Jaja

    Dziś już prawdziwych jaj nie ma! Z jakże wielkim utęsknieniem patrzę wstecz, kiedy jajo, to było jajo. Dziś, prawdziwe rasowe jaja, zostały zastąpione tanimi imitacjami, które ani nie zdobią, ani tym bardziej nie nadają się do użytku. Same jakieś takie wydmuszki, jaja drewniane, jaja plastikowe, jaja dmuchane. A jaja powinny być prawdziwe – kurzeńcze.

    W sklepach wielkanocny klimacik, stąd ta mała refleksja o jajach.

    Swoją drogą… Elbląg to niezwykłe miasto. Do każdego zakupu powyżej 50 zł, elbląski Kaufland dokładał harcerza albo marynarza gratis – do odebrania przy kasie. Tak myślałam przynajmniej… Okazało się jednak, że ten marynarz tylko pakował zakupy…  No nic, nie można mieć wszystkiego. Zresztą, ja za marynarzami i harcerzami jakoś nie ten teges.

…… tam, gdzie upadają anioły – Sulava Club Novakowo …….

   

Me & my boyfriend

    No dobra! Powiedziałam mamie, że oficjalnie szukam męża i że w związku z tym dałam ogłoszenie w internecie. Myślałam, że zobaczę na jej twarzy: szok… przerażenie…zdziwienie…a ona nic! Najwidoczniej nie jestem już w stanie jej zaskoczyć. Po latach obserwacji, zdążyła się przyzwyczaić do tego, że jestem w stanie wymyślić i zacząć realizować nawet najbardziej dziwny i szalony pomysł.
    No ale wracając do tematu…  Mama odetchnęła z ulgą. Po wielokrotnych próbach umawiania mnie z synami kolegów z pracy, synami koleżanek z pracy, młodszymi kolegami z pracy – jest szczęśliwa. Jej córeczka rusza w teren. Na poszukiwania męża (ten mąż cały czas dla zmyły). Coś czuję, że chyba niechcący rozkręciłam niezłą aferę. Cała ja.
    Ale… tak sobie myślę. Swoje niebywale dopracowane CV, zamieszczę w gazecie ogólnopolskiej, takiej jak „Fakt”, „Dziennik, „Gazeta Wyborcza”, bo w sumie jak już szukać tego męża, to na całego. Potem ewentualnie wykupię czas antenowy przed serialem „M jak miłość”, zrobię spot reklamowy, ze sobą w roli głównej oczywiście, i akcja pt. „Cała Polska szuka męża Marcie” ruszy pełną parą.
    Na początek jednak przygotuję specjalną wersję mojego CV do druku, zamieszczę na blogu, a wszystkich odwiedzających poproszę o wydrukowanie i rozdanie znajomym. Może uda mi się za jednym podejściem:
1. Znaleźć fajnego męża (przypominam – słowo „mąż” cały czas dla zmyły)
2. Zaoszczędzić czas.
3. Zaoszczędzić pieniądze potrzebne na zamieszczanie ogłoszenia w prasie i telewizji.
    Tak w ogóle… Przecież my niby żyjemy w XXI wieku, no nie? Że jeszcze nikt nie wpadł na pomysł, aby otworzyć jakiś salon z mężczyznami. Szło by się do takiego miejsca, zamawiało wysokiego, seksownego bruneta, a następnego dnia, mój zamówiony brunet, koniecznie obwiązany czerwoną kokardą, zostałby dostarczony do domu. Boszz… ile to zaoszczędzonego czasu i jaka wygoda. Pomarzyć dobra rzecz…

Dobra… kurna idę, bo zaczynam gadać od rzeczy.

