w szałasach i łupiankach, a rodziły dzieci bo miały porządnych facetów, a nie jakichś tam przydupasów.
    Ja nie mówię, że wszyscy mężczyźni w Polsce to indyki, ale drobiu przybywa w zastraszającym tempie i może tym problemem powinien zająć się któryś z braci K. Nie wiem już… Może jakieś szczepionki zacząć stosować na tą ptasią grypę, czy coś. No ja mam się nad tym zastanawiać?
    Świat indyczeje. Polska indyczeje. I to jest problem groźniejszy niż brak mieszkań i pracy. Niedługo już nie będzie miał kto mieszkać w tych mieszkaniach i pracować, bo kobiety sie wkurzą, uprą i wcale nie będą chciały mieć nic do czynienia z tymi tam.
    Jak już powiedziałam, jestem zła. I jak jeszcze raz których z Panów K. będzie kazał mi się przejmować niskim przyrostem naturalnym w tym kraju, to wyjdę z siebie i stanę obok.
    Boszzz… A może tylko ja dostrzegam indyki? Może ja mam napisane na czole coś w rodzaju „Skup indyków”, „Nie jesteś nic warty – zgłoś się do Marty!”, „Marta nic nie zgarnie, a indyka przygarnie”…

(Mogę tak jeszcze naprawdę długo, ale już koniec. Lekarz zabronił mi się denerwować.)

P.S. Jeszcze mały apel do Pana Prezydenta —> Mów żesz Pan szybciej i bez tych przerw, bo mnie normalnie coś trafia, jak muszę tak czekać 3 minuty pomiędzy jednym a drugim wypowiedzianym przez Pana słowem. Dziękuję.

Dzień dobry. Mam na imię Marta i jestem złośnicą (ta herbata, co miała mnie niby wyciszyć, to jednak za grom nie działa chyba).

GumiMarta

    Na początek chciałam coś powiedzieć (jakbym nigdy nie mówiła).
 Łuki nauczy mnie chwytu jiu jitsu (dodam, że bardzo skutecznego), więc się nie boję ;P
(Niewtajemniczone osoby proszone są o  zupełne zignorowanie tego zdania.)

    No a teraz przechodzimy do właściwej części wpisu…
    Gram w gumę. Na świetlicy z dziewczynkami (bo chłopcy jakoś nie chcą, nie wiem dlaczego). Właściwie to gram już od paru ładnych dni i zastanawiam się nad zawodowstwem. No bo dobra w tym jestem. Zresztą zawsze byłam, no ale teraz, że tak powiem, mam lepsze predyspozycje do uprawiania tego sportu. Razem z moją 13-letnią kumpelką z drużyny, nie dajemy szans innym zawodniczkom, co nie wszystkim się podoba, ale trudno. Prawdziwy talent zawsze się objawi.
    Wracając jednak do tej gry w gumę. To naprawdę całkiem niezły sposób na zachowanie dobrej sylwetki. Po 2, 3 godzinach skakania różnego rodzaju figur typu „piąteczki” (mój najsłabszy element), „zajączek” i „motylek” czuje się, że pracowały akurat te mięśnie, które pracować powinny.
    Hehe… Tak piszę o tej grze w gumę i przypomniało mi się pewne zdarzenie z dzieciństwa, w którym, rzecz jasna, musiałam wziąć udział. Jeśli ktoś już wystarczająco przeraził się moimi historyjkami z czasów pędraka, to proszę spokojnie ominąć ten fragment tekstu. A dla tych, którzy jednak wytrzymują, już mówię…  Mieliśmy w szkole podstawowej panią woźną, która nie dość, że była strasznie wredna, to na dodatek ciągle na wszystkich wrzeszczała, a co niektórych z wyjątkową przyjemnością lubiła ciągać za uszy (mnie nie). No i ta pani woźna, zamiast w miarę się nami opiekować na przerwach, niczym zawodowy terrorysta z Al Kaidy ścigała wszystkich na korytarzach szkoły, a nam (dziewczynkom) zakazywała gry w gumę, bo jej rzekomo tupałyśmy jak słonie, a ona potrzebowała ciszy i spokoju. Jednego dnia jednak pozwoliła nam grać w tą gumę i usiadła naprzeciwko nas na krześle, oczywiście co chwila wtrącając uwagi o naszych słoniowych skokach. No i tak gramy w tą gumę i gramy i w końcu przyszła kolej Martynki (mnie). Wychodząc z gumy jakoś tak przypadkiem ją puściłam (a dodam, że była bardzo naprężona) i owa guma strzeliła ruchem równoległym prosto w oko pani woźnej. Przysięgam, że to niechcący!!! Pani woźna nie pojawiała się po tym wydarzeniu w szkole przez jakieś dwa tygodnie,  a potem jak już przyszła, to z dziwnym opatrunkiem na oku. Dzięki Bogu, nic poważnego jej się nie stało. No, a że już pozwalała nam grać w gumę, to inna sprawa…

