Sportsmenka

    Postanowiłam zostać sportsmenką. Właściwie, to może nie od razu sportsmenką, a nauczyć się grać w tenisa stołowego, czyli niejakiego ping-ponga. Szatany (czytaj: dzieci) regularnie grają w to na świetlicy i co chwila wyzywają mnie na pojedynki, więc żeby nie dać im satysfakcji, postanowiłam zostać mistrzem w tej dyscyplinie. Takim co najmniej, jak Lucjan Błaszczyk. A co!
    Pierwsze lekcje mam za sobą. No i …. co to w ogóle za sport?! Zupełnie bez sensu. Paletki zdecydowanie za małe, piłeczka też za mała, stół za wielki i jeszcze jakaś siatka na środku. A do tego te zasady? Że niby tu musi się odbić raz, bo jak nie, to punkt dla przeciwnika. Kogo obchodzi, ile razy się odbija? Ważne, że odbija w ogóle. No porażka.
      Przyznaję jednak, że odnoszę pierwsze sukcesy w tej dyscyplinie – trafiam w piłeczkę…. od czasu do czasu. A do tego te ruchy…(moje oczywiście)… jakbym co najmniej cierpiała na jakiegoś typu porażenie mięśni czy czegoś tam. Ogólnie, na jakieś porażenie na pewno. Bez komentarza. Szatany obiektywnie stwierdziły, że „pani gra, to połączenie tenisa ziemnego z grą w badmingtona” oraz, że „nawet ksiądz gra lepiej od pani”. No grejt. Pewnie jeszcze w sutannie. Księża na pewno grają w ping-ponga w seminariach, więc co się dziwić. (Kurde, trochę dwuznacznie to zabrzmiało :P ). Wracając jednak do moich umiejętności tenisowych, trzeba przyznać, że się rozwijam. Jak papier toaletowy – kawałkami, ale regularnie.
    Gdyby w razie co nie wyszło z tenisem stołowym, zawsze pozostaje mi kariera łyżwiarki. Cholera, mam stresa w związku z wyprawą na lodowisko. Ja już ewidentnie panikuję. Za grom nie umiem jeździć. Ale nic, może nie będzie tak źle. Wyjdę na lodowisko z gracją i od razu wywinę swojego pierwszego w życiu tulupa albo ritbergera i będzie git. Ciekawe, ile kosztuje sztuczna szczęka? Nie ma co jednak dramatyzować. W bieli dość korzystnie wyglądam, więc strój „a la mumia” (dodam, że wykonany z gipsu) będzie dla mnie jak znalazł… :/
    Dziś imieniny babci, czyli spotkanie rodzinne część któraś tam. Wiem, o co mnie zapytają. O uczelnię oczywiście. Podobno ludzie, gdy kłamią, patrzą w lewą stronę. Jedyna rada dla mnie – „Nie patrz w lewo! Nie patrz w lewo! Nie patrz w lewo!”. Już jestem ugotowana.  ble  gun 

   

Prawnik, łyżwiarka i inteligencja

    Nie ma co, zapowiada się tydzień pełen wrażeń. Ostatecznie trzeba załatwić sprawę uczelni i mojej eksmisji z tegoż miejsca. Jestem w trakcie przygotowywania pełnej pasji mowy obronnej i silnych argumentów ją potwierdząjących. W sumie spośród wszelkich możliwych i sensownych przyczyn, z powodu których nie mogłam oddać pracy magisterskiej w terminie, wybrałam trzy, które moim zdaniem powinny chwycić:
1. Wyjechałam do pracy w Wielkiej Brytanii, następnie zostałam tam zamknięta w obozie pracy i przetrzymywana przez ostatnie 3 miesiące. Uwolniono mnie przedwczoraj.
2. Miałam wypadek samochodowy, w wyniku którego przez 3 miesiące leżałam w śpiączce. Ewentualnie miałam amnezję i rzecz jasna, jak to w przypadku amnezji, zapomniałam, że jakąś tam pracę mam oddać.
3. Zostałam porwana przez kosmitów, którzy zapragnęli badań nad rodzajem ludzkim. Trochę dziwne, że akurat mnie wybrali do reprezentowania ludzi, ale pal licho, może akurat  robili badania nad normalnymi inaczej.
    Dziś przypomniano mi o tym, że obiecałam 13-letniej kuzynce koleżanki wybrać się z nimi na lodowisko. Nie no, git! Fajnie, że się zgodziłam. Zapomniałam jedynie, że kompletnie nie umiem jeździć na łyżwach. Mówi się, że nikt nie zna ani dnia, ani godziny swojej śmierci. Ja swojej już chyba zaczynam się domyślać. Bosko! Może ktoś ma pożyczyć strój hokeisty?
    No i na koniec mały dowcip. Kuzynka zaproponowała mi pożyczenie filmu „Świadek koronny”. A ja co? A ja zapytałam, czy ma ten film w wersji z polskim lektorem. Taaa…z lektorem i napisami. Żeby taka inteligencja, jak ja, w razie gdy nie usłyszy głosu polskiego aktora w polskim filmie, dodatkowo powtórzonego przez polskiego lektora, mogła jeszcze przeczytać polskie napisy. Porażam normalnie.