P.S.
    Znów dziwne odkrycie związane z jedzeniem… Miałam dziś wyjątkowo do pracy na 10.00, a że mnie trudno zrozumieć, że jak się ma na 10.00, to trzeba być w pracy na 10.00, a nie o 10.00 wychodzić z domu… więc, w ramach śniadania kupiłam w sklepie zupkę chińską (tzn. chińską, ale produkowaną w Radomiu). Ogórkową. Patrzę na spis zawartości tej ogórkowej, a tam, pomijając E100, E471, E550, erytrozynę, biksynę, rubiksantynę, wodosiarczan potasu, para-hydroksybenzoesan i kwas propionowy, widzę sproszkowany sok z ogórków kiszonych (zawartość 2,6%). Niee noo. A mówią, że największym wynalazkiem ludzkości jest koło. Taaa… koło. A sok z ogórków tak sobie sproszkować, to jest dopiero wyczyn.
    Swoją drogą jednak, to zbrodnia, żeby tak ogórkową w wersji sproszkowanej sprzedawać i to jeszcze z makaronem. Toż to czytsta profanacja. Świat oszalał.

…… tam, gdzie upadają anioły – dni 2 ……  hehe  hehe

  

Mąż poszukiwany

    Szukam męża*. Tak ogólnie rzecz biorąc chyba dam ogłoszenie. Albo jeszcze tak ogólniej rzecz biorąc, zostawię swoje CV w jakimś biurze matrymonialnym. Kurde, jak ono by wygladało…  Może tak:

CV

Imię: Marta
Wiek: yyy… 22 lata :P
Wzrost: 179 cm
Waga: normalna (ostatnio trochę spadają mi najciaśniejsze portki, ale to pewnie chwilowe)
Kolor oczu: zielone
Kolor włosów: ciemny brąz
Znak zodiaku: strzelec (albo śliwka – w innym jakimś horoskopie)
Narodowość: polska (z domieszką francusko-niemiecką)
Wykształcenie: wyższe (no dobra… wywalono mnie z uczelni za nieoddanie w terminie pracy mag. i muszę powtórzyć semestr, ale w końcu go ukończę i pracę też oddam… kiedyś)
Stan cywilny: panna (co oczywiste)
Stan zdrowia: zdrowa na ciele i umyśle!… yyyy… a już nic, nic… tak tylko westchnęłam
Dzieci: 20 (ale tylko przez 4 godziny 5 razy w tygodniu)
Wyznanie: katolickie (no dobra, nie chodzę do kościoła, ale w dzieciństwie dużo się modliłam i nawet ze 3 razy odprawiłam mszę… A! No i kościół potrafię narysować jakby co…)
Hobby: a tak tylko sobie słucham po cichutku jakiejś tam muzyczki
Sytuacja finansowa: ustabilizowana (no dobra… póki mnie nie złapią za spóźnianie i niszczenie przedmiotów w miejscu pracy)
Nałogi: brak (no dobra… obecnie na odwyku antyczekoladorogaloholizmowym – od 6 dni jestem „czysta”) Nie palę.
Cechy charakteru: Boszzz… no jakieś tam mam, różne ogólnie.
Przydatne zdolności, umiejetności i talenty, itp.:
* gotowanie – specjalizacja we wszelkich potrawach płynnych, a już mistrzostwo w zupie ogórkowej, pomidorowej, jarzynowej, krupniku, kapuśniaczku i innych takich, bądź potrawach wykonanych z warzyw i owoców. Coś nie umiem za bardzo babrać się w mięsisku, ale się nauczę!
* sprzątanie (znajomość obsługi urządzeń typu: odkurzacz, pralka, kuchenka gazowa, patelnia…),
* znajomość zasad piłki nożnej, ważniejszych drużyn, nazwisk piłkarzy (w niektórych przypadkach nawet krótkich życiorysów – Alessandro Nesta na przykład),
* odróżnianie podstawowych gatunków piwa,
* umiejętnośc doboru kolorów stroju i nie tylko,
* nie oglądająca melodramatów, seriali brazylijskich i nie wzdychająca do grających tam Fernandów, Miguelów i innych Alejandrów,
* nie czytająca romansów,
* średnio lubiąca zakupy (tzn. lubię, ale nie w towarzystwie mężczyzn – bo to się nie zna i zrzędzi),
* talent artystyczno-taneczny (szkolony 2 lata), który można wykorzystać…,
* talent aktorski (szkolony 2 lata), którego chyba nie można wykorzystać,
* talent muzyczny, specjalizacja gra na pianinie (szkolony 2 lata) (no dobra, już nie pamiętam, jak się gra na pianinie, ale za to wybitnie potrafię grać na nerwach – to już właściwie wirtuozeria).
Doświadczenie małżeńskie:
no właśnie żadne (co może działać na moją korzyść, bo naiwnie nie wiem, w co się pakuję)
Idealny partner:
* nie pomyli mojego imienia z nazwą jakiegoś piwa,
* od czasu do czasu wypuści z rąk DCD (Domowe Centrum Dowodzenia), na które składa się: pilot od telewizora, pilot od odtwarzacza DVD, pilot od wieży stereo,
* nie będzie prał swoich skarpetek w moim szamponie do włosów, bo niby w Loreal’u  lepiej się pierze,
* nie nie będzie smarował butów moim zajebiście drogim kremem do twarzy, bo rzekomo lepiej się wtedy błyszczą,
* nie zrobi sobie za dużych odgnieceń na tyłku od zbyt długiego przesiadywania na kanapie przed telewizorem,
* nie będzie pierdział i bekał w rytm hymnu narodowego ani żadnej innej pieśni patriotycznej,
* nie dostanie ślinotoku na widok chodzącej mu po ekranie telewizora Pameli Anderson czy Dody, przynajmniej w mojej obecności,
* nie będzie próbował udowodnić wszystkim na parkiecie, jaki to z niego Travolta, zwłaszcza, gdy w rzeczywistości jego taneczne pląsy bardziej przypominają ruchy padaczkowe, bądź dzikie konwulsje na skutek silnego zatrucia,
* będzie się mył, czyścił zęby i czesał, a także przynajmniej w okresach świątecznych używał perfum, męskich oczywiście,
* no i jak bardzo będzie przystojny, tak bardzo może być głupi —> tu żartowałam.