Hmm… piję tą magiczną, arabską herbatę i pracuję nad odpowiednimi mięśniami podczas skakania w gumę… Kurde, po dwóch miesiącach, to ja będę boska! Żart taki :P

Herbaciarskie tricki ;)

    Piję arabską herbatę. Właściwie to nie tyle arabską, co przyrządzaną po arabsku. Tzn. nie przyrządzaną po arabsku, bo Arabką nie jestem, ale według przepisu, jaki stosuje się w krajach arabskich. Znaczy się, że piję, tą herbatkę właśnie, w pewnym połączeniu. Połączeniu herbaty zielonej z miętą.
    Przyznaję, że moje zainteresowania robią się coraz bardziej dziwne, bo przechodzę od historii plemion afrykańskich, do historii Majów, poprzez psychopatycznych i seryjnych morderców, do życia biedronek i motyli, no a teraz „wylądowałam” na herbacie. Najwidoczniej muszę się interesować tym, czym inni rzadko kiedy się interesują.
    ALE. Wracając do tej herbaty. Ta arabska, którą teraz piję, ma podobno niezwykłe właściwości. Bo łączy w sobie to, co daje mięta (pobudzenie, energię, siłę witalną) i to, co zielona herbata (harmonię, spokój i prostotę ducha, a także wpływa zbawiennie na wygląd zewnętrzny). No i tak sobie pomyślałam, że teraz, po jakichś dwóch miesiącach picia owego specyfiku, będę żywiołowa i energiczna, jak arabska księżniczka i jednocześnie subtelna, wyciszona i piękna, jak japońska Gejsza. Nie no luz. Hmm… i pomyśleć, że wystarczy pić tylko codziennie zwykłą herbatkę, żeby być i piekną i mądrą. :P
    Swoja drogą, te arabskie księżniczki, to niezłe ziółka. Cwaniarki dowiedziały się jakoś, że mięta wpływa korzystnie na siłę witalną mężczyzn, bo to podobno całkiem silny afrodyzjak, i podstępem częstowały herbatką miętową arabskich żołnierzy (w wiadomym celu oczywiście). Hehe… szuje jedne. I jak tu ufać kobiecie?
    Kurde, dziewczyny!!! Do sklepu marsz po zapas miętowych herbatek!!!

Gdyby w razie kto chciał sobie zaserwować moją magiczną arabską herbatę, to oto przepis:

Składniki:

  • zielona herbata (na jeden kubek, szklankę)
  • mięta (najlepiej w dużych liściach, ale jeśli ktoś ma ekspresową, to też może być) sypiemy mniej więcej połowę tego, co  zielonej herbaty,
  • woda (co oczywiste) ale nie gotująca, tylko taka, która po zagotowaniu odstoi 5 minut.