P.S. Zapomniałabym… Na rzecz protestu czy czegoś tam: „Precz z dużymi uszami! Precz z dużymi uszami! Przecz z dużymy uszami!” :P

Ona i on

Ona
Strój bardzo charakterystyczny. Bluzka. Koniecznie w kolorze wszelkich możliwych odcieni różu. Do tego spódniczka. Najlepiej biała. Z potrójną falbanką. Dopuszczalne spodnie. Też białe, bądź dżinsowe. Koniecznie ozdobione mnóstwem najróżniejszych cekinów i kamyczków. Buty obowiązkowo na wysokim obcasie. Biżuteria. Na sobie mała prezentacja asortymentu sklepu jubilerskiego. Makijaż widoczny z kilku metrów. Perfumy dające się wyczuć z tej samej odległości. Obowiązkowa widoczna opalenizna. O każdej porze roku. Włosy w odcieniu platynowego blondu, bądź hebanowej czerni. Dobrze, jeśli posiadające pasemka w kolorze kontrastującym do podstawowego koloru włosów. Cecha charakterystyczna – błysk w oku na widok jego portfela i samochodu.

On
Strój bardzo charakterystyczny. Koszula. Najlepiej w kolorze bieli lub czerni. Do tego złoty łańcuszek. Na tyle widoczny, by można go było dostrzec z daleka. Spodnie idealnie dobrane do góry. Góra i dół koniecznie z metką. Koniecznie z metką Yves Saint Laurent. Na ręku nie zegarek, a zegar. Na palcach sygnet, bądź sygnety. Najlepiej z wygrawerowanymi własnymi inicjałami. Zapach dający się wyczuć z kilku metrów. Obowiązkowa widoczna opalenizna. Też o każdej porze roku. Włosy w dowolnym kolorze, bądź też ich całkowity brak. Koniecznie potraktowane żelem, bądź brylantyną. W wypadku braku włosów – niczym nie potraktowane. Cecha charakterystyczna – portfel i samochód.

Oni
- Cześć mała.
- Heej. Hi hi hi.
- Czego się napijesz? (On wyciąga portfel)
- Hi hi hi. Obojętnie. Hi hi hi. (Ona mimochodem spogląda na ten portfel)
- Zajebista jesteś lalka. (On myśli „Zaraz będę ją miał”)
- Hi hi hi. Oj, nie przesadzaj, ale dzięki. Hi hi hi. (Ona myśli „Zaraz będzie jadł mi z ręki”)
Po upływie dowolnego czasu.
- Nudno w tym lokalu. Może sprawdzimy inne ciekawsze miejsca?
- Hi hi hi. Oki. Hi hi hi.
Wychodzą.
Błysk w jej oku na widok jego samochodu. Błysk w jego oku na widoku błysku w jej oku.
Odjeżdżają.
Wracają (po upływie dowolnego czasu). On odwozi ją do domu. Żegna się – „Zadzwonię”. Odjeżdża.
On myśli „Kolejna zdzira, którą miałem”.
Ona myśli „Kolejny frajer, który dał się wykorzystać”.

Istnieją kobiety, które są gotowe poświęcić wszystko, by coś od niego mieć. Istnieją mężczyźni, którzy poświęcą wszystko, by coś od niej dostać.