* Słowo „mąż” zostało użyte w ramach zmyły… No tak, żeby babcia z dziadkiem nie krzyczeli….

    Ciekawe, ile zdrowych na ciele i umyśle (w tym wypadku bardziej na umyśle) osobników płci męskiej byłoby w stanie odpowiedzieć na coś takiego….
    Boszzz… Ze mną już naprawdę jest źle. Gdybym w razie kiedyś doczekała się takiego momentu i faktycznie rozesłała takie CV, to proszę śmiało do mnie strzelać. Najlepiej z broni maszynowej albo jakiego innego granatnika.

W kąciku plastycznym kolejna praca (raczej już ostatnia, więc luz):

—–> TU<—–

Kur**, cofam się chyba w rozwoju…  :/

EFFKA, WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!!!!!  prezent  tort   hehe  martini  martini  martini  martini   sceptyczny   martini  martini  martini  martini   nie powiem  martini  martini   martini  martini   ble 

 

…… tam, gdzie upadają anioły – dni 3 ……   hehe 

„Widziała to, czego nie może”

    Ja chyba mam sepsę (ból brzucha), sars (bóle mięśniowe, osłabienie i gorączka), gąbczaste zwyrodnienie mózgu (degeneracja mózgu), autyzm (kiwam się na krześle), zespół stresu pourazowego (poczucie odrętwienia i przytępienia), nerwicę natręctw (wymyślam sobie choroby), nerwicę lękową (boję się tych chorób) i coś tam jeszcze. Ogólnie rzecz biorąc – choruję na pewno. Nadeszła wiosna, słońce świeci, a ja na nic. Najchętniej oddałabym nasze rowery na złom (co nie byłoby głupim pomysłem, biorąc pod uwagę ich stan techniczny), do śpiewających ptaków strzelała z wiatrówki (gdybym takową posiadała), powyrywała wszystkie kwiaty, a zazieleniające się drzewa oblała benzyną i podpaliła. No cholera jasna! Czuję się, jak jakiś sflaczały balonik, który kiedyś latał, a teraz leży na podłodze, bo zeszło z niego powietrze. Ktoś powinien porządnie trzepnąć mnie w głowę, żebym się otrząsnęła.
    Zmiana tematu…
    Szatany ze świetlicy nie przestają mnie zadziwiać. Właściwie to ostatnio nie szatany rodzaju męskiego, a te w wydaniu żeńskim. Mała Basia* (lat 8) przychodzi do mnie i oznajmia:
- Wie pani… Laura* (lat 7) widziała to, czego nie może…
- Yyy… tzn. czego nie może widzieć, a widziała? – pytam.
- Bo ona zapukała do okna, a tam kąpał się chłopak.
- Yyyy…
- No i jak ona zapukała, to on się odwrócił.
- Yyyyy…
- No i widziała, to czego nie może.
- Yyyyyyy… (po raz kolejny)… To po co pukała? To źle, że pukała. Nie powinna pukać (cholera, zacięłam się z tym „pukaniem”).
- No bo była ciekawa.
    Te dzieci… Niby to młode, durnowate, ale kumate, jak nic. Ja w ich wieku twierdziłam, że „chłopaki są głupie” i w życiu by mi nie przyszło do głowy, żeby pukać do czyjegoś okna w celu zobaczenia „tego, czego nie mogę”. Choć, nie oszukujmy się, wszystko wciąż przede mną i zawsze mogę zacząć pukać do tych okien. Boszz… o czym ja gadam w ogóle. ALE… (dobra, nie kończę lepiej).
    Jak już mówiłam na początku, mam sepsę, sars, gąbczaste zwyrodnienie mózgu i inne takie, czyli jestem chora i mam prawo gadać od rzeczy i majaczyć.
    Aha! W ramach wyjaśnień… Nie strzelałabym oczywiście do ptaków z wiatrówki, nawet jeśli takową bym posiadała. Jestem chora, ale nie do tego stopnia. No a poza tym strzelać nie umiem, choć bardzo chciałabym się nauczyć.