Całość zaparzamy pod przykryciem jakieś 6 minut i gotowe.  :o)

Aha! No i nie musicie zalewać wodą do pełnego pełna. Ja tylko muszę :P
   
   

Znów chaotycznie, ale bardziej sensownie

    Dobra! Żeby jakoś w miarę sensownie zakończyć wątek z wczoraj, powiem tylko jedno – KIT Z TYM! Może i większość biegnie w tym samym kierunku, ale ja z nimi biec nie mam zamiaru. Idę w swoją własną ścieżką. No i inna też już nie będę. Jestem tym, kim jestem i DOBRZE MI Z TYM.
    Zmieniając trochę temat, od jakiegoś czasu zastanawiam się, po co właściwie ludzie piszą blogi. Może nawet nie tyle ludzie, co ja. To pewna forma sprzedawania siebie, dobrowolne pokazywanie innym swojego małego świata. Taki internetowy reality show. I przyznaję, że trochę się przeraziłam, bo zdecydowanie nie jestem osobą, która wpuszcza do tego swojego świata wiele osób. Nie mam po prostu potrzeby mieć 1500 znajomych i spokojnie wystarczy mi paru. No ale wracając do blogu… Doszłam do wniosku, że można go porównać do domu. I to, że pokazuję komuś, jak wygląda ten mój dom, nie oznacza wcale, że wszystkim pozwolę w nim zamieszkać i obejrzeć go dokładniej. Myślę zresztą, że chyba wszyscy piszący blogi i inne tego typu rzeczy myślą podobnie.
    Ok. A teraz właściwa część dzisiejszego wpisu. Nie wiem, jak Wy, ale ja nie lubię tego Pana. Wiem, że mamy demokrację i że większość wybiera i decyduje. Na tym to przecież polega. Nie oznacza to jednak, że się z tym muszę zgodzić. No i się nie zgadzam. Nie głosowałam na tego Pana, więc właściwie to nie jest mój prezydent. On po prostu rządzi krajem, w którym mieszkam.


    Panie Kaczyński – oficjalnie, w pełni zdrowa na ciele i umyśle oświadczam, żeś Pan nie jest moim prezydentem. I może mnie Pan… pocałować :P

 

Spieprzaj dziadu!

(i pomyśleć, że od razu mi lepiej ;P )

Kilka chaotycznie wypowiedzianych myśli

    Kiedy patrzę na swoje zdjęcia z dzieciństwa, to dochodzę do wniosku, że się wcale nie zmieniłam. No może poza tym, że trochę urosłam. Dusza pozostała jednak wciąż ta sama. Wciąż mam ochotę grać w gumę, zjeżdżać na sankach, rysować dziwne stworzenia, wygłupiać i śmiać tak głośno, że wszyscy ludzie dookoła patrzą się na mnie, jak na wariatkę. Zachowałam w sobie tą dziecięcą wesołość, poczucie humoru, wielki optymizm, ale też i lekką naiwność i wiarę, że wszystko można zmienić, że każdego da się uratować i że każdy człowiek jest dobry, trzeba mu tylko podać rękę.
    Będąc małą dziewczynką koniecznie chciałam zostać lekarzem, żeby wyleczyć z  choroby swojego dziadka. Dziś nie jestem lekarzem, ale wciąż mam potrzebę ratowania innych. Czasem za wszelką cenę, wbrew nim samym. Czasem za bardzo poświęcając samą siebie i niczego nie oczekując w zamian. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Patrząc na współczesny świat i styl, w jakim się teraz żyje – chyba jednak  źle. Zdecydowanie mi to nie pomaga, a nawet można spokojnie zaryzykować stwierdzenie, że utrudnia życie.
    Wpojono mi wartości i zasady, które mnie jakoś ukształtowały i według których teraz żyję, czasem nawet nieświadomie. Powiedziano mi, że mam być uczciwa, szczera, że mam pomagać innym, bo inny człowiek liczy się bardziej niż cokolwiek innego na świecie. Powiedziano mi, że mam być wierna sobie. No i staram się taka być. Tylko, że czasem dochodzę do wniosku, że to właściwie się nie liczy. A jeśli się nawet liczy, to zdecydowanie nie jest w modzie. Dziś powinno się biec ze wszystkimi w jednym szeregu. Gonić za jak największą nagrodą, nie patrząc na niszczone po drodze „przeszkody”. Ważne, żeby dobiec i zgarnąć od życia jak najwięcej. A ja nie biegnę, bo nie chcę biec. Nie potrzebuję. Wpojono mi przecież, że liczy się drugi człowiek i że mam być wierna sobie. Jestem i pewnie będę. Nawet jeśli wciąż przychodzi mi za to płacić.