Nie muszę być najpiękniejsza, najmądrzejsza i najlepsza. Nie muszę mieć pieniędzy, drogich ubrań i biżuterii. Nie muszę chwalić się nim przed koleżankami. Nie muszę jeździć jego samochodem. Jedyne, co muszę, to bez skrępowania i odrazy spojrzeć na swoje odbicie w lustrze. Niczego innego nie muszę.

Kobieta….

     Wiem, wiem… Skoro wczoraj przyczepiłam się do mężczyzn, to dziś wypadałoby się przyczepić do kobiet. Tak byłoby sprawiedliwie, a że żyjemy w kraju pisiorów (czytaj: kraju rządzonym przez Prawo i Sprawiedliwość), to taka sprawiedliwość byłaby co najmniej wymagana. Może i tak, ale nie moim blogu! Tak więc, ja czepiać się kobiet nie mam zamiaru! No bo niby za co? Za to, że kobieca torebka to prawdziwa kopalnia wszystkiego? Zadziwiające, że w tak niewielkim skrawku zszytego materiału, mieści się m.in.: błyszczyk, szminka,tusz do rzęs, perfumy, dezodorant, krem do rąk, lakier do paznokci, portfel, luźne monety, lusterko, notes, kalendarzyk, długopis, nożyczki, taśma klejąca, zapasowa para rajstop, plaster, karta stałego klienta którejś z drogerii, gumy do żucia, cukierki, papierki po cukierkach, batonik, telefon komórkowy, paragon ze sklepu z datą dwa miesiące wstecz, kwit z poczty, amulet – który dała wróżka, klucze + breloczek w kształcie czegoś tam, śrubokręt, zapałki, ulotka reklamująca środek na odchudzanie, ulotka reklamująca balsam ujęrdniająco-wygładzający, ulotka reklamująca kurs językowy bądź też kredyt bankowy, szczotka do włosów, spinki do włosów, gumka do włosów, igła + nici, dowolne pismo kobiece, bilet tramwajowy (w tym kilka tych już skasowanych). Na początek chyba wystarczy…
    Kobiet nie ma się za co czepiać. To wrażliwe istoty. Nik tak nie płacze, gdy w filmie „Pearl Harbor” umiera Josh Hartnett. Nikt tak nie płacze, gdy w „Troi” ginie Brad Pitt ratując swoją ukochaną. Nikt tak nie płacze, gdy zabijają mamę jelonkowi Bambi!
    Kobiety może i nie wiedzą co to „ramka zmiany dźwigni biegów”, „wahacz i sworznia”, „wałek rozrządu” czy też „nagrzewnica”, ale za to znają inne równie interesujące terminy, o których mężczyźni nie maja pojęcia. Jakie? A choćby takie jak: „eye-liner”, „french manicure”, „body peeling” i  „peel-off mask”.
    Wzrok kobiety nie ma sobie równych. Tylko ona jest w stanie dostrzec 2 dodatkowe kilogramy na ciele koleżanki, jej źle dobraną biżuterię czy też bluzkę do reszty stroju. Tylko ona potrafi dostrzec, że czerwony czy szary, to nie tylko jeden kolor, a dziesiątki różnych odcieni. Tylko ona potrafi dostrzec, że jej torebka nie pasuje do koloru jego samochodu!
    Kobiety są fajne! I niech mi się tu nikt nie odważy zaprzeczyć.
   
P.S. Oto wiersz napisany przez niejakiego Adam Mickiewicza (oczywiście na temat kobiet):

„Kobieto! Puchu marny! Ty wietrzna istoto!
Postaci Twojej zazdroszczą Ci anieli,
A duszę gorszą masz, gorszą niżeli!…
Przebóg! Tak Ciebie oślepiło złoto!
I honorów świecąca bańka, wewnątrz pusta!
Bodaj!…Niech, czego dotkniesz, przeleje się w złoto;
Gdzie tylko zwrócisz serce i usta,
Całuj, ściskaj zimne złoto!” (…)

    I w tym momencie się zbulwersowałam. Ej no sory! „Puchu marny”?! Spadaj Pan, Panie Mickiewicz! Ja sobie wypraszam…Ja tam żadnym puchem nie jestem, a jeszcze w dodatku marnym. Żeś się Pan przywalił! I wypchaj się tym złotem! Ja tam wolę srebro! I jak sobie będę chciała, to sobie sama kupię! Nikt Cię prosił nie będzie! ;P
   