* imiona zostały zmienione w celu ochrony danych osobowych


…… tam, gdzie upadają anioły – dni 4 ……

Bułka z makiem

    Czasem dziwne i najbardziej zaskakujące wnioski przychodzą zupełnie niespodziewanie…
    Jadłam na śniadanie bułkę z makiem. W sumie nic szczególnego, nie powinnam się chwalić. Ale… podczas jedzenia wspomnianej bułki, zrodziła mi się myśl. Polska to jednak dziwny kraj. No bo mak uzależnia. Produkuje się z niego opium. A to narkotyk. Wszyscy wiedzą. No więc…  zakazują hodowli tej roślinki, likwidują plantacje, a dosypują tego do bułek i sprzedają w sklepie. O co chodzi?!
    Panie Giertych… do listy swoich zakazów obowiązujących w szkołach, koniecznie powinien Pan dopisać całkowity zakaz sprzedawania bułek z makiem. Dziwne, że ktoś tak inteligentny, jak Pan, jeszcze na to nie wpadł. Czy ja naprawdę muszę myśleć za Pana?
    Swoją drogą… znów się zastanawiam… Ile takich bułek z makiem trzeba by było zjeść, żeby poczuć na własnej skórze narkotyczne działanie maku? 500? 600? 1000?! Nie wiem…

…… tam, gdzie upadają anioły – dni 5 ……

Nie mów…

Nie mów…
że jest zbyt dobra,

zbyt miła, że nie zasłużyła.
Nie mów…
że jest wyjątkowa,
niepowtarzalna, jedyna.
Nie mów…
że jest silna,
mądra i że wytrzyma,

bo ilekroć będzie to słyszeć

i tak nie zobaczy jej w lustrze.
Nie mów…
niczego z tego nie ma.

…… tam, gdzie upadają anioły – dni 6 ……

Life is just a game

    Jestem zmęczona. Bardziej psychicznie niż fizycznie. Czuję się jak jakiś ludzik w grze komputerowej. Takiej z wieloma poziomami do pokonania, a ja zatrzymałam się gdzieś przy końcu drugiego i nie mogę przejść dalej. Widzę na swoim ekranie, że pozostało mi jedno, ostatnie życie, bo wszystkie inne straciłam w trakcie gry. Wskaźniki mojej żywotności pokazują coraz mniej… poziom tolerancji – jakieś 20%, poziom cierpliwości – 18%, poziom wyrozumiałości – 24%, poziom wiary – 13%…, a wciąż muszę biec przed siebie, omijać przeszkody, skakać przez przepaście i z mieczem w ręku zabijać złe smoki i potwory, których nie interesuje mój kończący się pasek energii.
    Nieraz udaje się wyjść z tej sytuacji, dostając jakiegoś bonusa w postaci nowego życia, albo chociaż otrzymując uzupełnienie wyczerpanych poziomów żywotności, poprzez zebranie odpowiedniej liczby leżących na ziemi monet, gwiazdek, czy czegoś podobnego. Wszystkie najwidoczniej jednak musiałam wykorzystać w poprzednim poziomie gry, bo w tej niczego takiego nie widzę. Zawsze też można wpisać specjalny kod, znaleziony w sieci, który pozwoli zachować nieśmiertelność, ale powiedzmy, że obecnie gram bez możliwości dostępu do internetu.
    Smoków i potworów coraz więcej, a mnie kończy się broń, kończy się czas i kończy się energia. Co dalej:

ANOTHER LEVEL
czy
GAME OVER?

Nie ma jego, nie ma mnie…

    Los wielokrotnie udowadnia, że jeśli zdobędzie się coś, co staję się dla nas czymś, bez czego nie potrafimy żyć, to zawsze wydarzy się coś, co sprawi, że zostaje się pozbawionym tego, bez czego tak bardzo nie potrafi się żyć…

    No właśnie… Coś takiego po raz kolejny i mnie się przytrafiło…

    Nie będę już więcej analizować wszystkiego. To nie ma sensu. Jedyne co mogę powiedzieć, to tylko tyle, że straciłam coś, co dla mnie było wszystkim…

    Dzięki NIEMU każdy dzień miał sens. Dzięki NIEMU czułam, że żyję. Dzięki NIEMU świat był piękniejszy, a ja miałam odwagę codziennie wstawać i mierzyć się z wszelkimi przeciwnościami losu. Wiedziałam, że ON jest i że cokolowiek się wydarzy, ON zawsze będzie przy mnie…

    Odszedł nagle i niespodziewanie. Pozostawił po sobie tak wielką pustkę, że żadne słowa nie są w stanie jej opisać. Z każdą chwilą ból i rozpacz stają się coraz trudniejsze do zniesienia, a tęsknota, jaka po NIM pozostała, rozszarpuje mnie od środka. Świat zaczął istnieć w momencie, kiedy ON się pojawił i zginął, kiedy ON odszedł…

    Cały czas zadaję sobie pytanie – jak mam dalej  żyć? Jak żyć bez NIEGO…

    Gdzie jesteś mój rogaliku? Byłam w sklepie. Wczoraj kupiłam ostatniego. Dziś już nie będzie kolejnego.
   
    Dobra! Już więcej nie mogę. Jaja sobie oczywiście robię z tym rogalikiem. Fakt jest taki, że wszyskie już wykupiłam, ale przywiozą mi kolejne, więc luz.

    Nie o tym zresztą miałam pisać.

    „Urzekła mnie Twoja historia”…
    Polska Miss Polonia, niejaka Marzena Cieślik, na zawodach Formuły 1 w Australii, spotyka niejakiego Flavio Briatore – miliardera i playboya w wieku… powiedzmy zaawansowanym. Pan Flavio dostrzega Panią Marzenę, a Pani Marzena dostrzega Pana Flavio. Następnego dnia cała prasa pisze tylko o tym: „Żadna polska Miss nie zaszła tak daleko”, „Flavio zamienił jej życie w bajkę”, a Miss Cieślik z chęcią opowiada gazecie: „Z dziewczyny z małego miasteczka stałam się gwiazdą. Czułam się jak księżniczka”.
    Taaaak… jak księżniczka. Tylko co mnie to obchodzi? Oczywiście mogę nie czytać, jeśli mnie to nie interesuje, ale to i tak niczego nie zmieni.
    Co za pokręcony świat. Wystarczy pokazać się w towarzystwie podstarzałego, ale bajecznie bogatego playboya i już się jest bohaterem narodowym państwa typu  Polska. No litości. Jeśli za główny cel życiowy i największy sukces każdej kobiety w tym kraju, stawia się poderwanie bogatego faceta, to ja podziękuję. Wolę już ten swój szałas w Meksyku.
    Choć, z drugiej strony, otwarcie trzeba przynać, że to nie wina ani gazet, ani państwa, tylko samych kobiet, które dla pieniędzy zrobią wszystko. No a skoro wciąż wiele jest pań łowiących „złote rybki”, to gazety mają o czym pisać.
    Najbardziej jednak irytujące i niesprawiedliwe jest to, że faceci dość często mierzą nas wszystkie jedną miarką. Trudno im zrozumieć, że nie wszystkie interesujemy się połowem „złotych ryb”, bo po prostu „wędkarstwo” nie dla każdej z nas jest interesujące.
    Kit z tym. Wkurzyłam się. Idę sobie.
     