 

W rozmiarze XXS

    Kobiety lubią mieć obsesję na punkcie swojego wyglądu, ze szczególnym wskazaniem na wagę. I ta obsesja z czasem się rozwija, poszerza i staje się wręcz maniakalna. Moja mama się odchudza. Każdy, kto kiedykolwiek żył w towarzystwie osoby odchudzającej się, doskonale wie, co w takiej sytuacji czuje osoba, która się nie odchudza. Na półkach, w szafkach kuchennych i innych częściach mieszkania można m.in. natknąć się na:

  • chleb ryżowy (koła o wyglądzie styropianu),
  • chleb otrębowy (prostokąty o barwie trocin),
  • niejaka maca czosnkowa (dziwnie przypominająca wyglądem materace plażowe w kolorze kości słoniowej),
  • otręby luzem (przysięgłabym, że to podściółka dla królika),
  • herbata ze skrzypu, skórek jabłka i cholera wie, czego jeszcze,
  • herbata „Figura 1″ i  „Figura 2″,
  • herbata czerwona (o wybitnym aromacie siana bądź skoszonej trawy, która ileś tam sobie odleżala na trawniku),
  • jogurty bez cukru, bez owoców, bez tłuszczu (jogurty bez jogurtu),
  • śmietana odtłuszczona i wszystko inne też,
  • woda niegazowana (od bąbelków się tyje),
  • ćwiczenia Jane Fondy na pośladki, brzuch, ramiona, uda, biust, mięśnie tylnie, przednie, mięśnie środkowe, boczne i mięśnie powiek,
  • kremy wyszczuplające, żele spalające tłuszcz, maście antycellulitowe,
  • wielkich rozmiarów waga łazienkowa (oczywiście elektroniczna, bo tylko ta prawdę powie),
  • ulotki i pierwsze plany o zajęciach aerobikowych,
  • szok, zdziwnienie, przerażenie i spojrzenie pełne wyrzutu na pytanie „mamo chcesz chipsa?”.

    No i co ma zrobić w takich warunkach osoba, która się nie odchudza? Dziś się już naprawę wkurzyłam i na znak prostestu zjadłam te koła styropianowe, materace plażowe i prostokąty z trocin. Trochę dziwnie się po tym czuję, ale im więcej tego będę jeść, tym mniej zostanie na półce.
    Nie wiem, po co komuś potrzebna ta obsesja na punkcie odchudzania. Jeśli odchudzanie ma przyczynić się do zmniejszenia problemów zdrowotnych, to ok. Ale żeby wbić się na siłę w ubrania w rozmiarze XXS, to chyba jednak lekka przesada. Moja koleżanka (mama przy niej, to amatorka) kilka razy w ciągu tygodnia chodzi na aerobik, na salsę, jogę, biega, ćwiczy w domu. Czyta tylko i wyłącznie książki o tematyce odchudzania i zna na pamięć wartość kaloryczną każdej znanej ludzkości potrawy. Nie je posiłów poza śniadaniem, nie tknie słodyczy, ziemniaków, makaronu, białego pieczywa, ciast, ciasteczek, mięsa, soli, cukru. Wszystko jest odłuszczone i bez kalorii. No litości.
    Dobra, przyznaję się. Mnie może i łatwo tak się mądrzyć, bo nie tyję, co nie zmienia faktu, że ludzie przeginają z tym odchudzaniem. Idę wypić mamie tą sianową herbatę i dokończyć styropiany. Pozdro.