   

Mężczyzna…

    Wróciłam! Wróciłam do swojej dawnej zadziornej postaci. A ponieważ, jak każda rasowa zadziora, do czegoś przczepić się muszę, to czepiam się Was moi kochani mężczyźni. No nie… nie czepiam się tak bezpośrednio, tylko duchowo. Gotowi? No to lecimy.
    Ach mężczyźni….Świat bez Was byłby strasznie nudny. Co my byśmy bez Was poczęły? Dobra, dobra! Stop! Facet to bez wątpienia twarde stworzenie. Nie boi się pająków, nie straszne mu myszy, zawsze dzielny i bohaterski  ale… ale jest coś, co jest w stanie w mgnieniu oka go powalić! Najgorsze bowiem, co można spotkać każdego mężczyznę, to straszna, wyczerpująca, nieuleczalna i niezwykle groźna choroba zwana…..zwana katarem! Facet dotknięty tym nieszczęściem nie jest w stanie normalnie funkcjonować. A gdy jeszcze owej przerażającej chorobie towarzyszy okrutnie wysoka gorączka, wynosząca całe 36,9 stopni Celsjusza, to on już praktycznie schodzi z tego świata. Drżącym głosem, okryty kilkoma kołdrami, prosi o podanie czegoś, co ulży jego niewyobrażalnym cierpieniom. No bo przecież on jest chory….chory na katar.
    Co jest niezbędne człowiekowi do życia? Dodam, że ma to postać ciekłą. Myślicie, że woda? No… człowiekowi pewnie tak, ale nie mężczyźnie ;). Dla niego liczą się tylko  cztery literki układające się w słowo „P.I.W.O”. Tak! Piwo to napój życia. Bez niego nic nie miałoby sensu. Zastanawiające, że kobiety wydają fortunę na najlepsze kosmetyki i perfumy, a gdyby tak zamiast nich zwyczajnie posmarowały się piwem, męski świat leżałby u ich stóp. Hmm… Zastrzegam sobie prawo do tego pomysłu. Perfumy o zapachu piwa? Zbiję na tym fortunę.
    Facet to urodzony sportowiec… zwłaszcza w kapciach przed telewizorem. On zna się na piłce nożnej lepiej niż trener, sędzia i najwybitniejszy komentator sportowy. Dostrzega każdy, nawet najmniejszy błąd w grze drużyny. A do tego zawsze służy pomocną radą: „Ruszać się patałachy!”, „Z takimi sierotami to nigdy nie wygramy mistrzostwa”. „No nie! K****, jak oni grają!”, „No jak k**** karny! Co ten k**** sędzia ślepy jest?!”, „Ruszają się jak muchy w smole. K**** za co oni tyle kasy biorą!”, „Podaj do niego (pada nazwisko piłkarza) siermięgo jedna!!!”. Itd, itd., itd… Mówię, facet zna się na sporcie doskonale.
    Mężczyźni kochają kobiety. Kochają je tak bardzo, że pieczołowicie zapisują w swoich telefonach (bądź słynnych „czarnych notesikach”) wszystkie numery telefonów, jakie tylko uda im się zdobyć. Po co? Przecież to oczywiste. Ta miłość jest tak wielka i bezgraniczna, że spokojnie mogą nią obdzielić kilka kobiet jednocześnie.
    Na koniec jeszcze jedna, wielka miłość mężczyzny – samochód. Samochód to jego twierdza, do której ona nie powinna mieć dostępu. Godzinami grzebią w swoich metalowych cackach. Czyszczą, wygładzają, lakierują, polerują. Po co? A no między innymi po to, aby spotkają się na światłach z innym osobnikiem płci męskiej, ruszyć na zielonym prędzej on niego i tym samym udowodnić swoją wyższość. Bo facet musi rywalizować. A wiadomo przecież wszem i wobec, że ten który pierwszy ruszy na zmianie świateł jest mistrzem świata. Toż to oczywiste. Tak….
    No i co? Podpadłam? Uczciwie przyznać jednak muszę, że facet facetowi nierówny i wsadzanie Was wszystkich do jednego worka byłoby niesprawiedliwe. No a poza tym lubię Was. Może nie wszystkich od razu, ale lubię. Nawet jeśli macie katar ;) Sztama? :o)