Czekoladorogaloholizm

    Uzależnienie – nabyta silna potrzeba wykonywania jakiejś czynności lub zażywania jakiejś substancji, której niespełnienie odczuwane jest jako szereg dolegliwości fizycznych i psychicznych.
    Cholerne czekoladowe rogaliki! Od ponad dwóch tygodni nie mogę spokojnie przejść obok sklepu. Widzę, że tam są i czekają na mnie. No a skoro czekają, to muszę przecież po nie iść. No i chodzę. Boszzz… jeszcze nie zdążę dobrze wejść do sklepu, a ekspedientka wie, po co przylazłam. Żeby one (w sensie, że te rogale) jeszcze były w innych sklepach, a nie tylko w tym jednym. Owszem… przyznaję… odczuwam lekkie zawstydzenie codziennie kupując wspomnianego czekoladowego rogalika, ale to silniejsze ode mnie. Jestem uzależniona jak nic! „Dzień dobry. Mam na imię  Marta i jestem czekoladorogaloholiczką”. Kit z tym. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, który nie jest od czegokolwiek uzależniony.
    Swoją droga, ludzie to typy nałogowców. Nie wszyscy oczywiście uzależniają się od czekoladowych rogali, ale od czegoś tam zawsze. Już nie mówię o alkoholu, czy innych „zadowalaczach”, ale o takiej telewizji na przykład, ulubionego serialu, aktywności sportowej (i nie tylko), obgryzania paznokci, zapachu, kawy, herbaty, ryżu… gier, internetu, zakupów, solarium, telefonów komórkowych, innej osoby nawet. Ogólnie, człowiek może się uzależnić od wszystkiego. No ale jeśli to uzależnienie nie wpływa jakoś specjalnie negatywnie na ich życie i innych ludzi, to nie ma się czym przejmować. Przecież na coś trzeba umrzeć ;) Żartowałam, walczmy z uzależnieniami. Tylko nie z moim. Moje jest fajne.
    Wracam do kącika „Urzekła mnie Twoja historia”. Tym razem – Roman G. Pan Roman bowiem, co chwila zaskakuje niesamowitymi pomysłami. Po mundurkach, ewolucjach matury, przemianie szkoły w dom Wielkiego Brata, doczekaliśmy się pomysłu o całkowitym zakazie wspominania w szkołach o homoseksualizmie.
    Taa… Panie Romanie. Ma Pan rację. Jak nikt nie będzie o tym gadał, to „problem” sam zniknie. Boszzz… Jak Bozia rozdawała rozum, to Pan chyba dwa razy po co innego ustał.
    W celach wyłącznie rozrywkowych, wszystkich wielbicieli Pana Romana zapraszam TU. Można sobie pograć. Mój obecny rekord – 272 km/h. Jeśli ktoś ma lepszy, to proszę o informację. Zawody se zrobimy :P

    No i jeszcze kącik poetycki. Na specjalne zamówienie nieco dłuższy utwór wierszowany. Młoda masz, co chciałaś. :P

Młoda

Młoda, Młoda niesamowita dziewczyna
gdy to czyta pewnie radosna jej mina.
O napisanie tego wiersza wielce prosiła,
a ja to zrobiłam, bo jestem dla niej miła.

Jakiś czas temu porządnie mi podpadła,
kiedy mojego brązowego Blenda ukradła.
Od teraz wie, że robić tego nie może,
bo nic jej na mój gniew nie pomoże.

Wczoraj frytki mi na śniadanie strzeliła,
choć już wieczorem w kuchni zbiła. ;P
Bo Młoda choć siłę i krzepę ma wielką
bronić się potrafi nie słowami, lecz ścierką.