SchizoMarta

    Każdy człowiek ma dziwne przyzwyczajenia, nawyki, które towarzyszą mu przez całe życie i z których czasem nawet nie zdaje sobie sprawy. Ja też. No może z tą różnicą, że ja ze swoich dziwnych przyzwyczajeń w pełni zdaję sobię sprawę i co najważniejsze – pielęgnuję je w sobie. W końcu to moje nawyki.
    Ponieważ ostatnio powróciła historia mojej herbaty, postanowiłam zrobić małą listę swoich dziwnych zachowań, i jak to zwykle bywa, podzielić się nią publicznie. Może nie powinnam tak otwarcie przyznawać się do tego i owego, ale to w końcu prawda, której się nie wstydzę, więc lecimy…

Lista dziwnych zachowań Marty:

  1. Herbata – herbata w kubku musi być zalana wodą zawsze do pełna. Ale nie do takiego niepełnego pełna, ale do granic możliwości. Jeśli w trakcie przemieszczania owej herbaty z kuchni do pokoju, bądź z blatu na kuchenny stół, odrobina wody się wyleje (co z niezrozumiałych przyczyn dzieje się za każdym razem), zawsze wracam z kubkiem i dolewam wody do ponownego pełna.
  2. Kubek – oprócz herbaty, od czasu do czasu, zdarza mi się wypić kawę. Kawa jednak, oprócz tego, że zalana do pełna, koniecznie musi być w czerwonym kubku Nescafe. Z innego nie jestem w stanie wypić, bo mi nie smakuje. W czerwonym kubku jest najlepsza i jeśli nie ma kubka – nie piję.
  3. Woda – nie zasnę, jeśli przy łóżku nie będzie stała szklanką z wodą. Nie potrafię w jakiś miarę racjonalny sposób wytłumaczyć do czego potrzebna mi ta woda w szklance w nocy, bo jeśli już się jej napiję, to tylko raz, ale bez niej nie usnę.
  4. Okno – okno przed zaśnięciem muszę mieć zawsze otwarte, żeby wpadło mi do pokoju świeże powietrze, bo jak go nie będzie, to ja się uduszę i umrę.
  5. Płyty – wszystkie płyty i single na półce mam poukładane według daty ich wydania.
  6. Klucze – zanim wyjdę z domu do pracy, 3 razy sprawdzam, czy mam klucze bądź telefon w torebce. Właściwie, to już przy drugim „sprawdzeniu” doskonale wiem, że wszystko znajduje się w środku torebki, co nie powstrzymuje mnie oczywiście przed zajrzeniem do torebki po raz trzeci. Od tak, dla pewności.
  7. Długopis - mam jakąś dziwną obsesję na punkcie długopisów. Mam ich sporo, wciąż przybywają nowe, a nie korzystam z nich praktycznie wcale. Muszę je jednak mieć, bo są mi potrzebne. Nie wiem jeszcze do czego, ale może kiedyś się dowiem.
  8. Gazety – z wielką przyjemnością robię własną korektę różnych twarzy z okładek gazet. Poprawiam makijaż oczu, podkreślam brwi i usta, dorysowuję okulary, wąsy, zęby… Z mężczyzn robię kobiety, z kobiet – mężczyzn…
  9. Rysunki – bazgrolę. Na kartkach, gazecie, paragonach, biletach… Najczęściej rysuję bukiety kwiatów, gwiazdy, słońce + chmury, kapelusze, domki, biedronki, motyle i męskie twarze, koniecznie z wąsami i brodą.
  10. …. – a nie powiem :P


No. To by było na tyle. Jeśli ktoś ma inne, dziwne upodobania, to proszę śmiało. Nie krępujmy się. Ja nikomu nie powiem.