   

Testowanie

    Nieziemsko zaintrygowana wynikiem testu na płeć mózgu, postanowiłam  wykonać kolejne. No w końcu co będę sobie żałować! I tak nic ciekawszego nie mam do roboty. Wracając więc do tych testów….Wykonałam dwa na spostrzegawczość, dwa na poziom stresu, jeden na uzależnienie od internetu, jeden na uzależnienie ogólne, jeden na inteligencję emocjonalną i jeden na wewnętrznego bohatera. Po podsumowaniu wszystkich wyników owych testów okazało się, że jestem…..że jestem nieźle popaprana!!! Totalny mix wszystkiego. No bo niby jestem spostrzegawcza, ale tak nie do końca. Niby jestem uzależniona od internetu, ale też nie do końca. Ogólnie nie jestem typem uzależeniowca, ale w każdej chwili mogę. Z inteligencją emocjonalną jest ok (jedyne pocieszenie) natomiast z testem na wewnętrznego bohatera, to już porażka. Z wszystkich dostępnych tam bohaterów byłam męczennikiem, wojownikiem, wędrowcem i magiem, czyli prawie wszystkim z wyjątkiem niewinnego i sieroty. No ładnie!!! Teraz nie wiem, kim jestem! Zupełne zatracenie tożsamości. Dobrze, że przynajmniej znam płeć swojego mózgu. Tak czy siak, lubię testowanie. Rola królika doświadczalnego nie jest zła, oczywiście jeśli testowanie odbywa się na moim umyśle, a nie na ciele. Dzięki temu wiem, że nic nie wiem, czyli wciąż jestem do odkrycia (nie wiem w ogóle, o czym teraz piszę, ale pal licho, ważne, że piszę).
   
P.S. Wiem, że niektóre osoby zmartwił fakt mojej umiętności rozmowy ze zwierzętami (indyki itp). Otóż oficjalnie informuję, że nie słyszę głosów, nie rozumiem mowy i nie wnikam w problemy wszelkich istot nie zaliczanych powszechnie do homo sapiens. Nie jestem dr Dolittle, chociaż pewnie byłoby fajnie.

Po drugiej stronie….

    Jestem po drugiej stronie. Oczywiście nie po TEJ drugiej stronie, bo wciąż nie podłączono internetu do zaświatów i pisanie stamtąd byłoby niemożliwe. Ja po prostu przeszłam na stronę zła. Oficjalnie wyrzucono mnie z uczelni, a dodam, że to pierwsze miejsce, z którego mnie oficjalnie wyrzucono, więc tym samym spokojnie może następować dalszy  proces mojej degeneracji. Jestem teraz prawdziwą bad girl, innymi słowy rasową bandziorką. Gdyby do całej licznej grupy moich złych występków doliczyć jeszcze karę w bibliotece za przetrzymywanie książek, na łączną kwotę 7 zł, której jeszcze nie spłaciłam, to wychodzi idealny obraz totalnej bandziorki. Ok, żartuję. Nie jestem bandziorką, ale mam zadatki ;)
    Wpadłam tu tylko na chwilę, żeby oficjalnie poinformować o zakończeniu jednodniowej wojny z indykami. Nie zawarliśmy paktu o nieagresji, zwyczajnie odpuściłam. Indyki, to nie jedyne zwierzęta na świecie. Czasem warto posłuchać innych zwierząt, choćby mądrego owczarka (dodam, że niemieckiego).
    Aha! Właśnie zrobiłam test na płeć mózgu. Oto jego zaskakujący wynik i komentarz: „Zaświadcza się, że Sz. P. Marta została przebadana na okoliczność: Psychotesty – Płeć Mózgu i uzyskała wynik 120 punktów. Twój mózg jest uformowany skrajnie odmiennie od mózgów płci przeciwnej”.
    Hmm…Że niby co? Że nie jestem facetem? Kurde, kto by pomyślał. Jak ja będę mogła teraz z tym żyć?! Nie dość, że bandziorka, to w dodatku nie facet. Życie jest naprawdę okrutne.

   

Bez pracy nie ma czego?