W rowerowych kursach udział ze mną brała,
dopóki przy rowerze nie pozbyła się pedała.
Od tamtej pory jeździć na czym nie mamy
i wielce obie z tego powodu  ubolewamy.

Na GG długa Młodej kontaktów lista,
a najdłużej widnieje na niej satanista.
I choć trochę tego z Effką  nie chcemy,
na pewno szybko się go pozbędziemy!

De end

P.S. Właśnie po raz 465 wysłuchałam piosenki „Dance with my father” Luther’a Vandross’a. Dopisujemy do listy ludzkich uzależnień? Dopisujemy! :o)

Znikam…

Gdzie diabeł nie może, tam Martę pośle

- Zrobi pani popcornuuu?
- Nie ma problemu.
    Ustawiam mały garnek na palniku, wlewam olej, wsypuję ziarnka kukurydzy. Luzik. Każdy potrafi. Po kilku minutach świetlicę ogarnia gęsta, biało-szara powłoka o charakterystycznym, wyrazistym zapachu, energicznie wypełniająca wszystkie pomieszczenia i natrętnie rzucająca się w oczy. DYM. W popłochu otwieram okna i drzwi, bo w każdej chwili mogą włączyć się czujniki przeciwpożarowe i cała okolica, łącznie z dyrektorem i strażą pożarną, dowie się, że pani (czytaj: ja) znowu robiła popcorn. Boszz… Zapomniałam na kilka minut, że robię ten popcorn. Każdemu może się zdarzyć.
    Nie wiem naprawdę dlaczego, takie rzeczy zawsze muszą się mnie przytrafiać. Gdybym miała podliczyć wszystkie straty, jakie z mojej winy poniosła świetlica, to… no właśnie:
- popękane dzbanki (sztuk 2) (dzbanki były do zimnych płynów, a nie do gorących),
- nadpalona miska (stała za blisko palnika),
- zjarane głośniki  (podłączone nie do tego gniazdka),
- wgniecenie w ścianie (przy przesuwaniu stolika się niechcąco wgniotło),
- odłamane drzwiczki w szafie (za bardzo je najwidoczniej otworzyłam),
- zbite doniczki (sztuk 2) (wąskie parapety – miały prawo spaść),
- połamane krzesła (sztuk 3) (najwidoczniej za słabo sklejone),
- spalony pistolet na klej (ponownie podłączony nie do tego gniazdka, co potrzeba),
- przepalony odkurzacz (źle zamocowany worek),
- zaplamiony dywan (farba się wylała),
- połamany dziurkacz i zszywacz (nie wiem dlaczego… najwidoczniej za słabe tworzywo),
- stłuczone szklanki (sztuk 4) (o matko… każdemu się tłuką, w końcu to szkło – na szczęście),
- przypalony garnek (zapomniałam, że robię ten popcorn),
- dziesiątki zagubionych w akcji długopisów, mazaków, kredek, temperówek i innych takich (może szatany je kradną?),
- uschnięte kaktusy (stworzyłam im naturalne, pustynne warunki klimatyczne, a one mięczaki padły).

Więcej szkód nie pamiętam, ale za wszyskie bardzo żałuję.

    Że oni jeszcze mnie chcą na tej świetlicy… Spóźniam się dość regularnie (ale max. 10 minut), wychodzę wcześniej (przestawiłam świetlicowy zegarek o 10 minut do przodu i dzięki temu zyskałam trochę cennego czasu – dziwne, że nikt do tej pory się nie zorientował).
    Gdyby kiedyś na tą stronę trafił któryś z pracowników świetlicy, to proszę o zachowanie spokoju. To na pewno nie chodzi o mnie. To ktoś inny. No bo gdzie ja i takie numery?! Nigdy w życiu! 

P.S. Znów się chwalę… W kąciku poetyckim krótki utwór wierszowany z okazji wiosny… 

Powoli zieleni się krzaczek,
po ziemi popierdziela robaczek,
na niebie latające  kaczki,
z muszelek wyłażące ślimaczki,
na trawie śmigające biedronki,
zamiast ciepłych gaci – koronki.
I choć pogoda naprawdę żałosna,
nadeszła w końcu moja wiosna!

 hehe