Dwie połówki dowolnego owoca

    Uwaga. Będzie o miłości. Ale nie słodko i brazylijsko, tylko po polsku – szaro i prawdziwie.
     Podczas sobotniego grill party w trakcie interesującej rozmowy z przyjaciółką, padł temat jej nieszczęśliwej miłości do byłego faceta, z którym rozstała się prawie 2 lata temu, a którego nie może zapomnieć, bo jak sama mówi, do końca życia będzie żyła ze świadomością, że to był ktoś, kto idealnie do niej pasował. Jej druga połówka. I tu przypomniała mi się legenda o dwóch połówkach pomarańczy, które jakaś tam bardzo zła księżniczka (czy inna czarownica), przekroiła na pół i rozrzuciła (w niewiadomym celu) po świecie, żeby się szukały.
    Pierwszy wniosek, jaki nasuwa mi się po przypomnieniu tej opowieści jest taki, że ta zła księżniczka miała nieźle nie ten teges pod beretem i była typowym przykładem socjopatki z jakimiś zaburzeniami sadystycznymi, no bo po jaki grom rozkrajała te biedne pomarańcze, potem rozrzucała i kazała im siebie szukać. Zgroza.
    No ale jest i drugi wniosek. Jeśli teoria o dwóch połówkach pomarańczy (jabłka, brzoskwini – takie opcje też się pojawiają) jest prawdziwa, no to mamy nieźle przerąbane! Właściwie to mamy przerąbane do kwadratu. No bo jeśli faktycznie każdy człowiek ma tą swoją drugą połówkę, którą wcześniej wspomniana socjopatka nam załatwiła, to gdzie one wszystkie są?! Skąd tylu samotnych, nieszczęśliwych, tkwiących w dziwnych związkach, nie do pary – ludzi? Gdzie, jak długo, mamy szukać tej drugiej części owoca. I co zrobić w momencie 85 urodzin, rozglądając się dookoła i zdając sobie sprawę, że przez całe życie szukaliśmy kogoś, kto miał być naszym uzupełnieniem, a którego jak nie było, tak nie ma.
     Co na przykład zrobić w sytuacji, jeśli dajmy na to, czyjaś połówka zginęła w wypadku, została księdzem, albo z dożywotnim wyrokiem siedzi w więzieniu? Co ma zrobić jej właściwa połówka? Albo do końca swojego istnienia będzie żyć w samotności, albo zwinie komuś innemu połówkę (mimo, że nie bdzie jej pasować), tamta znowu komuś innemu i wyjdzie na to, że pomarańcz będzie żył z jabłkiem, jabłko z brzoskwinią, a brzoskwina kurna z jakąś cytryną. I ileś tych tam owoców będzie nieszczęśliwych, bo ktoś został księdzem albo poszedł do więzienia. Ja podziękuję.
    Bajki, legendy i mity wpływają negatywnie na rozwój dzieci i należy ich całkowicie zakazać. Historyjki o dwóch połówkach też. To pięknie tak sobie marzyć o kimś idealnym, o drugiej połówce nas samych, ale gdy jednocześnie człowiek zda sobie sprawę z tego, że przy poszukiwaniu owej połówki, można zrobić jeden, mały krok nie w tą stronę i tym samym ostatecznie stracić szansę na jej odnalezienie, to historyjka i marzenia nie robią już się tak fajne.
    Osobiście nie umiem rozstrzygnąć teorii o dwóch połówkach pomarańczy. Nie chciałabym się tylko obudzić za 40 lat ze stwierdzeniem, że skręciłam tam, gdzie nie trzeba, albo że pozwoliłam komuś zabrać mi mojego owoca. Nie wiem, jak jest ostatecznie z tymi pomarańczami. Wiem tylko tyle, że nie lubię księżniczek.

P.S. Jutro będzie o herbacie :P