    Śmierć indykom i każdej innej istocie zaliczanej do drobiu! Nie…to już jest wojna. Taka do końca życia…mojego lub ich. Przed weekendem indyki z ekipy remontowej na odcinku „strefa budowlana”, znajdującej się na mojej trasie do pracy, zupełnie dały mi spokój. Z lekką naiwnością stwierdziłam, że albo znaleźli inny obiekt zainteresowania (czytaj: prześladowania), bądź doszli do wniosku, że są za starzy na zabawę w świetlicy, albo po prostu inna świetlica ma do zaoferowania więcej zabawek.
    Powtarzam zdanie sprzed chwili: „z lekką naiwnością stwierdziłam”. No właśnie z naiwnością… „O dzień dobry! Jak ja już dawno pani nie widziałem. To mogę w końcu przyjść na tą świetlicę”, „Niech nas pani w końcu zaprosi”, „A pani to ma chłopaka, bo jak nie, to ja jestem samotny”. „Jestem miła” pomyślałam. Indyki to drób, drób to zwierzęta, a zwierząt się nie krzywdzi. Pal licho z nimi. Ale indyk, jak to indyk, uparte gulgoczące zwierzę pojawia się znowu. Tym razem na moim terenie. Tym razem w oknie. Oknie świetlicy. Nieee, to już można podciągnąć pod jakiś paragraf. Oni mnie podgladają! Ale nic…ja się bez walki nie poddam. To w końcu wojna.
    Swoją drogą…poruszony został temat pracy. Polacy to naród pracujący. Indyki zamiast robić to, co powinni robić, zajmują się prześladowaniem, kucharki plotkowaniem, sekretarka paleniem papierosów i namiętną grą w pasjansa, konserwator (zwany „krążownikiem”) chodzi przez 8 godzin z młotkiem w ręku bez celu i większego sensu, a ja… ja to dopiero się napracuję! Przez bite 3 godziny grałam w Monopol. Zaczęłam od zera, a skończyłam na 9 najbardziej ekskluzywnych posesjach, 2 hotelach i kilku domkach przynoszących mi łącznie tak wielki zysk, że nie musiałam kraść pieniędzy z banku (którym zawsze ja zarządzam ;)). A widok szatanów (czytaj: dzieci) zmuszonych oddawać cały swój majątek pod zastaw banku…bezcenny. Nie ma to jak  w pracy. Polacy to w końcu naród pracujący…

Cosmodziewczyna

    Wydaje się być, że w dzisiejszych czasach totalną receptą na wszystko jest zwykły magazyn dla kobiet. Taki „Cosmopolitan” chociażby. Takie pismo to potencjalna gwarancja sukcesu na całej linii. Wystarczy spojrzeć na okładkę, żeby się o tym przekonać: „Sekret szczęśliwego związku – sprawdź, dlaczego kochasz”, „Jak zrobić megawrażenie w nowej pracy”, „Zaskakująca prawda o małżeństwie, której nikt ci jeszcze nie zdradził”, „Pewność siebie. Zdobądź ją od zaraz!”, „Co naprawdę działa na facetów”, „Przemień się w seksbombę”, „Kilka tricków, które zrobią z ciebie wampa” i na koniec mega test „Po czym poznasz, że mu na tobie zależy”. Wszystko podane na tacy. Godzina poświęcona na przeczytanie takiego pisma dla kobiet, to godzina, dzięki której z szarej myszki można się przeistoczyć w wszechwiedzącą kobietę, która nie tylko wygląda jak skończona piękność, ale która także odnośni sukcesy w każdej innej dziedzinie. No dobra. Taki „Cosmopolitan” i inne tego typu pisma mają  tak duży nakład sprzedaży, że teoretycznie co druga Polka powinna być i niesamowicie piękna i niesamowicie szczęśliwa. Ma przecież gładkie ciało, piękne włosy, zadbane paznokcie, zwalczyła nadwagę, pracowała nad mięśniami ramion i pośladków. Ma wreszcie fantastyczną pracę, zarabia mnóstwo pieniędzy, szef ją chwali. Ma udany związek, jej mężczyzna świata poza nią nie widzi, a ewentualne dzieci chwalą się nią swoim rówieśnikom. Ma wspaniale urządzony dom, rewelacyjnie gotuje. Jest po prostu Cosmodziewczyną! Tylko, gdzie one wszystkie są? Może są tak absolutnie perfekcyjne, że po prostu nie istnieją. No ale przecież powinny…w „Cosmopolitanie” tak było napisane…